Siedem myśli na drugie urodziny

p1270039

Dziś mijają dwa lata tego bloga. Kiedy go zakładałam, miałam gdzieś w zakątku głowy myśl, że pewnie będzie to krótkotrwałe hobby. No cóż, niekoniecznie. Blog to taka moja mała roślinka, którą mogę sobie w spokoju pielęgnować, kiedy mam na to ochotę i niesie to ze sobą wiele zalet. Bo przez te 2 lata pisania bloga, przekonałam się, że…

Po pierwsze,

O wiele bardziej cenię sobie jakość niż ilość. Stety-niestety, nie jestem jedną z tych osób działających jak fabryka postów. W końcu nawet witamina C w dużych ilościach szkodzi. Chciałabym, żeby każdy mój post coś wnosił i mam cichą nadzieję, że moje pragnienie się spełnia. Sama też jestem bardziej wybiórcza. Przy okazji – czy macie jakieś Wasze ulubione blogi, które uwielbiacie czytać? Chętnie odświeżyłabym moją tablicę na Feedly.

Po drugie,

Z jakością idzie też autentyczność i szczerość. Chyba nie mam już siły na idealny świat, w którym wszystko jest zawsze białe, jasne i nieskazitelne, a bohaterowie codzienności nie popełniają błędów. W moim świecie jest normalnie i zwyczajnie. Bywam zmęczona, denerwuję się o szczegóły i kłócę się z rodzeństwem, które bardzo kocham. Staram się jednak nie przytłoczyć szarością i bawię się z samą sobą w grę – szukanie dobrych stron, szczęśliwych momentów. Uczę się dostrzegania tych małych błysków słońca.

Po trzecie,

Dobrze mieć takiego swojego „konika” i hobby, bo tak traktuję blogowanie. Wiecie jak to jest, mieć takie „swoje rzeczy”. Cieszę się, że blog jest takim zapisem myśli, pomysłów z danej chwili. Dzięki niemu widzę namacalnie, jakie zmiany zachodzą we mnie, ale i w postrzeganiu przeze mnie świata. Pisanie to dobry relaks i prawdziwa myślodsiewnia.

Po czwarte,

Nabieram sporego dystansu do świata internetowego. Uczę się selekcjonować informacje, unikam natłoku wiadomości, coraz bardziej cenię sobie czas spędzony poza komputerem, którego używam do pracy, do nauki i w celach rekreacyjnych. Powoli zwracam się w stronę rozrywek z dala od ekranu.

Po piąte,

Zadziwiam się, jak spora jest liczba osób, które tak po prostu są mi życzliwe, nawet nie znając mnie osobiście. Dziękuję Wam za to, że jesteście, nawet, jeśli się nie ujawniacie się zbyt często – lub wcale. Gdyby nie Wy, pisanie nie miałoby sensu. Można się nigdy nie spotkać w rzeczywistości, ale wciąż czuć pewien rodzaj więzi z ludźmi poznanymi w internecie. I to jest naprawdę niezwykłe. Można też spotkać ludzi znanych z ekranu i przekonać się, że świetnie się z nimi rozumiemy.

Po szóste,

Na samym początku, najbardziej wstydziłam się tego, że będę musiała się „przyznać” do mojego bloga. Nie jest to łatwe, bo trzeba liczyć się ze świadomością, że każdy może na niego wejść i go poczytać. Pozwala to też odpuszczać sobie niektóre informacje i rozsądnie dobierać treści, pozostając przy tym szczerą. Szczerze mówiąc, wciąż jakoś nie umiem nazwać siebie „blogerką”, jakoś czuję, że nie dorastam do tego słowa. Co by nie mówić, coś tam jednak robię, więc wiecie…

Po siódme,

Blogowanie niesie za sobą wiele nowych pomysłów. Zachęca mnie do podejmowania się wyzwań – fotograficznych i nie tylko. Napędza do działania, uczenia się, poznawania nowych rzeczy i dobrej, porządnej inspiracji innymi. To jest super! Warto blogować i bardzo do tego zachęcam.

Na drugie urodziny bloga życzę sobie i Wam jak najwięcej mądrych przemyśleń, wartościowych treści, pięknych, cieszących oko zdjęć i ciekawych komentarzy. Dziękuję, że jesteście!

A na koniec zdmuchuję wirtualną świeczkę na wirtualnym torcie.hania

Siedem myśli na drugie urodziny

Metoda małych kroków

3oks.jpg

Co się stanie, gdy każdego dnia zrobisz jedną małą, nawet niewiele znaczącą rzecz? Cóż, przekonajmy się!

Mało mi wrażeń. Z dużą ekscytacją, ale i lekkim przerażeniem zaczynam mój projekt 365 dni na tookapic. W dużym skrócie chodzi o to, aby przez rok codziennie robić zdjęcie i w miarę możliwości publikować je tego samego dnia. Ciekawe, czy mi się uda?

Gdy tylko zobaczyłam ten filmik, poczułam, że mocniej bije mi serce. 365 dni. Ile to jest czasu! Ile może się wtedy zmienić. Nie mówię że nie mam cykora, bo wręcz przeciwnie. To dość mocne postanowienie i trochę trzeba od siebie wymagać. Jestem bardzo ciekawa, jak mnie zmieni i ile się zmieni.

Nie mam wysokich wymagań, ciężko stawiać sobie za cel, żeby codziennie zrobić zwalające z nóg zdjęcie. Pewnie będą gorsze i lepsze, ale to nie jest ważne. Chcę zrobić z tego swoisty pamiętnik. Jakiś czas temu zaczęłam rozmyślać, że brakuje mi prowadzenia pamiętnika, kiedyś pisałam ich wiele. Teraz, gdy do nich zerkam, ich treści nie są zbyt lotne. Niedawno trafił mi w ręce pomysł pięcioletniego dziennika oparty na tym, że każdego dnia wpisujemy jedno, dwa zdania z tego, co się wydarzyło. Gdy pomyślę o tym, jak szybko zapominam, co działo się tydzień temu, a dwa tygodnie wydają się wiecznością, taka opcja jest bardzo kusząca. Podejmując się wyzwania chciałabym tą ulotność przekuć w zdjęcia. Obrazy mówią czasem więcej niż słowa.

Lubię powoli przeciekające przez palce wieczory. Lekki blask komputera, spokojną muzykę w słuchawkach. Lubię gorącą herbatę ze słoika i poświatę od lampek na oknie. Lubię chwilę, z którą słyszę cichy klik aparatu, który zamraża moment. Lubię brak presji. To, że zdjęcia mogą być nędzne, ale nasycone emocjami. Lubię do nich wracać. Lubię mieć te kilka, o których wciąż pamiętam.

Pod koniec roku chcę wydrukować te kilka, które będą mieć dla mnie największą wartość sentymentalną. Czasem myślę, że życie to taka makatka obrazów, które potem nieustannie przywołujemy. Łatwiej mi przypomnieć sobie kolory, światło, nasycenie, kształty niż zapachy. Wspomnienia częściej mają formę obrazów niż słów właśnie.

Instagram to chyba nie to, chociaż bardzo lubię to medium społecznościowe. Za mało w nim takiego „mięsa”.

Chcę się bawić. Próbować. Szukać wyrazu w ciemniejszych tonach. Odejść od rozbielonych zdjęć. Eksperymentować. Przyzwyczaić się do noszenia wszędzie aparatu, tak na serio. Chcę codziennie czuć to podekscytowanie, gdy się obudzę, zastanawiając się, jakie zdjęcie dziś zrobię. Dziś wyszło na dwie szklanki czekające na alternatywną kawę i zaparowane szkło aparatu dające niezwykły klimat.

Tak więc na blogu w prawej kolumnie pojawił się nowy odnośnik, do mojego profilu na tookapic. Obiecuję, nie zobaczycie tam raczej wystylizowanych zdjęć i sesji rodem z Instagrama. Będzie za to dużo zwykłego życia i takich małych pamiątek z codzienności. O to, że będziemy się wzajemnie motywować, przekonuje mnie fakt, że za to samo wyzwanie zabiera się Magdalena i Natalia – czekam na Wasz start, dziewczyny! Zobaczymy, jak może zadziałać konsekwencja. hania

Metoda małych kroków

Deadline na życie

p1270053

Jakiś czas temu, na jednym ze spotkań BEST-u, organizacji studenckiej, do której należę, pojawiło się streszczenie pewnej prezentacji z TED-a na temat prokrastynacji. Nie mam żadnej misji motywowania czy mobilizowania do nieodkładania spraw na ostatnią chwilę, ale z tamtego dnia zapamiętałam jedną rzecz.

W naszym życiu można wyodrębnić dwa rodzaje zadań: te, które mają narzucony termin realizacji i te, które go nie mają. Kiedy zaczęłam pisać ten wpis, byłam jeszcze na fali natchnienia do robienia różnych rzeczy. Teraz, gdy wracam do tego szkicu, czuję się wręcz odwrotnie. Mam przeczucie zmarnowanego popołudnia i wieczoru, w którym nie wydarzyło się nic szczególnego, oprócz obejrzenia krótkiego dokumentu o japońskich mieszkaniach. Na pewno znacie to uczucie, gdy jest już czas, żeby kłaść się spać, a potem orientujecie się, że przecież nic nie zrobiliście. I znów wracają do mnie te myśli, że tak nie może być, że trzeba wciąż działać, robić nowe rzeczy, skreślać marzenia z listy. Byłabym tragicznym motywatorem.

Czasem nadchodzi odwlekanie spraw w nieskończoność, dni, które nie wyglądają dobrze w kalendarzu. Przepisywanie zagadnień z tygodnia na tydzień. A jednocześnie jestem w szoku, jak przyspiesza czas.

Sęk w tym, że życie ma określony termin przydatności do spożycia i to jest w tym najgorsze. A może i właśnie najlepsze? Bo gdyby nie to, że wiem, że kiedyś nastąpi ten koniec, może nigdy nie zdecydowałabym się na takie lub takie wyzwania? Dotyczy to tak błahych rzeczy, jak wymiana okularów na te, o których zawsze marzyłam, ale wszyscy optycy mówili, że słabo będę w nich wyglądać, ale i spraw z bardziej poważnej półki.

„A ja nie chciałabym tak po prostu, po prostu przeminąć…”

p1270060p1270078

Ale zaraz. Przecież nie jest tak, że nic się nie dzieje. Halo, dzieje się bardzo dużo! Wprawdzie czasem życie nie wygląda kolorowo, ale zaraz później nabiera serialowych odcieni. Ironia losu.

 W końcu tak jest, że łatwiej pisać o sukcesach, tym, co się udało i dzielić się samymi pozytywnymi rzeczami. O ile trudniejsze jest dzielenie się niepewnościami i lękami.

Niedługo kończę moje wyzwanie 100 dni szczęścia i oprócz dość oczywistej prawdy, że to wcale nie musi się skończyć na tych 100 dniach, zauważyłam czarno na białym, że najwięcej szczęścia przynosi mi jedzenie i interakcje z innymi. To zastanawiający wynik, bo zazwyczaj postrzegam siebie jako introwertyczkę i indywidualistkę. Nie zmienia to faktu, że najwięcej energii mam właśnie po spotkaniach. Szczególnie tych inspirujących. Ciekawe, jak czasem bardzo brakuje mi bycia samotną. Czy raczej bycia samą.

Czasem mam wrażenie, że mam stary umysł. Postarza go ciągłe zamartwianie się przyszłością. Staram się odmłodzić. Za każdym razem, gdy spotykam się z kimś, kto zmusza mnie do myślenia, odejmuję sobie parę umysłowych lat.

Pisząc o obawach, zastanawiam się, jak będzie na pierwszym semestrze studiów magisterskich. Niby studiowanie to tylko papierek, ale warto go mieć. Nie jest to zaskakującym odkryciem, ale tak naprawdę po tej magicznej obronie nic się nie zmienia. Obawiam się, jak będzie z natłokiem zajęć i pogodzeniem tego z faktycznym robieniem czegoś wartościowego i ciekawego (czytaj: pracą), ale za każdym razem, gdy podejmuję te rozważania, mówię sobie: stop, poczekaj, jak faktycznie zaczniesz semestr. Formalnie mam jeszcze dwa tygodnie ferii, czyli czasu, w którym mogę spokojnie odpoczywać, pracując.

Nieuchronnie czuję, że z każdym dniem jestem coraz bliżej tego „dorosłego życia”, które podobno zaczyna się po końcu studiów. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić obronienia się i niewyprowadzenia się z domu i podjęcia nowych wyzwań. Coś czuję, że to będzie kompromis między ogarnięciem siebie na co dzień i szukaniem poezji. Przede mną półtorej roku, czas-start. Na dobry początek patrzę przez nowe szkła. Chcę zobaczyć przejrzystość. Nie przegapić deadline’ów.hania

Deadline na życie

Na tropie weekendu idealnego

sunday

Nie mam na nic jednoznacznych recept i rozwiązań, a ponadto wciąż uczę się porządnego odpoczywania, ale wiem coraz więcej na ten temat. Ciężko jest wypaść z tego szarego schematu – zmęczenie w środku tygodnia i przerzucanie wielu spraw na weekend. Jednocześnie obijanie się w sobotę i niedzielę, tłumacząc sobie, że zrobi się wszystko w dni robocze. Gdy brakuje odpoczynku, nie da się działać.

Nie zrozumcie mnie źle, nie budzę się rozżalona w poniedziałek rano, że tak szybko minął weekend i nie przeżywam katuszy, gdy trzeba się kłaść spać w niedzielę wieczór. Natomiast każdy lubi się troszeczkę polenić. Staram się jak najbardziej celebrować weekendy i cieszyć się czasem na zregenerowanie. Gdybym chciała zaplanować odpoczynek idealny, to na pewno wzięłabym pod uwagę kilka rzeczy.

Po pierwsze:

idealny weekend to miks odpoczywania i leniuszkowania.

Tak tak, główka pracuje. Hania-matematyk (Ci, którzy znają mnie lepiej wiedzą, że ten zwrot to zbiór rozłączny) właśnie ma zamiar podzielić się z Wami tajemną wiedzą na autorski wzór na wyborny weekend.

smieszne

Bez śniadania nie działam, dlatego podstawą jest porządne, sycące śniadanie – najlepiej z dala od komputera, ciesząc się każdym kęsem. Do tego świeżo parzona kawa z kawiarki albo zielona herbata. Najlepszy początek dnia! A dodatkowo miło i pożytecznie jest upiec ciasto. Kto nie lubi ciasta?

Piszę ten wpis mając na włosach maskę z oleju arganowego, a na twarzy maseczkę z ściągającą z glinką. Jeśli dobrze mnie znacie, wiecie, że nie jestem osobą, która zajmuje się długimi pielęgnacjami, ale od czasu do czasu lubię o siebie trochę bardziej zadbać. Sobota lub niedziela to dobry moment na pomalowanie paznokci na ulubiony kolor (mój to szary, za którym obecnie szaleję, albo kolor 36 z Golden Rose, coś pomiędzy brązem a ciemną czerwienią), peeling całego ciała, wsmarowanie w siebie kremików albo balsamów ujędrniających bądź też inne relaksujące czynności. Świetnie się czuję po rozciąganiu albo pilatesie. Dobry start w nowy tydzień gwarantowany.

Fajnie tak sobie od czasu do czasu posprzątać. Część moich rzeczy jest w nieładzie, ale to przyjemne uczucie, brak kurzu i czyściutkie biurko. Brzmi to dość paradoksalnie gdy myśli się o odpoczywaniu, ale w bałaganie o wiele ciężej mi się zrelaksować. Umycie kuchni, łazienki, odkurzenie, podlanie roślin, a może poprzestawianie niektórych rzeczy. Dobrze też od czasu do czasu zrobić wirtualne porządki. Kiedy ostatnio sprawdzaliście folder „Pobrane”? 😉

Od jakiegoś czasu coraz trudniej mi się skupić na jednym zadaniu naraz. Do tego włącza się czytanie książek. Łapię się na tym, że sprawdzam telefon, nagle zaczynam pisać SMS-a, albo sprawdzać coś nieistotnego. Mam plan wrócić do regularnego czytania. Tak, jak w czasie semestru idealnym na to czasem były podroże kolejką na zajęcia i do domu, to teraz trochę mi tego brakuje. Zresztą, nic nie usypia lepiej niż czytanie, a także nic nie jest milsze do poobiedniego leżakowania niż dobra lektura.

Wielką przyjemność sprawia mi oglądanie filmów i seriali. W ciągu tygodnia ciężko jest znaleźć czas na coś bardziej absorbującego niż półgodzinny odcinek. Moja lista filmów do zobaczenia chyba nigdy się nie skończy, ale uwielbiam się tak relaksować. Słuchawki, przygaszone światło, słuchawki na uszy i nogi na stół. Relaks godny mojej prawdziwie introwertycznej strony.

Lubię planować, ale muszę uważać, żeby nie wzięło to góry nad faktycznym działaniem. Zawsze w weekend poświęcam trochę czasu na wypisanie zadań na kolejny tydzień i powklejaniu naklejek do organizera. Gdyby nie on, byłoby ze mną krucho.

Sobota i niedziela to także idealny czas na spotkania z bliskimi, spacery, gry planszowe, czy ploteczki z pizzą i winem. W końcu „prawdziwe social media są przy stołach”. W niedzieli lubię to, że wreszcie mamy czas rodzinnie zjeść razem i porozmawiać. Pobyć offline. Nie ukrywam jednak, że nadrabianie blogowej prasówki smakuje najlepiej w sobotni weekend. To zwykle wtedy znajduję najwięcej ładnych rzeczy.

Mam jeszcze jedną rzecz, którą praktykuję tylko w weekendy. Nastawiam później budzik, albo też nie nastawiam go wcale, żeby obudzić się, kiedy będę już wypoczęta. Cieszę się, gdy mam coś do zrobienia konkretnego, bo nie czuję, że marnuję czas, ale czasami dobrze jest spać do oporu – chociaż nie dam rady spać dłużej niż do 10. W tej kategorii wygrywa moja siostra, która lekką ręką może drzemać do 13.

elo.png

Niech żyją weekendy, leniwe soboty i spokojne niedziele!

Kiedy już przebrnęliście przez ten wpis pełen truizmów powiedzcie, co Wy robicie, żeby odpocząć w weekend i nabrać sił na nowy tydzień? Może jest coś, czego powinnam koniecznie spróbować? 🙂

hania

 

Na tropie weekendu idealnego