Ładne rzeczy! #31 i mój październik

14.jpg

Październik upłynął mi w kursowaniu między uczelnią, pracą a domem. Wszystkie dni zlewają się w jedno długie siedzenie przy komputerze. W międzyczasie staram się odpoczywać, dotleniać i szukać małych przyjemności. W ramach tego zagospodarowałam półkę nad biurkiem na mały domowy ogródek – uwielbiam na nią patrzeć, można ją podejrzeć na instagramie 🙂 Zrobiłam kolejny przegląd szafy i papierów, nabyłam kosmetyki w ramach promocji w Rossmanie, kupiłam sobie dwa balsamy do ciała z tołpy.

Świetnie bawiłam się na leśnym weselu, byłam na dziewczyńskim wyjściu z siostrą na koncert Starego Dobrego Małżeństwa, cieszyłam się z prawie skończonej realizacji projektu salonu kosmetycznego i na sam koniec miesiąca poznałam nową gdyńską kawiarnię – Tłok. Staram się dokończyć jesienne wyzwanie Jest Rudo, ale średnio jestem zadowolona ze zdjęć. Zobaczymy, jak to będzie.

Na blogu pojawiły się w sumie trzy teksty, o początku października, o trosce o spokój i moje przemyślenia na temat mieszkania.

Linki!

Muzycznie październik upłynął mi przy Glass Animals, Solange i nowej Wardrunie.

Więcej życia na instagramie. Tam ostatnio lubię być.

A u Was co dobrego było w październiku? 🙂

hania

Ładne rzeczy! #31 i mój październik

Życiowe dylematy studentki architektury

p1260527

Mam 23 lata i zastanawiam się, gdzie przyjdzie mi żyć. Czasem pukam się w głowę i zarzucam te rozważania, w końcu ledwo co zaczęłam stawiać pierwsze kroki na dorosłej drodze. Nie wydaje mi się, żeby moje przemyślenia były takie miałkie, w końcu…

Teraz, na semestrze inżynierskim – ostatnim – dużo mówi się o praktycznych aspektach zawodu architekta. Brakowało mi trochę humanistycznych przedmiotów, a w tym semestrze uczęszczamy na wykłady z etyki zawodu, które nakłaniają do głębszego zastanowienia się nad rolą architekta. W końcu jest to zawód zaufania publicznego. Kto ma protestować widząc brzydotę w mieście i być inicjatorem zmian, mówić o problemach miasta i mieszkań, jak nie właśnie architekci? W czasach upośledzonej edukacji estetycznej potrzeba nam dobrych wzorców.

Mój blok nie jest zakażony pastelozą, ale co z tego, gdy z okien widzę pstrokate sąsiedztwo. No i ma ogrodzenie. Nie pojmuję chowania się w grodzonych osiedlach i izolowanie się od społeczeństwa. Czego tak naprawdę się boimy? Jak można oczekiwać od osiedli, w których nie ma szkół, bibliotek, przychodni, sklepów, że będą „dobrze działać”?

Mieszkałam w mieszkaniu całe moje życie, więc startowanie w to dorosłe i poważne życie z myślami o domu wydaje mi się trochę abstrakcyjne. Mieszkanie oznacza dla mnie wygodę – winda, bliskość sklepów, różnych usług, centralne ogrzewanie, stosunkowo niewysokie opłaty. Ale i brak ogrodu, natrętnych sąsiadów z wrzaskliwym psem i zapach cebuli w łazience przedostający się z kuchni sąsiada podłączonej do tego samego pionu wentylacyjnego. Cenię sobie możliwość korzystania z komunikacji miejskiej, chociaż mogę czasem skrzywić się na myśl o czekających mnie korkach, ale i tak wygrywa dla mnie z samochodem. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego miasta nie starają się bardziej zainwestować w transport publiczny. Wcale nie dlatego, że nie mam prawa jazdy.

Wiem, że najpewniej moja mieszkaniowa przyszłość plasuje się gdzieś między wynajmowaniem mieszkania lub domu a braniem na nie kredytu. Właściwie nie ma zbyt wielu furtek pozwalających obejść ten układ, no chyba, że komuś mieszkanie sfinansują rodzice, albo jakieś inne lokum znajdzie się pośród rodziny. Brać kredyt na 30 lat – źle, wkładać pieniądze w wynajem i nic z tego nie mieć – też niedobrze.

Kupić duże mieszkanie na kredyt – a o małym, czyli salonie i jednej sypialni nie ma co myśleć, bo to mieszkanie tylko przejściowe – to zacumować w jednym miejscu na dłuższy czas. Słyszałam bajki o sprzedawaniu nieruchomości z kredytem, ale widząc, jak trudno sprzedać coś bez zadłużenia, wyrażam wątpliwości o skuteczności tego pomysłu. Świat się zmienia, skąd możemy być pewni, że po paru latach nie dostaniemy gdzieś lepszej pracy?

Dom to dla mnie coś jak mit o życiowym szczęściu – obsypane kwiatami jabłonie zwieszające się nad tarasem, lemoniada na trawie w upalny dzień, możliwość posiadania psa, grille letnią porą. Ale i ta druga strona – pełna samodzielność, także przy problemach z instalacjami, dojeżdżanie samochodem, grabienie liści, ogrzewanie dużych powierzchni. Można powiedzieć – ale przecież można wybudować sobie dom w mieście! Tylko czy to naprawdę takie fajne, mieć widok na inne domy jednorodzinne cisnące się obok siebie?

Marzy mi się jasne wnętrze, pełne światła. Roślinki na oknie, spiżarka, drewno na podłodze. Dużo miejsca na imprezy i spotkania z bliskimi. Marzy mi się też ogród.

A jednocześnie, myśląc o kształcie współczesnych polskich miast, które się rozlewają na wszystkie strony jest we mnie sprzeciw na niekończące się drogi z przycupniętymi przy nich domkami jednorodzinnymi. Nie jest to fizycznie możliwe, żeby każdy Polak miał swój kawałek trawnika. Taką zabudową nie tworzy się miejskości.

Ostatnio na spacerze widziałam nowoczesny dom na skraju lasu. Zwrócił moją uwagę, bo odniósł się z szacunkiem do zastanego terenu. Zostawiono wysokie drzewa w kotlince, parter umieszczono wyżej i wchodzi się do niego kładką od drogi. Wygląda rewelacyjnie.

Czy nie byłoby rozsądniej remontować to, co jest? Wykorzystywać to, co zastane? Zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Fakt, z roku na rok budownictwo się zmienia, pojawiają się nowe materiały, pojawiają się przepisy nakazujące oszczędzanie każdego rodzaju energii. Nowo wybudowany dom najprawdopodobniej będzie o wiele cieplejszy i bardziej oszczędny niż tej starszej daty. Wzdrygam się na myśl, ile marnuje się materiałów i ile każdego dnia wytwarza się śmieci.

Musi być w nas odpowiedzialność. To, na jaki kolor machniemy sobie elewację nie jest tylko naszą sprawą, bo krajobraz jest dobrem wspólnym i społecznym, a co więcej – przymusowym, bo jesteśmy zmuszeni do oglądania koszmarków sąsiada. Ale na wyborze kolorów odpowiedzialność się nie kończy. Jest także w decyzjach, w uszanowaniu tego, co wartościowe, w wybieraniu tego, co można naprawić, ponownie wykorzystać. Leży w nas odpowiedzialność za następne pokolenia. Musimy patrzeć dalej, niż czubek własnego nosa.

Wierzę, że moje pokolenie, pokolenie urodzone w latach 90. jest pokoleniem świadomym, które nie znając niedogodności życia w Polsce przed zmianami politycznymi, nie trzyma się kurczowo swojego płotu. Wierzę, że jest w nas otwartość, mądrość i chęć do interakcji międzyludzkich. Z roku na rok pojawia się coraz więcej powrotów do korzeni – racjonalne żywienie, samodzielne uprawianie roślin, bycie świadomym konsumentem, cała ta moda na bycie slow i eko. Staramy się ograniczyć nasze potrzeby i wymagania. Widzę rówieśników, którzy angażują się w różne akcje uświadamiające, akcje społeczne, piszą protesty. Działają w inicjatywach oddolnych, zmieniając małe kawałki przestrzeni wokół siebie. Chcą zmian. Widzę festiwale i akcje w mieście mające na celu przede wszystkim zbliżenie ludzi. Bo te kawałki betonu to tylko skorupki.

Wierzę, że w Polsce można pięknie żyć, na przekór hałaśliwej brzydocie. Potrzeba nam dobrych przykładów. W stanowczym sprzeciwie przeciw bylejakości świadomie kształtujmy przestrzeń wokół siebie.

 


Dodatkowo warto zerknąć na:

Dziękuję za Twój czas.

hania

Życiowe dylematy studentki architektury

Troszczyć się o spokój

9.jpg

Znowu uczę się odpuszczać. Już tak nie marznę, jak kilka tygodni wcześniej, oswajam się z chłodem poranków i wilgotnymi liśćmi pod stopami. Dłubię, rzeźbię w AutoCADzie, kreślę, piję różne herbaty i przegryzam domowy popcorn. Uczę się zwalniać, każdego dnia.

*

Czuję, że wszystko jest w głowie. Na własnej skórze przekonałam się, jak błahostka może łatwo urosnąć do rangi prawdziwego problemu. Coś usłyszałam, dopowiedziałam sobie jedną, drugą, trzecią historię i zaczęłam autentycznie się stresować wraz ze wszystkimi nieprzyjemnymi objawami tego stanu. Oczywiście okazało się, że wszystko, co sobie wymyśliłam było nieprawdą, ale co się nadenerwowałam, to moje. Jak wielka jest moc w tych naszych myślowych rozmowach z samym sobą. Muszę się pukać w głowę, ale i czasem prosić o pomocną do puknięcia głowy dłoń.

*

Chciałam być super. Dawać sobie ze wszystkim radę. Wciąż skupiona, efektywna, perfekcyjnie zorganizowana. Przyszły późne wieczory, przełączanie budzika, bolące plecy. Wieczny niedoczas, mit weekendu. Obiecałam sobie szarlotkę, bo myślę o niej od jakiegoś czasu, a póki co radością jest już zjedzenie ciepłego obiadu.

Ciężko przyznać się do porażki, błędu czy braku umiejętności. Cieszę się, że mam w sobie na tyle instynktu samozachowawczego, by w porę ratować się od pośliźnięcia na skórce od banana. W końcu przyznałam sama przed sobą, że nie ma być idealnie. Nigdy nie będzie. Trzeba się troszczyć o spokój.

*

Wyłączam wcześniej komputer. Nakładam na twarz krem. Robię sobie kawę z kawiarki. Powstrzymuję się od sprawdzania powiadomień podczas śniadania. Staram się ukoić umysł patrząc w to, co mam na talerzu. Szukam luksusów dnia codziennego nawet, gdy miałyby być tak trywialnymi rzeczami jak ulubione legginsy do spania, podkładka pod kubek albo nawilżone pomadką usta. Taki październik.

Dziękuję za Twój czas.

hania

Troszczyć się o spokój

Październik zaczyna się jesionami

picmonkey-collage

Lubię jeździć środkami publicznego transportu. Lubię początki semestru, bo cieszę się na godzinę czytania książki i na obserwowanie ludzi.

Dzisiaj prawie rozjechała mnie pani w beżowym Peugeocie. Ach, te samochody.

*

Widzę kobiety, które mają idealnie ułożone brwi, przyciemnione i poskromione. Widzę kobiety, które mają gładką cerę i przyrumienione policzki. Instagramowy makijaż. Włosy bez żadnych niedoskonałości, błyszczące. Bez żadnych kudłów, długie, równo ścięte. Czarne ubrania nie są wypłowiałe, na marynarce nie zostają kłaczki lub włosy. Buty wypastowane i czyste, a jeśli na obcasie, to i lekki krok. Paznokcie równe, bez skórek, pomalowane lakierem, nieodpryśniętym.

Nie spędzam za wiele czasu przed lustrem, bo wiem, jak wyglądam, ale czasem coś dojrzę – trochę wytarte spodnie, albo pozaciągane rajstopy. Jakim cudem, w końcu włożone drugi raz? W niektórych miejscach twarzy – sucha skóra. Tu jakiś wyprysk albo blizna. Z chwilą, gdy zakręcę buteleczkę lakieru rozpoczyna się szybsze lub powolniejsze niszczenie manicure. Na przykład, gdy odbije się na nim ręcznik. Albo kołdra.

Mam siniejące dłonie od zimna. Odpruty guzik z płaszcza, już drugi rok.

Dowód na przyziemne istnienie – nie-idealność. Wybór dłuższego snu, zamiast porannego makijażu. Pozwalanie oddychać skórze, bo ma się obsesję na punkcie zapychania porów i starzenia skóry.

Chyba poszukam tego guzika.

*

Staram się zachować zdrowy rozsądek, nawet w obliczu promocji w Rossmannie. Chciałabym wyglądać ładnie, ale wiem, że kluczem do tego jest picie wody, bycie wyspaną i mycie buźki, a makijaż to dopiero rzecz wtórna. Ustaliłam sobie kilka kosmetyków, które chcę nabyć, bo chociaż maluję się tylko od wielkiego dzwonu, byłoby fajnie przestać podbierać rzeczy młodszej siostrze, posiadającej obecnie 30 lakierów do paznokci. Ja mam całe 2.

Jest w nas jakaś chęć posiadania, a im więcej możemy, tym mamy większe potrzeby. Kupiłam buty – to nie zdarza się często – w zamian za te, które noszę już 10 lat. Mam nadzieję, że nowe posłużą tyle samo, bo są idealne. Czarne, płaskie, z eleganckim noskiem. Wkładając je od razu przypomina mi się wers „these boots are made for walking” i czuję się dostojniej. Magia ubioru. Czerpię wielką przyjemność z posiadania tych kilku rzeczy, które noszę w kółko. Przez to czuję się w nich tak bardzo sobą.

*

Czuję już pęd, wszędzie komputery, nerwowe klikanie. Nie chcę się  zapętlić w „nie mam na nic czasu, tylko 8 tygodni na oddanie!”. Chcę na spokojnie, po swojemu. Za mną pierwsza rozmowa z promotorem w tym semestrze, jest co robić.

Znów zaczyna się ta monotonia, z jednej strony pozwalająca wszystko uporządkować, a z drugiej strony nieuchronność prędkiego upływu czasu. Godziny odmierzane w herbatach. Wieczne kalkulowanie pomiędzy tym co się powinno, tym co można zrobić, a co by się chciało. Bycie pomiędzy „zrobię to w weekend, bo będzie więcej czasu” a „powinnam robić wszystko w tygodniu, a w weekend odpoczywać”. Cel na październik – zachować niedziele. Od robienia.

Zjadłam pierwsze w tym roku jeżyny. Tęskniłam za tym smakiem. Mam na biurku pudełko kasztanów. Gdynia bywa chmura, zimna i ciemna, deszczowa, ulice usłane liśćmi. Jesiony na mojej ulicy są już prawie nagie. Ale nie jest tak źle, bo to świat, w którym są gorące herbaty i kakao z cynamonem i imbirem.

Dziękuję za Twój czas.

hania

Październik zaczyna się jesionami

Ładne rzeczy! #30 i mój wrzesień

jesien.jpg

Ładne rzeczy! chcę publikować wraz z podsumowaniem miesiąca. Tak dość typowo. Mam nadzieję, że mieliście piękny wrzesień. Na blogu pojawiły się trzy wpisy: o przypadkach, o byciu tu i teraz i o pudełku na dobre kiedyś. Rezultaty blogowej ankiety zapisałam w bullet journalu, który prowadziłam przez wrzesień i bardzo mi się to podobało. Zapisałam kilka nawyków, nad którymi chcę pracować i dobrze mi szło, chociaż nie każdy kwadracik został zakolorowany. W tym semestrze korzystam z organizera Właśnie dzisiaj, ale listy różnych rzeczy w dzienniku bardzo mi się przydadzą.  O wiele lepiej notuje się pomysły na wpisy na papierze niż w komputerze.

Będę też kontynuować pracę nad dobrymi nawykami, w październiku mogę z niektórych już zrezygnować, bo udało mi się je wdrożyć na dobre i dodać kolejne. Powiecie, że ostatnio cały internet pisze o tym bullet journalu i muszę się z tym zgodzić. Ale fajnie spróbować, serio! Na razie mam kilka list: książek, filmów, wpisów, a planuję założyć jeszcze listę miejsc do odwiedzenia w Trójmieście.

We wrześniu martwiłam się nadchodzącym początkiem semestru (trochę panikuję z okazji połączenia pracy ze studiami), zapętlałam nowy album Nicka Cave, obejrzałam polecany wszędzie serial Stranger Things – bardzo fajny, chociaż postacie takie szablonowe, ale świetny klimat! Nadrobiłam szósty sezon Suits, który robi się już trochę jak telenowela, wymieniłam baterię w zegarku i nie rozstaję się z nim, kupiłam sobie pierwsze prawdziwe okulary przeciwsłoneczne.

Zrobiłam test osobowości i wyszło mi, że jestem typem ESFJ, sama nie wiem, jak się ustosunkować do tego wyniku. Grałam w nową planszówkę – „Wsiąść do pociągu”,  próbowałam zrobić wegański mus czekoladowy, ale nie wyszło, jadłam pizzę z Olgą i ratowałam zabytkową posadzkę. Wreszcie – nazbierałam na przemiłym spacerze wielką garść kasztanów i podjęłam kilka ważnych decyzji. Początkowe zdjęcie to powrót do zakurzonego hobby. Brakowało mi grania i nucenia. Oby częściej do tego wracać.

Nie powiem Wam, że jesień jest cudowna. Mam co do niej mieszane uczucia. Z jednej strony lubię poranne mgły, liście, jesienne zapachy, gorące herbaty – okej, te ostatnie nie tylko jesienią – ale strasznie marznę. Noszę po kilka warstw i wciąż mi zimno. Zadziwiam się, ilekroć mijam ludzi w samych koszulkach z krótkim rękawem.

Wrześniowe linki warte odwiedzenia:

  • a propos bullet journalu – przepiękne rysunki i pomysły na to, co mogłoby być w jego wnętrzu u Becky na Instagramie. Czy to nie jest urocze? Dodatkowo polecam świetny tekst, jak zacząć prowadzenie bullet journalu. Wbrew pozorom, ładne obrazki nie są najważniejsze 😉

Przy okazji chciałam powiedzieć, że mój Pinterest się rozrasta, szczególnie wnętrzarsko, i oczywiście znajdziecie mnie na Instagramie 🙂 Ale się rozpisałam! A Wy co ciekawego widzieliście ostatnio w Internecie i nie tylko? Jaki był Wasz wrzesień? hania

 

 

Ładne rzeczy! #30 i mój wrzesień