Niepoprawność dietetyczna

P1150722-002

Czerwcowe popołudnie,

jedno z tych, zanim w transporcie publicznym zacznie być naprawdę nieprzyjemnie. Jadę do Wrzeszcza na darmowe mierzenie składu ciała, z polecenia koleżanki. W głowie, tuż przed wyjściem, układam sobie najbardziej prawdopodobny scenariusz: 50% masy to tłuszcz, zgodnie z zasadą – obniżanie oczekiwań to mniejsze rozczarowania. Spotkanie trwa 20 minut, zdążam dowiedzieć się, że 38,2% mojego ciała to tłuszcz, mam otłuszczone organy, niezłą masę kości, a ogólnie wiek metaboliczny mojego ciała to 37 lat. 15 lat więcej niż ten normalny.

No… słabo, ale spodziewałam się tego. Najbardziej wartościowa z całego spotkania jest chyba kartka z wynikami pomiarów i widełkami, w których powinnam się mieścić. Niech wisi na ścianie, ku motywacji, za każdym razem gdy nie będzie mi się chciało. Dobra wiadomość jest taka, że mam dobry metabolizm. Mój organizm spali dziennie ponad 1600 kalorii, nawet, gdybym cały dzień leżała i pachniała. Norma dla kobiet to ok. 1200,

więc gdzieś jest błąd.

Na chłopski rozum, jem zbyt wiele i zbyt kalorycznie. Chociaż staram się jeść racjonalnie, ale chyba nie staram się zbyt mocno. Mijający tydzień był porażką dietetyczną: wtorek – kebab o 22 (swoją drogą, najlepszy, jaki jadłam dotychczas!), środa – frytki, 2x cheeseburger + lody w Maku (mmm, tłuszcze trans, takie pyszne), czwartek – zdecydowanie zbyt dużo pizzy. Tutaj muszę wtrącić czerstwą anegdotkę o Tej pizzy, bo zostanie zapamiętana jako jedna z tych wyjątkowych.

Umówiłam się z moim A., że robimy pizzę. W sklepie pomyślałam: niech będzie zdrowo, kupię jakąś zdrową mąkę. Wzrok trafił na pełnoziarnistą żytnią. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że w trakcie zagniatania coś ewidentnie było nie tak. Strapiona nieudanym zagniataniem pognałam do internetu, w którym okazało się, że mąka żytnia typu 2000 to mąka razowa, używana do wypieku chleba. Potwierdzam, pizza smakowała jak chleb. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu. Chociaż mogę się przynajmniej łudzić, że było zdrowo.

Musisz być fit

Wracając do głównego tematu. Drażni mnie moda na bycie fit. Nie zrozumcie mnie źle, bo bardzo popieram wszelkie działania, które są dobre dla naszego zdrowia, ale chodzi mi o tę całą otoczkę. To fałszywe zamawianie sałatki podczas spotkania z przyjaciółmi, żeby nie wyjść na niepoprawną dietetycznie, to robienie sobie selfie tuż przed treningiem (tak, treningiem, a nie ćwiczeniami) i wrzucanie na fejsbuka screenów z Endomondo. Super, że biegasz, jeździsz na rowerze czy hulajnodze, ale czy aby na pewno wszyscy muszą o tym wiedzieć? Czasem wydaje mi się, że to brzmi trochę jak „hej, jestem taki super, biegam, a Ty nie jesteś, widzisz, przebiegłem 5 kilometrów i czuję się jak boski bóg fitnessu”.

Na szczęście są dobre strony tej mody, które rekompensują całe to pajacowanie – spalone kilogramy i płaczący tłuszcz, czyli pot wylany na siłowni czy w domu.

Wiecie, co jeszcze mnie drażni? Cały ten fit-przemysł. Produkty, które niby są dietetyczne, a tak naprawdę mogą zawierać więcej cukru, niż te w normalnej wersji. No i za bycie „dietetycznym” jest oczywiście specjalna cena.

Co z tą dietą

Miałam niewiele historii z dietą w tle, ale w połowie liceum trafił się epizod z dietetykiem. Udało mi się schudnąć 8 kilogramów, ale szczerze, nie wiem, gdzie podziały się efekty i stopniowo zaczęłam wracać do wyjściowej wagi. Potem był epizod z ćwiczeniem – było to tuż przed maturą. W czasie ferii zimowych miałam chyba najbardziej płaski brzuch w całym życiu. To była najzimniejsza zima, jaką pamiętam, chodziłam po domu w rajstopach i dwóch swetrach i ogrzewałam się aerobiczną szóstką Weidera i Callaneticsem. Wydawało mi się, że nie wierzę w diety, ale potem przyjaciel mojej koleżanki schudł przez pół roku 20 kilogramów, jedząc według zaleceń dietetyka i ćwicząc od czasu.

Wszystko zaczyna się w głowie

W mojej głowie ukułam pewne hasło, z którym staram się utożsamić. Jeśli nie pokochamy nas takimi, jakimi jesteśmy, ze wszystkimi niedoskonałościami, nigdy nie będziemy zadowoleni ze swojego wyglądu. Bycie szczupłym to nie recepta na szczęście, kiedy wprost nie cierpimy naszych krzywych zębów. Ale nie tylko – są szczupli ludzie, którzy są nieszczęśliwi. A puszyści, którzy są zadowoleni. Żeby była równowaga w naturze.

Każdy komuś czegoś zazdrości i się porównuje. Nie możemy od tego uciec. Porównanie to złodziej radości. Niby jest spoko, ale gdybym była szczuplejsza… A ta szczupła dziewczyna, na którą patrzę, myśli sobie: gdybym była mniej samotna. I patrzy na kogoś innego.

Pierwszym krokiem do walki o zdrową siebie jest polubienie swojego ciała. Jeśli ćwiczyć będziemy dlatego, że go nienawidzimy, to zbłądziliśmy. 

Nie ćwiczę dlatego, że nie lubię swojego ciała, ale dlatego, że je kocham.

Wielką tajemnicą nie jest też to, że najatrakcyjniejsze kobiety są zadbane. Zadbane nie znaczy szczupłe. Dlaczego chcemy być fit? Co to w ogóle znaczy? Z wolnego tłumaczenia z angielskiego słówko fit oznacza wysportowany. Ale zaraz – przecież żeby być zdrowym, nie trzeba być wysportowanym. Może nie trzeba nawet specjalnie ćwiczyć, a wystarczy się ruszać?

W idealnym świecie czymś wyjątkowym nie jest to, że ćwiczysz, ale że nie ćwiczysz.

Bądźmy zdrowi – inwestujmy w przyszłość, żeby nie spędzić starości w łóżku. Nie jedzmy śmieci, nie katujmy się dietami. Bądźmy szczęśliwi. I tyle.

6 uwag do wpisu “Niepoprawność dietetyczna

  1. To, co robią dziewczyny na siłowniach to nie treningi, tylko zabawa. Prawdziwy trening to coś stricte ambitnego. Jesli ktoś coś robi dla lepszego samopoczucia, zdrowia to już nie jest trening. Pozdro!

    Polubienie

    • Zgadzam z Haniako. Nie trzeba codziennie od 6 do 22 cisnąć bica na siłowni żeby nazywać ten czas dumną nazwą -treningu. Co złego w tym, że wspomniane dziewczyny „bawią się” na siłowni? Ważne że się ruszają i w aktywny sposób spędzają czas. A to co nazwiesz albo nie nazwiesz treningiem to tylko spór semantyczny- co więcej zawsze subiektywny.

      Pozdrawiam:)

      Polubienie

      • Właśnie o tego typu rzeczy mi chodzi. Jesteś tego najlepszym przykladem. 16 godzin treningu? Chodziło mi o całkowity brak zaintersowania tą tematyką. Brakiem jakiejkolwiek wiedzy. Bez żadnego problemu doprowadziłbym przecietnego człowieka do stanu przetrenowania ćwicząc z nim godzinę dziennie. Nie wiem skad się biorą te głupoty o wielogodzinnych treningach. Chyba od tych ludzi, którzy nie mają o tym pojęcia. Chodzi mi o tą całą otoczkę. Wchodzę gdzieś na jakiegoś bloga, jakiejś dziweczyny, która coś ćwiczy i co widzę? Że ona nie ma o tym bladego pojęcia. Naczytałem sie rożnych bzdur, aż przestałem odwiedzać tego typu strony. Żeby było jasne: ja nie gustuję w kobietach z dużą masą mięśniową. Jednak jest trening, jako coś stricte ambitnego, nastawionego na cel krótko- oraz długoterminowy, gdzie chodzi o rozwój motoryki oraz „treningi” czyli zabawa, by pozbyć się tłuszczu, lepiej się czuć, być zdrowszym itp.

        Nie ma sensu się obrażać. Będąc osobą doświadczoną w bojach stwierdzam, że prawdziwe treningi potrafią bardzo obciążać organizm i nie koniecznie musi to skutkować lepszym samopoczuciem. Nie raz całymi tygodniami byłem jak w transie. Bez urazy, ale nie wierzę, że to zrozumiecie. Poza tym chodziło mi o jedną rzecz.
        Dziś mężczyzna to pipka w rurkach, trening waszym zdaniem to zabawa, a moim zdaniem to wszystko zniewieścienie. Zazwyczaj tego nie robię, ale polecam wam najnowszy wpis na moim blogu. Może zacznie coś docierać.

        Polubienie

Porozmawiajmy! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s