Instrukcja obsługi siebie

Jakiś czas temu natrafiłam na grafikę, która opisywała różne rodzaje języków miłości w stosunku do siebie. Kategoria dotyku obejmowała na przykład miękki kocyk, dni spa, czy aktywność fizyczną – rzeczy, które sprawiają, że nasze ciało czuje się dobrze. Druga kategoria obejmowała organizowanie rzeczy dla siebie takich jak terapia, porządki, spotkania. Następna łączyła się z otrzymywaniem prezentów, drobiazgów i nie tylko, ale też inwestowanie w siebie. Czwarty język miłości to wartościowy czas, czyli spędzanie czasu samemu, rozwijając własne hobby i robiąc rzeczy, które się lubi – na przykład zabieranie siebie na randki. Ostatni język miłości, który także odnosi się do samego siebie, to słowa – pisanie pamiętników, motywowanie się. Wprawdzie byłam już wcześniej zaznajomiona z tą teorią, ale nie wpadłam na to, aby zastosować ją do siebie, a przecież troska o siebie samą jest jedną z najważniejszych zadań, jakie stoi przed nami każdego dnia. Warte do przemyślenia.

Potrzebowałam trochę czasu, żeby się nauczyć, że muszę dać sobie pomóc – na prostym przykładzie fizjoterapii. Odsuwałam na bok myśl, że powinnam się udać do specjalisty i codziennie budziłam się z bólem biodra. Możliwe, że po przekroczeniu 25 roku życia powoli zaczęłam się sypać 😉 Coraz częściej śmieję się, że jestem emerytem – najchętniej spędzam czas wolny oglądając serial, pijąc herbatę i ogrzewając się wełnianym swetrem.

Ważne są dla mnie rzeczy, które sprawiają, że czuję się lepiej sama ze sobą i łapię dystans do świata. Staram się wybierać to, co jest dla mnie wartościowe lub sprawia mi przyjemność. Dążę do otaczania się tylko tym, co jest dla mnie ważne – nie tylko w kontekście przedmiotów, ale i relacji. Staram się zadawać sobie pytanie, czy dana rzecz jest mi potrzebna, a jeśli tak, to do czego. Wciąż uczę się tego, żeby nie wymagać od siebie zbyt wiele, Mam duży problem z zarządzaniem stresem – mimo, że obiektywnie w moim życiu nie dzieje się nic alarmującego, ja niepotrzebnie przeżywam sytuacje i zachowania innych ludzi.

Jest parę takich rzeczy, które porządkują mi codzienność. Budowanie dobrych nawyków, powoli, spokojnie, nie od razu całej listy punktów do spełnienia, ciągłe korzystanie z kalendarza i wpisywanie tego, co zaprząta mi głowę na listy w Trello.

Można łatwo narzucić sobie zbyt wiele celów na raz – wysypianie się i zadbanie o higienę snu, mniej czasu przy smartfonie i komputerze, więcej czytania książek, ćwiczenie, spacery, do tego zdrowe odżywianie, najlepiej jeszcze zwracanie uwagę na to, żeby produkować mniej śmieci, do tego produktywna praca, częste spotykanie się z bliskimi i jeszcze dbanie o swój wygląd. Przypominam sobie, że trzeba zaczynać pomału, i powoli zmieniać chociaż niewielkie z pozoru rzeczy, bo nie da się od razu być najbardziej zorganizowaną wersją siebie. Dlatego małe rzeczy, które się u mnie sprawdzają, to między innymi:

  • „od-obserwowanie” relacji na Instagramie ludzi, których nie znam osobiście lub tych, które mnie nie interesują (wystarczy kliknąć na kółeczko i wyłączyć powiadomienia o relacji), regularne przeglądy subskrypcji na YouTube i zablokowane tablica z postami na FB – od jakiegoś czasu mam wrażenie, że znajomi coraz mniej postują, a większość tablicy to reklamy – dlatego przerzuciłam się na różne grupy – o pielęgnacji, o zero waste, o roślinach, grupę projektu 365 dni w spódnicy, o wnętrzach…
  • monitorowanie czasu spędzonego na smartfonie przez aplikację zliczającą czas poświęcony na konkretne aplikacje – wychodzą z tego ciekawe dane, np. godzina na Instagramie dziennie – na pewno można ten czas spożytkować w lepszy sposób,
  • czytanie książek – zauważyłam, że coraz trudniej mi się skupić na czytaniu, dlatego w miarę możliwości staram się czytać chociaż pół godziny dziennie – tym sposobem od początku roku przeczytałam już parę książek, a że lista książek, którą mam do przeczytania, wciąż jest długa, skutecznie hamuje mnie to przed promocjami w księgarniach 😉
  • małe wieczorne przyjemności – świeczki, malowanie paznokci, nakładanie serum, a do tego jedna z herbat z szafki z zapasami – ostatnio najbardziej smakuje mi czarna i zielona,
  • pamięć, żeby nie być wobec siebie zbyt surową, dać sobie miejsce i czas na błędy i uczenie się,
  • jeśli coś można zrobić w mniej niż 2 minuty, staram się to robić od razu – zaległy przelew, sprzątnięcie biurka, podlanie kwiatów.

Idąc tym tropem i rozważaniami o tym, co warto robić, żebym czuła się dobrze, zorientowałam się, że są takie trzy główne kategorie, które są dla mnie ważne. Pierwsza to zdrowie, obejmująca regularne przyjmowanie leków i odpowiednich suplementów, planowanie posiłków i regularne zakupy, które pozwolą uniknąć sytuacji, że jestem głodna, a nie ma nic zdrowego do jedzenia, gotowanie, picie wody, pielęgnacja skóry (maski na włosy, kremy na delikatną skórę rąk), uczęszczanie na wodny aerobik (jedna z rzeczy, z których jestem szczególnie zadowolona!), fizjoterapia, spacery i higiena snu – czytanie książki przed snem, ograniczenie czasu przy ekranie, spanie co najmniej 7,5 godziny. Drugą kategorią zadań, która pozwala mi czuć się lepiej na co dzień są tzw. „podstawy ogaru”, czyli bazowy makijaż, który sprawia, że rano jestem bardziej gotowa do działania, zadbane paznokcie (przyznam, że bardzo lubię je malować, od razu czuję się bardziej ogarnięta), prasowanie ubrań i planowanie, co założę, sprzątanie na bieżąco, pielęgnacja roślin i pielęgnacja twarzy rano i przed snem.

Ostatnią kategorią jest rozwój i hobby i tutaj mam wciąż sporo do zrobienia, bo na przykład bardzo odpuściłam robienie zdjęć (a przecież sprawia mi to tyle radości!), ale też kawy i spotkania z bliskimi, filmy, seriale i książki, ale także blogowanie (bardzo sporadyczne, ale jednak!) i kilka obszarów moich tegorocznych zainteresowań – tzw. project panning, czyli idea zużywania kosmetyków kolorowych tych, które posiadamy, zamiast kupowania kolejnych, garderoba kapsułowa i poszukiwanie własnego stylu jak i ograniczenie kupowania ubrań (ostatnio skusiłam się na parę nowych ubrań, wprawdzie nie z sieciówki, ale polskiej marki, więc tzw. mniejsze zło, ale wszystkie muszę zwrócić, więc to chyba znak od losu) oraz ograniczenie produkcji śmieci.

Nauczyć się instrukcji obsługi siebie i odzyskać władzę nad swoim ciałem. To najważniejszy plan na najbliższy czas. I dużo spokoju, danie sobie miejsca na oddech. A Wy? Wiecie już, jaka jest Wasza instrukcja obsługi?

Kosmetyki dla opornych

Czy to teraz będzie blog o kosmetykach?

Na pewno nie. Zakładając bloga, byłam pewna, że tego typu posty nie będą się tu pojawiać, bo daleko mi do bycia blogerką makijażową, a że życie bywa przewrotne, to jednak mam ochotę napisać parę słów na temat pielęgnacji i makijażu w minionym roku słowami laika. Od jakiegoś czasu chodzi za mną dewiza „jeśli nic nie zmienisz, nic się nie zmieni” i można ją doskonale odnieść do wielu życiowych sytuacji, także tak błahych, jak kremy i pomadki. Dzięki moim drogim koleżankom, które wspierały mnie w drodze do bardziej świadomej pielęgnacji, uczyły czytać składy i podsyłały mądre artykuły, moja skóra jest trochę spokojniejsza. Zaczęłam od małych kroków – kremowanie twarzy (proszę mnie nie oceniać), które kiedyś wydawało się zbyt czasochłonne, a potem już poszło z górki.

Obserwując zmiany na mojej twarzy i mądrzejsza o internetowe lektury w postaci między innymi grupy Twarzing i bloga PiggyPEG oddałam lub zużyłam kosmetyki, z którymi nie chciałabym już mieć do czynienia. Moja cera jest mieszana, z tendencją do trądziku hormonalnego i wyposażona w dodatkowy minus, którym jest łojotokowe zapalenie skóry. Bardzo łatwo jest mnie uczulić, często mam suchą skórę przy nosie i brwiach i sporo przebarwień. Jest nad czym pracować.

Podstawowe potrzeby

Kosmetyki, które mnie ratują, to w pierwszej kolejności porządna warstwa kremów nawilżających, które staram się nakładać codziennie kilka razy dziennie. Dobrze mi się sprawdza krem z Bielendy z serii Botanic Spa Rituals olejek z pestek malin z melisą, jest dobrze nawilżający, ale też lekko tłusty. Zużyłam także cały krem AA Hydro Sorbet dedykowany do cery suchej i bardzo suchej, i chociaż jego zapach jest dla mnie chyba trochę zbyt intensywny, dobrze nawilżał. Na noc smaruję się czasem kremem intensywnie odżywczym z Vianka z ekstraktem z szyszek chmielu, szczególnie wtedy, gdy skóra jest mocno zmęczona. Jestem także zadowolona z kremu na dzień Duetus, który kupiłam po tym, jak koleżanka poleciła mi żel myjący z tej samej firmy. Krem dobrze matuje, ale skóra nie jest po nim tępa. Żel myjący także robi u mnie furorę, bo wreszcie moja twarz nie jest sucha i smutna, dodatkowo jest bardzo delikatny. Polubiłam się także z peelingiem z Vianka, jak i naturalnymi peelingami ze Zrób Sobie Krem – mam taki z pestek malin i z nasion truskawki, można je dodać do dowolnego żelu myjącego.

Razem z nawilżaniem zdałam sobie sprawę z tego, jak ważne jest tonizowanie i świetnie mi się sprawdza woda różana – akurat korzystam z tej z Make Me BIO. Oprócz nawilżania nauczyłam się trochę korzystać z olejów w różnej postaci, najczęściej po prostu nakładam je na twarz, czasem też na włosy. Chętnie korzystam z oleju z awokado, ostatnio zachwycam się też olejem z pestek śliwki (który pachnie jak marcepan!). Dostałam w prezencie z Maroko prawdziwy olej arganowy i zapewniam Was, że jego zapach niczym nie przypomina tych olejów kupowanych w drogerii. Bardzo lubię też oleje z Alterry dostępne w Rossmannie – piwionia i migdały pachną nieziemsko. Dobrze sprawdzają się na suche nogi po goleniu 🙂 Po zaliczeniu etapu kremów z chęcią dodałam też do mojej dość nieregularnej pielęgnacji sera – i o ile intensywne serum rewitalizujące (hehe, pozdro dla kumatych) z Bioliq nic mi nie daje, to serum różane z Bielendy wygładza i niweluje suchość na twarzy.

Małe zmiany

Walczę z suchą skórą dłoni i tutaj świetnie sprawdzają mi się mydła YOPE, w których zakochałam się, gdy dostałam kosmetyki tej firmy na urodziny. Mydła w płynie w ogóle nie wysuszają, chwalę sobie też balsam do ciała o zapachu goździków. Z dużą przyjemnością korzystam także z mydeł z Ministerstwa Dobrego Mydła, które chciałam kupić już od dłuższego czasu – cudownie pachną i w sumie czasem używam ich też do mycia ciała (chociaż trzeba przyznać, że po tym skóra jest inna niż po użyciu żelu pod prysznic). Odkryłam też przyjemność z peelingowania i tutaj jestem zachwycona peelingami z Organic Shop – a ten o zapachu pomarańczy jest naprawdę cudowny. Na ogólną suchość chwalę też sobie sztyft regenerujący także z Ministerstwa, który dobrze działa na suche usta jak i dłonie. Z suchymi ustami walczę niemalże przez cały rok, także pomadki szybko u mnie schodzą, póki co najlepiej nawilżają dwie – z Eveline SOS z olejem arganowym i druga rumiankowa z Alterry. Ta rumiankowa kosztuje dosłownie grosze, a nie ma żadnych bezsensownych dodatków. Testowałam też kulkę EOS, ale nie byłam z niej zadowolona, podobnie jak z Carmex – po nim moje usta były jeszcze bardziej spierzchnięte.

Ze zmian, które jeszcze wprowadzam stopniowo w pielęgnacji to rezygnacja antyperspirantów z aluminium. Korzystam teraz z dezodorantu z Alterry i nie czuję, żeby nie dawał rady 😉 Największym hitem w pielęgnacji jest u mnie kubeczek menstruacyjny MeLuna, na który czaiłam się od długiego czasu. Po wnikliwej lekturze poradnika drogerii Better Land stałam się jego posiadaczką i jestem naprawdę zachwycona. Po pierwszej miesiączce z nim nie mogłam się już doczekać kolejnej, i chociaż przyzwyczajenie się do zakładania go zajmuje trochę czasu, to jednak korzyści z tego rozwiązania są bardzo duże, zaczynając od tego, że produkujemy mniej śmieci, nie trzeba do chwilę sprawdzać, czy podpaska nie przeciekła, nic się do nas nie klei, i możemy zapomnieć o okresie na nawet 12 godzin. Fakt, czasami można trochę przeciec, ale wciąż uważam, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mnie spotkały w 2018 roku.

Trochę koloru

Kiedyś nie lubiłam się malować, ale teraz sprawia mi to naprawdę dużą przyjemność i lubię rozwijać moją kolekcję kosmetyków kolorowych – kto wie, ten wie. Nie podejrzewałabym siebie także o oglądanie makuep gurus na YouTube, ani udzielanie się w makijażowych grupach na FB, a jednak się to dzieje. W 2018 oprócz nabycia wreszcie niezłych pędzli z Allegro, zaczęłam częściej malować paznokcie, żeby chociaż trochę bardziej być zadbaną panią architekt w pracy. Zainspirowała mnie do tego koleżanka, która zawsze ma nienaganny manicure. Tutaj najchętniej wybieram stonowane kolory, bordo, wiśnie, czerwienie ale i pudrowe czy brudne róże. Z lakierów to najbardziej jestem zadowolona z Eveline, bo szybko zastygają i nie gęstnieją i mają ładne kolory. Od czasu, gdy wspomniana wyżej koleżanka (pozdrawiam Cię, bo wiem, że czytasz) poleciła mi wysuszające kropelki z Essence nic już nie jest takie samo – koniec z popsutym lakierem po 15 minutach od malowania. Czeka też na mnie do wypróbowania top Seche Vite, więc 2019 będzie rokiem pięknych pazurów, o ile nauczę się jeszcze panować nad szalejącymi skórkami.

Wkręciłam się także w szminki i pomadki, ale są dwie, które najbardziej polubiłam. Cała moja kolekcja głównie składa się (znowu) z odcieni bordo i wiśni – w takich kolorach najlepiej wyglądam. Mam do zużycia dwie bardziej cieliste pomadki, to je wybieram z najmniejszym entuzjazmem. Najlepsze kolory to dla mnie pomadka Eveline Velvet Matt, która zupełnie nie wysusza ust (z którymi i tak muszę się natrudzić, żeby nie wyglądały jak Sahara) w kolorze bardzo przypominający mój naturalny kolor ust – 501 Toffee. Może nie jest to najbardziej trwała pomadka na świecie, ale dobrze się „zjada” i kolor jest cudowny. Jestem także zachwycona pomadką w płynie ultra matte z Colourpop, kolor Yes Is More i po chwili zastanowienia, to jest prawie taki sam kolor co Toffee ale odrobinę mocniejszy. Formuła jest inna i to pomadka, która wytrzymuje tłuste jedzenie (chociaż pewnie po nim warto byłoby ją uzupełnić), ale także nie wysusza ust na wióry.

Makijaż do pracy

W poprzednim wpisie pisałam o makijażu, który „budzi” do pracy i dodaje energii. Chociaż na ten 5-minutowy, na jaki zazwyczaj starcza mi czasu rano składa się tylko tusz do rzęs (znowu Eveline, a to nie jest post sponsorowany), brązer, który dostałam od koleżanki (Golden Rose Terracotta w kolorze 4, a jest tak ogromny, że chyba nie zużyję go do śmierci), czasem rozświetlacz (najpierw złoty z Lovely, a od kilku miesięcy w zależności od humoru to któryś z palety This Is For You z Colourpop) i korektor (wcześniej Catrice, teraz Lovely), to bardzo lubię palety cieni. Przełożenie części cieni do palety magnetycznej z Allegro pozwoliło na zrezygnowanie z kilku kompulsywnych zakupów, chociaż jednocześnie zachęciło do innych. W ciągu roku dołączyłam do grupy, która pisze o tzw. „project pan”, które polega na zachęcaniu do zużywania kosmetyków kolorowych. Można też sobie łatwiej zdać sprawę, ile czasu zajmuje zużycie kosmetyku do końca, a gromadzenie nie zawsze jest rozsądne – piszę to jak osoba bardzo lubiąca zbierać i zdająca sobie sprawę, że ma z tym problem 😉

Jestem także zadowolona z palety róży z Eveline, bo są w sam raz, i ciężko zrobić sobie nimi krzywdę na twarzy. Po chwili na makijaż trzeba wybrać zapach, i tutaj albo jest to Ariana Grande albo Burberry Blush wybrane po intensywnym wąchaniu próbek w perfumerii. Ominął mnie trend na wyrysowane brwi, bo naturalnie mam je dość spore (kiedyś ich nie lubiłam, teraz je kocham), ale zawsze dobrze trochę poprawić naturę i tutaj dobrze się sprawdza kredka (wybieram w kolorze soft brown, żeby nie zrobić sobie grubaśnych gąsienic) i do tego bezbarwny żel, Catrice daje dobrze radę. Lubię także od święta eyeliner, ale do tego potrzeba chwili skupienia – długo trzyma się i ładnie się nakłada Maybelline Drama Gel Liner, chociaż mógłby się tak szybko nie wysuszać. Na co dzień łatwiej mi na szybko nałożyć czarną kredkę (obecnie z Yves Rocher, którą także dostałam w spadku) i lekko ją rozetrzeć, żeby nie było krzywo.

*

Nie wierzę, że właśnie napisałam ponad 1500 słów o kosmetykach jako osoba, która jeszcze niedawno była ostatnia do interesowania się tym tematem. Ciężko mi nie wspomnieć o tym nawet słowem, gdy była to rzecz, którą naprawdę się zainteresowałam w mijającym roku i podejrzewam, że to zainteresowanie będzie podtrzymane na dłużej.

A u Was co się dobrze sprawdziło w ostatnim czasie – nie tylko w pielęgnacji, ale z kosmetyków kolorowych? Chętnie odkryję nowe marki i produkty, na szczęście to są rzeczy, które się zużywa 🙂

Dobrze być tu z powrotem

Jak napisać przyciągający na bloga wpis po ośmiu miesiącach bez publikacji? Pewnie wybrać kontrowersyjny temat, dobrze udostępniający się na fejsie i  przyciągający szeroką publikę. Tak chyba nie będzie, bo wiecie, że u mnie jest zwyczajnie i po prostu, o zwykłym życiu. Nie będę przepraszać, że nie pisałam, bo do niczego się nie zobowiązywałam, jak profesjonalny, pełnoetatowy bloger, brakowało mi jednak tych opowieści o codzienności i mniej lub bardziej konkretnych przemyśleniach, a podczas codziennych odwiedzin na moim insta zastanawiałam się, czy to już czas na usunięcie linka do bloga w opisie.

Przez te ostatnie kilka miesięcy wydarzyło się parę znamiennych rzeczy – ważniejszych i mniej. Na przykład to, o co nigdy siebie nie podejrzewałam – zaczęłam grać w gry na Steamie. No dobra, na razie gram w jedną, ale nie spodziewałam się, że to mi się tak spodoba. Druga rzecz, o której siebie nie podejrzewałam, to uczęszczanie z dużą satysfakcją na wodny aerobik z grupą pań 65+. Mój kręgosłup jest mi za to bardzo wdzięczny.

Przyzwyczaiłam się już do nowej fryzury i obsługi krótszych włosów, które już teraz całkiem sprawnie można spiąć w kitkę. Nie zdecydowałam jednak jeszcze, czy chcę je zapuszczać, czy znowu ścinać. W sierpniu dodatkowo po raz pierwszy od gimnazjum pofarbowałam włosy (w tym pierwszy raz w salonie), a jako, że kobieta, która odkryła „swojego” fryzjera, jest kobietą trochę bardziej szczęśliwą, z radością zamieniłam ciemny blond na balejaż francuski. Pewnie nie zdecydowałabym się na tę zmianę, gdyby nie ślub, na którym byłam świadkową, no a jak wiemy, na ślubie trzeba dobrze wyglądać. W wakacje byłam na dwóch i oba były piękne i wzruszające. 

Po lekturze książki „Warsztaty stylu” Marii Młyńskiej, coś tknęło w mojej szafie i pośród moich akcesoriów. Wiedziałam od zawsze, że nie jestem fanką wisiorków, które wplątują mi się we włosy jak i bransoletek, które drażnią przy każdym ruchu. Zainteresowałam się uzupełnieniem kolekcji kolczyków, bez wyrzutów sumienia pozbywając się plastikowych świecidełek lub oddając siostrze. Zdałam sobie sprawę, że złoto pasuje mi do twarzy bardziej niż srebro i że noszenie kolczyków na co dzień sprawia mi przyjemność, podobnie jak lekki makijaż, który pozwala się wybudzić mojej wewnętrznej sowie i zmotywować do pracy. Zdecydowałam się też na kupno perfum , które mi się podobają, a nie są mało udanym prezentem na święta, który trzeba zużyć, bo głupio wyrzucić. To jedne z tych detali, które mają znaczenie i pozwalają poczuć się trochę lepiej na co dzień. 

Stałam się też trochę bardziej świadoma, jeśli chodzi o mój styl, chociaż praca nad nim jest wciąż w toku. Obserwuję jednak zdjęcia, które wrzucałam na grupę projektu 365 dni #wspódnicy rok temu i widzę postęp. Dowiedziałam się, że jeśli chodzi o typ urody jestem stonowaną jesienią lub chłodnym latem (wiem, to się wyklucza, bo jeden typ jest ciepły, a drugi chłodny), ale odnajduję w sobie cechy obu kategorii (poza tym, mój fryzjer potwierdza moje teorie!).

Analizując moje ulubione ubrania i ich kolorystykę doszłam do wniosku, że tak naprawdę najlepiej czuję się właśnie w rzeczach, które są stonowane, racze ciemne i zgaszone. Na fali tych rozważań jak i zagłębienia się w proces produkcji ubrań, którego skutki uświadomiłam sobie jeszcze bardziej po obejrzeniu dokumentu The True Cost na Netflix, zdecydowałam, że od przez rok, licząc od lipca, nie będę kupować nowych-nowych ubrań – wyłączając ubrania z drugiej ręki, czyli z Vinted, second-handów lub innych zrównoważonych źródeł. Wprawdzie drżę na myśl o przetarciu się moich ulubionych czarnych dżinsów, ale trzeba sobie stawiać wyzwania. Moim celem była nie tyle co eliminacja połowy garderoby, bo bardzo lubię moje ubrania, ale zwiększenie mojej świadomości na temat materiałów, pochodzenia i jakości ubrań. Wprawdzie od tego czasu podobało mi się kilka rzeczy z sieciówek, ale szybko o nich zapomniałam. Żeby jeszcze bardziej uświadomić sobie, co posiadam, zrobiłam całą listę w Excelu ze spisem ubrań i akcesoriów, jak ich z ich stanem – czy są z drugiej ręki, czy nowe, czy wymagają naprawienia, czy nie. Dowiedziałam się dzięki temu między innymi, że większość moich ubrań nie jest z sieciówek, lecz z tzw. darów losu po koleżankach czy ciociach ale i z second-handów, oraz, że mam 27 swetrów (dużo za dużo, ale to moja ulubiona kategoria ubraniowa). Wbrew pozorom ograniczenia w zakupach wyzwoliły we mnie nowe pokłady kreatywności, a wyniesienie wszystkich ubrań z szafy i dokładne ich obejrzenie i wypisanie w liście przypomniało, jak bardzo lubię niektóre z rzeczy, które już mam. 

W międzyczasie ja, która zawsze twierdziłam, że nie mam ręki do kwiatów, zgromadziłam całkiem pokaźnych rozmiarów kolekcję zielonych przyjaciół i nikt jeszcze nie zginął. Nie spodziewałam się, ile radości da mi obserwowanie, jak rozwijają się nowe pędy czy jak pieniążek rozrasta się w nowe dzieciaczki. Kupiłam niedawno książkę o roślinach, mam w planie zgłębianie dalej tej tajemnej dziedziny. Ach, książki… Teraz, gdy już mam więcej czasu, koniec z wymówkami do czytania – stosik wciąż rośnie, a ja z uporem maniaka wybieram Netfliksa – wybór „łatwiejszej” rozrywki poskutkował zaliczeniem kilku lepszych (Safe, Le chalet) i gorszych (czy raczej mniej ambitnych – Crazy Ex-Girlfriend, The Bonus Family, Jane The Virgin) seriali, a lista do obejrzenia wcale się nie kurczy.

No i też skończyłam studia. Ale ile to było stresu, picia melisy, brania tabletek uspokajających, picia kawy i herbaty, jeżdżenia na konsultacje, załatwiania podpisów, odpuszczania na każdym kroku tego, co nie najważniejsze, to tylko ja wiem. Gdyby nie Trello i Google Calendar, pewnie wszystko to by się rozjechało. Do połowy września, kiedy zdawałam poprawkowy egzamin ustny (ponad 150 pytań z wiedzy z czterech kategorii – urbanistyka, budownictwo, architektura i historia architektury i sztuki), który oblałam w czerwcu, stresując się, że całość jest po angielsku, bo ambitnie wybrałam się na magisterkę w obcym języku, nie byłam pewna, czy uda mi się wyrobić z oddaniem projektu do końca września. Już nawet brałam pod uwagę to, że oddam pracę później, i jakoś poradzę sobie z konsekwencjami tego (zapłacenie fury pieniędzy za powtarzanie przedmiotu) nieszczęścia. Myślę, że gdzieś wewnątrz odwlekałam ten moment, bo wydawało mi się, że „po” muszą się stać jakieś wyjątkowe rzeczy, że znajdę się gdzieś pośrodku niczego i nie będę wiedziała, czym się zająć. Tymczasem czas sam się zapełnia i wreszcie mogę spokojnie umówić się ze znajomymi na kawusię czy planszówki, czy po prostu pobyć sama ze sobą, albo nie musieć pracować po pracy! Gdyby nie moja cudowna pani promotor, która umiała mnie zmotywować i pocieszyć, gdy było źle, to by się nie udało. Ciągle miałam w głowie jej słowa, że lepszy dyplom oddany i „zaliczony”, niż idee, które nie zostały przelane na papier. No i jakoś się udało, a w połowie listopada miałam obronę. Najbardziej stresowała mnie (znowu) prezentacja po angielsku i to, żeby zachować fason przy rundzie pytań. Udało się powiedzieć większość tego, co zaplanowałam i w miarę sensownie odpowiedzieć na pytania komisji. Byłam z siebie dumna, że nie spanikowałam.

Wiem, że nie doszło do mnie jeszcze do końca, że to już koniec – pewnie poczuję to dopiero, gdy odbiorę dyplom, a do tego czeka mnie jeszcze runda po Politechnice Gdańskiej w celu zebrania wszystkich podpisików. Wiem jedno, studia były na maksa męczące i wykańczające, ale dały mi dużo satysfakcji. Nie wykluczam powrotu w uczelniane mury, ale przyznam, że dobrze mieć z głowy tak ważną rzecz. Czy to znaczy, że teraz wpisy na blogu będą częściej? Oby! Moje listy „rzeczy do zrobienia”, „rzeczy do nadrobienia”, „ludzie do wypicia kawy”, „hobby do rozwinięcia” które tworzę sobie w głowie dobrze się komponują z chęcią do powrotu do pisania.

To tak w telegraficznym skrócie. Dobrze być tu z powrotem. ❤

Powoli, do przodu

DSCF2455-01.jpeg

Właściwie nie wiem, dlaczego przez tak długi czas nie było żadnych nowych wpisów. Rzuciłam się w szał angażowania wieloma sprawami, a szczególnie tymi niezwiązanymi z rozwojem mojej naukowej kariery. Poszukiwanie nowych seriali, internetowe zakupy ubraniowe i książkowe – każde bardzo uzasadnione, bo przecież nie mogę wyglądać byle jak, a i w wydawnictwie była promocja na książki o designie i architekturze, próby wczesnego kładzenia się spać i zdrowszego gotowania, a w międzyczasie próba przetrwania najcięższych nastrojowo miesiąców – lutego i marca.

Cieszę się, że wreszcie wyszło słońce i chociaż czuję się bardzo zdezorientowana pogodą, bo ledwo co na Wielkanoc padał śnieg, a teraz ludzie po ulicach chodzą w krótkich rękawach i opalają się w ogródkach, to można żyć. Staram się ogarniać wszystkie moje sprawy, a jednocześnie mam takie dni, że dosłownie wszystko wypada mi z rąk i łapię się za głowę, w jakim chaosie żyję. Rzucam się wtedy w wir porządkowania, przeglądania szafy, robienia list zakupów i postanowień o lepszym planowaniu posiłków, zadań do wykonania i życia.

Z drugiej strony, naokoło widzę dobre przykłady ogarniania życia, które podnoszą mnie na duchu i dają nadzieję, że jakoś to się wszystko ułoży, życiowo, zawodowo, naukowo i zdrowotnie. Lubię każde Święta ze względu na wizyty u dziadków i możliwość spędzenia trochę czasu z moją dużą rodziną, chociaż jestem mniej-więcej w połowie pokoleń – jako najstarsza z wnuczek nie nadaję się już do siedzenia przy dziecięcym stole, a jednocześnie jestem za młoda na rozmowy dorosłych, do których chcąc nie chcąc, powoli zaczynam się zaliczać. Ostatnia wizyta przyniosła mi wiele wzruszeń, ponieważ dziadkowie są w trakcie budowy nowego domu i za parę miesięcy będą opuszczać dom, w którym przeżyli 50 lat małżeństwa. Bardzo lubię to miejsce, kojarzy mi się z nim wiele dobrych i ciepłych wspomnień.

Wzięłam z ich biblioteki parę książek, które chciałabym zachować i uważnie rozejrzałam się po ich pracowni architektoniczno-budowlanej. Pozwoliłam sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie w miejscu, które ma dla mnie szczególne znaczenie sentymentalne. To tutaj podglądałam, jak babcia kreśliła rzuty, rozmawiała z klientami. To tutaj przeglądałam katalogi gotowych domów i rysowałam dziecięce rysunki, a później zdobywałam pierwsze doświadczenia praktyczne, najpierw pod okiem babci, później taty, który urządził sobie swoją pracownię w piwnicy. Nikt mnie do niczego nie zmuszał, ale od dziecka marzyłam, żeby zostać architektem i być jak babcia, która umiała pogodzić to z wychowaniem szóstki dzieci. Właściwie dziadkowie od zawsze mieli podejście, że wychowywanie dzieci to praca zespołowa.

W tym domu zawsze czułam się… domowo. Kojarzy mi się z miękką sierścią psa, skrzypieniem drewnianych schodów, zapachem książek, górami dokumentów i gorącą herbatą. To niesamowite, jak przywiązujemy się do miejsc, a jednocześnie jak potrafimy mocno pamiętać je wszystkimi naszymi zmysłami, ale przede wszystkim – sercem.

DSCF2452-01.jpeg

W międzyczasie zauważyłam, że gdy ma się w sobie jakąś dziurę, niepewność, to nawet kupno nowych sukienek jej nie zaklei, chociaż może poprawić humor na chwilę. Podobnie jak ścięcie włosów na cięcie w stylu lat 20./30. i oddanie części na Rak ‚n’ Roll. Nawet seminarium na uczelni, które trwało tydzień i było jedynymi zajęciami w tym semestrze, nie zmobilizowało mnie wcale do wzięcia się w garść i ciśnięcia projektu. Miałam pewną koncepcję, którą oparłam o plan zagospodarowania przestrzennego, bo w mojej lokalizacji obecnie wyburzono większość istniejącej poprzednio zabudowy, ale złapałam się na tym, że nic, co wymyśliłam, mi się nie podoba i nie wprowadza żadnej świeżości, którą, jako funkcja obiektu, muszę zapewnić – projektuję coś z pogranicza centrum kultury z galerią sztuki i funkcjami pokrewnymi. No nic, muszę dłubać w tej glinie, powoli, do przodu, i znowu często sobie powtarzać, że lepszy dyplom oddany i skończony, niż wizje, które nie mają pokrycia w rzeczywistości – nawet, jeśli ta rzeczywistość jest tylko koncepcją.

Pamiętam, że mniej-więcej rok temu dosłownie przepadłam w artykułach, filmach i podcastach o minimalizmie i jakoś tak się stało, że zaczęłam do tego wracać, już z trochę spokojniejszą głową i świadomością, że ze wszystkiego mogę wybrać coś dla siebie. Krótkie filmy Matta zawsze dają mi do myślenia, a Olga w ostatnim swoim wpisie opowiada o slow blogging – i czuję, że dołączyłam do tej wolności bez przymusu.

W miniony weekend wybrałam się na spacer dokładnie pooglądać jeszcze raz moją działkę, którą wybrałam na realizację tematu dyplomowego. Jest wciąż na miejscu, nigdzie nie uciekła.

Do napisania,

hania

Braki przymusów

las

Możliwe, że istnieje limit seriali, które można pochłonąć w przeciągu miesiąca i możliwe, że się do niego zbliżam. Historie o gangsterach i agentach FBI zlewają się jeden ciąg, czas przyspiesza po to, żeby później zwolnić. Dni płyną w kolejnych kubkach herbaty, talerzach z płatkami jaglanymi i w różnych kolorach ciepłych swetrów. Wraca do mnie jak bumerang pytanie, „co potem”. Co po studiach, które powoli dochodzą do swojego końca.

I powiem Wam, że trochę miałam z tym problem, chciałam mieć na to konkretną wizję. Pochłonęła mnie praca po pracy i łamigłówki pokroju jak wcisnąć rurę od okapu do sufitu powieszanego tak, żeby nie wychodził na równo z oknem albo jak za wszelką cenę uniknąć płyty laminowanej w kolorze dębu sonoma. Zdążyłam kilkukrotnie porządnie się zestresować, że nie spełnię czyiś oczekiwań i kogoś zawiodę, a w tym samym czasie poczułam dużo wsparcia i wdzięczności, które uświadomiły mi jak bardzo bezpodstawne były moje obawy. Lubię, gdy się dzieje i nie skupiam się zbytnio na analizowaniu i szukaniu dziury w całym.

Życie nie musi składać się z fajerwerków i ta zwykła szara codzienność może być negatywnie przytłaczająca albo pozytywnie porządkująca czas. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby po skończeniu studiów nie mieć konkretnej listy rzeczy do odhaczenia, a to, co mam gdzieś tam w głowie, nie musi stać się następnego dnia po obronie. Czasem wydaje mi się, że jestem z osobami, którymi się otaczam na zupełnie innym etapie życia. Niektórzy planują ślub, a ja zastanawiam się, jaki cień do powiek wybrać, albo co poradzić na coraz ciemniejsze cienie pod oczami.

Uśmiecham się pod nosem, pakując nieużywane książki w kartony i wynosząc je do piwnicy – może się okazać, że gdy się przeprowadzę to wcale nie będę ich już chciała. Zastanawiam się nad wielkością szafy i ciągle ją wymieniam – a to wyniosę jakieś ubrania, a to z kolei znajdę na wyprzedaży kolejną część garderoby w kwiatowy wzór, któremu zupełnie nie mogę się oprzeć. Myślę tylko o tym, że chciałabym mieć więcej miejsca na wieszaki i zastanawiam się, czy kiedyś będzie dane mi zużyć te wszystkie bawełniane t-shirty, które odkładam na kupkę „ubrań po domu”. Myślę o tym, co będzie kiedyś w tym moim „idealnie zaprojektowanym i skrojonym na miarę życiu”, w którym śpię 8 godzin dziennie, regularnie ćwiczę, jem dużo warzyw, osiągam świetne wyniki w pracy, rozwijam moje hobby i jeszcze odpoczywam. A przy tym mam porządek i zen w mieszkaniu. Nieświadomie przykładam niektórym przedmiotom łatkę „do rozpakowania w nowym życiu”. No i zgadnijcie co, to życie może nigdy nie nadejść.

Gdy się nad tym zastanowię, większość udanych rzeczy w moim życiu nie była wynikiem jakiegoś wielowymiarowego planu, tylko przyszła spontanicznie, co brzmi jeszcze bardziej dziwnie, gdy postrzegam siebie jako osobę zupełnie nie spontaniczną. Powinnam zatem chyba pozbyć się wewnętrznego przymusu organizacji przyszłości i nie zamartwiać się na zapas. Będzie dobrze – musi być. Gdybym tylko potrafiła bardziej skupić się na tym, co powinnam „tu i teraz” i żyć teraźniejszością. Dobrze, że są spacery do lasu, ciepłe koce, braki przymusów i życiowych wyścigów.

hania