Jestem ciągle w budowie

P1230872_ed

Zauważam, że niektóre wpisy to takie kartki w czasie. Czuję, że właśnie dzisiaj mam chęć taką tutaj zostawić. Mam nadzieję, że nie uznacie mnie za marudę.

Ostatnimi czasy, czyli od początku semestru jestem w ciągłym pędzie. Czuję jednak, że całoroczne, skrupulatne nauki powolności nie poszły na marne. Znajduję czas dla siebie i chyba tak naprawdę, naprawdę odpoczywam. Przynajmniej od czasu do czasu.

To, co chodziło mi ostatnio po głowie, wyjątkowo celnie spisała Riennahera w swoim wpisie. Łapię się różnych zadań, pamiętając, żeby skupić się na tym, co najważniejsze – umieszczając to hasło na kalendarzu uczyniłam je prawdziwym wyznacznikiem priorytetyzowania swoich aktywności.

Jednocześnie… Czuję, że naokoło tyle mówi się o tym, żeby być produktywnym, nie marnować czasu. Jestem jednak zdania, że to, co sprawia nam przyjemność, wcale marnowaniem czasu nie jest, gdyż wpływa na nasze dobre samopoczucie i pozwala nam naładować akumulator przed rzuceniem się w wir kolejnych zajęć i zadań. Czas dobrze spędzony nie jest czasem zmarnowanym – no chyba, że to czekanie na zajęcia, albo bezsensowny, obowiązkowy wykład.

A propos wykładów… Nie jestem typem, który spędza większość nich z wzrokiem przylepionym do ekranu, próbując coś zrobić na następne zajęcia. Zastanawia mnie to, czy gdybym brała komputer i coś dłubała, to na ile byłoby to efektywne. Czuję, że dużo czasu przelatuje przez palce – okienka, czekanie na konsultacje, czekanie na zajęcia. Wydłuża to dzień w nieskończoność, już wolę mieć mocno „wypakowany” kalendarz, żeby coś się ciągle działo, bo wtedy prawdopodobieństwo przyśnięcia na zajęciach jest nikłe.

Często czuję się zmęczona. Nie wiem, czy to dlatego, że plan jest mocno nabity i późno wracam do domu, czy dlatego, że nie mogę się wdrożyć w studiowanie. A może dlatego, że gdy się pakuję na uczelnię, to zabieram ze sobą mnóstwo rzeczy, a jedzenie to połowa mojej torby.

Żyję z w sumie trzema kalendarzami i jednym planerem. Doszło do tego, że nie wyobrażam sobie bez nich życia, a jeśli by takie istniało, to marne. Jeden kalendarz wisi przy biurku i skreślam w nim dni oraz wpisuję najważniejsze rzeczy, drugi jest w formie książkowej i leży na biurku, czasem zabieram go ze sobą, żeby wykorzystać go jak notes i ostatni, najbardziej praktyczny, bo zawsze ze mną, to kalendarz Google. Wspominałam już, jak świetnie korzysta mi się z Habitica? Wpisuję do niej wszystkie zadania, o których nie chcę zapomnieć, błahe i poważne. W weekend uzupełniam kalendarze na kolejny tydzień, tak, żeby wiedzieć, co robię każdego dnia i móc w razie czego znaleźć czas na dodatkowe, nagłe zadania.

Najważniejsze jest ułożenie sobie priorytetów. Coś mało ważnego dla innych, dla nas może być bardzo ważne i odwrotnie. Wiadomo – najpierw obowiązki, potem przyjemności. Jak jest? Różnie 😉 Najtrudniej mi z projektami, które robię w grupach (w tym semestrze trzy), bo nie mogę polegać tylko na sobie, ale muszę na innych, więc często wiele rzeczy wychodzi na ostatnią chwilę. Trzeba znaleźć się gdzieś pośrodku, między bieganiem i ciągłym pracowaniem a odpoczywaniem. Smutno mi, że ten czas tak ucieka i pisanie bloga schodzi na dalszy plan. Sami jednak rozumiecie, są rzeczy ważne i ważniejsze. Nie napiszę już, że nie mam czasem czasu, po prostu wolę się z kimś spotkać, czy wyjść na dwór, wydaje mi się to rozsądniejsze, i… po prostu lepsze. Internet nie zając, prawda?

Tak jak Wam pisałam na fanpage’u, ostatni weekend był mocno poza komputerem. Nie zrobiłam prawie nic na uczelnię, ale mocno odpoczęłam. Słońce ma czarodziejskie właściwości. Zrobiłam parę zdjęć, zostawiam Wam więc trochę popołudniowego światła.

W tym biegu zauważam, jak zmienia się świat i ja, jestem ciągłym placem budowy, na którym buduję zorganizowaną i spokojną, a jednocześnie wypoczętą siebie. Denerwuje mnie coraz mniej spraw, w tym rzeczy, na które nie mam wpływu. Wszystko powoli zmienia kolory i zapachy.

Najważniejsze, że nocą mocniej czuć zapach kwitnących drzew mirabelki, forsycje mają cudowny, żółty kolor, dni są coraz cieplejsze i wróciło do nas słońce.

Wszystkiego dobrego Wam.

P1230967_ed

Jestem ciągle w budowie

10 uwag do wpisu “Jestem ciągle w budowie

  1. Ten świat robi się coraz bardziej dziki, tyle się dzieje, że człowiek w pewnym momencie nie pamięta jak już się nazywa, ciągle jest coś co trzeba wpisać w kalendarz, staram się ułożyć jakiś plan działa ambitnie z tygodnia na tydzień co raz bardziej a i tak czuję, że nie nadążam… Ach to życie.

    Polubienie

  2. Pierwszy raz, ale na pewno nie ostatni! Mimo że post „przegadany” to ja miałam możliwość zapoznać się z Twoim stylem i spodobał mi się na tyle, że chętnie wrócę po jeszcze.
    Nie wiem jak możesz mieć tyle kalendarzy! Ja lubię plany, ale nie lubię spisywać tego wszystkiego (chociaż może powinnam?). Noszenie kalendarzy to już w ogóle katorga. Ostatnio u mnie w torbie tylko i wyłącznie jeden długopis, szczotka, trochę randomowych rzeczy i jedzenie. Nawet kartki nie noszę i aż nieprzyzwoicie głupio, że jej nie mam.
    Polecam notowanie na laptopie! Ja w tym semestrze to nawet nie mam czego notować, bo głównie to mam ćwiczenia, ale tak to wiecznie tylko laptop. Dla mnie to dobra opcja, bo o wiele szybciej mi się to pisało. Wszystko było przejrzyste, gotowe do drukowania.

    Polubienie

    1. Witaj 🙂 Czemu post przegadany? 😀 Taki strumień myśli, i już.

      A, jakoś tak wyszło i pasuje mi taki system. Niestety u mnie laptop odpada, bo jest bardziej stacjonarny niż przenośny ze względu na konieczność ciągłego podłączenia do prądu (a gniazdek u mnie na wydziale jak na lekarstwo). Plus, dla mnie jednak kartka, ręka i pióro to najbardziej sprawdzony sposób 🙂

      Polubienie

  3. Primo: wszyscy dążą do jak najostrzejszych i wyraźnych zdjęć, ale ja tam uwielbiam te miękkie i romantyczne kadry, dokładnie takie, jakimi dziś mnie nakarmiłaś :3
    Secondo: Znowu gryziesz temat, który jest mi ostatnio niezwykle bliski (a Twój tytuł? Ostatnio, przy wyborze nowej domeny, zastanawiałam się czy aby nie zmienić nazwy na coś w stylu „blogwbudowie.pl” :D) Sama ciągle szukam, rozwijam swoją codzienność i biegnę. Biegnę, ile tylko mam sił. Ale czasem zastanawiam się, czy aby na pewno w dobrą stronę. Wtedy przychodzi chwila w dołku. Chociaż zaraz potem wstaję, otrzepuję kurz z kolan i biegnę dalej w obranym wcześniej kierunku. Chyba już takie ma być to moje życie, nieidealne, ale w gruncie rzeczy naprawdę bardzo je lubię 🙂

    Polubienie

    1. Nie wszystkie zdjęcia muszą być dobre technicznie, czasem liczy się klimat, wychodzę z takiego założenia 🙂 Cieszę się, że Ci się podobają. Podoba mi się metafora z bieganiem, chociaż czasem chciałabym, żeby na co dzień było trochę mniej tego maratonu…

      Polubienie

Porozmawiajmy! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s