Wygórowane oczekiwania

256.jpg

Zewsząd czają się na mnie wyrzuty sumienia. Na biurku bałagan, w szafie jeden wielki chaos. Niesprzątnięte kubki, niepodlane kwiaty, kurzący się blog. Nie chcę otwierać kalendarza, żeby nie musieć czytać długiej listy zadań niecierpiących zwłoki. Wcale nie cieszę się na piątkowy wieczór bo wiem, że to tylko zapowiada jeszcze mocniejsze ugryzienia sumienia.

Zauważyłam, że czuję się podle głównie przez moje zbyt wygórowane oczekiwania. Nie umiem dobrze planować czasu wolnego – czy raczej czasu, w którym nie jestem w pracy bądź na zajęciach, a tak średnio jest on wolny. Co niedzielę mam zły humor, bo nie zrobiłam wszystkiego, co zaplanowałam na weekend. Łudzę się, że jeśli będę ciężko pracować w ciągu tygodnia, sobota i niedziela będzie na seriale, basen i spacery. No cóż, to się nie udaje.  Jednocześnie okłamywałam się sądząc, że jeśli wszystkie ważne sprawy na nadchodzący tydzień załatwię w końcu tygodnia, nie będę padać na twarz każdego wieczoru. To także nie wychodzi.

Pomimo prężnego działania z kalendarzem papierowym, który ukryty w plecaku wędruje ze mną codziennie, kalendarza Google i aplikacji Trello czuję się rozwalona. Prześlizguję się przez kolejne jesienne tygodnie z myślą, że to minie. Nie tak chciałam przeżywać ten semestr. Ale powiem szczerze, czuję się przytłoczona. Nie tak wyobrażałam sobie ten rok. Znowu czuję się jak pierwszak, gdy każdy przedmiot jest jednocześnie ważny, a plan wypełniony po brzegi. Oliwą do ognia jest problematyczna współpraca z przybyszami zza granicy, z którymi nie tylko trudniej jest się porozumieć, to i oni myślą inaczej. Myślałam, że po jednym semestrze się do tego przyzwyczaję, ale jak się okazuje każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie.

Sama się wstydzę tego argumentu, który ciągle mam na języku, tego „niemienia” czasu. Nie jestem na tyle dobrze zorganizowana, żeby spotykać się z kimś więcej niż z moim chłopem. Wyobrażam sobie, że jak się obronię i wyjdę z mojej jaskini, mogę nikogo już nie spotkać.

Nie chcę robić z siebie męczennika, ale nie spodziewałam się, że tegoroczny okres jesienno-zimowy, depresyjny sam w sobie, będzie tak twardym orzechem do zgryzienia. Smutno mi, że studia zaraz się skończą, a nie wykorzystałam ich wszystkich możliwości – brania udziału w dodatkowych wykładach, warsztatach, czy chociażby wypożyczania najnowszych książek z biblioteki.

Na nowo uczę się troski o siebie w tak błahych sprawach jak odpuszczanie, niebranie na serio każdego wyrzutu sumienia, jaki sobie funduję i próbę przetrwania. Jestem całkiem zadowolona z jednej rzeczy, a za każdym razem, gdy sobie o niej przypominam, wracam myślami do tekstu Jacka Kłosińskiego. Tekstu o tym, że każdy z nas musi mieć swój projekt poboczny. Wciąż kontynuuję wyzwanie Tookapic – dzisiaj mijają 274 dni robienia zdjęć codziennie, chociaż spora część z nich jest średnio udana, to jednak wielką przyjemność sprawia mi przewijanie galerii i przypominanie sobie lepszych i gorszych momentów.

Z plusów i blasków ostatniego czasu jestem wdzięczna za warszawski koncert Nicka Cave, na który bilet dostałam w prezencie już bardzo dawno temu – to był naprawdę cudowny wieczór!, wspominam bardzo dobrze ostatnią wyprawę na sushi (nic nie poradzę na to, że jedzenie zawsze poprawia mi humor) i nową łamigłówkę, którą jest 45 metrów kwadratowych. Niezmiennie cieszy mnie gorąca herbata i propozycja kawy.

Znowu natknęłam się na to, że chciałam być super we wszystkich dziedzinach życia i cóż, wychodzi jak zwykle. Łatwiej pisze się o sukcesach, niż o tym wszystkim co słabe. Jedyne, co mogę sobie obiecać, to po pierwsze – obniżenie swoich oczekiwań, po drugie – definitywny koniec wyrzucania sobie wszystkich, nawet małych porażek.

Będzie dobrze. Trzymajcie się,

hania

Wygórowane oczekiwania

20 uwag do wpisu “Wygórowane oczekiwania

  1. Czuję się bardzo podobnie do Ciebie. Wciąż tylko przepisuję w kalendarzu z dnia na dzień kolejne zadania, których nie udaje mi się zrealizować, choć „przecież tak sobie wszystko dobrze zaplanowałam”. Wciąż na wszystko brak mi czasu, choć staram się już tak rozsądnie planować. Wciąż brak czasu na spotkania ze znajomymi, z którymi już tak rzadko się widuję, że czasem wstyd. Ta jesień coś mi nie służy, choć nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że cały ten rok to „nie mój rok”…

    Polubienie

  2. Ja nauczyłam się, choć dopiero od około roku, nie pracować w weekendy, i zaczyna mi to wychodzić. Po prostu przychodzi piątek po południu, zamykam laptopa, zapominam o klientach, nie odpowiadam na maile i telefony, nawet te „pilne”, aż do poniedziałku. Zauważyłam, że ile nie siedziałabym w weekend i w ciągu tygodnia, zawsze będą rzeczy „do zrobienia”, i zawsze jestem na tzw. niedoczasie. A skoro tak, to równie dobrze mogę to czasem zostawić 🙂 Najważniejsi są mąż, dzieci, wspólnie spędzany czas. Zaczynam się robić asertywna, skracać spotkania i wyceniać się wyżej – w końcu każda godzina z klientem, na budowie czy przy komputerze, to godzina, którą zabieram moim dzieciom, swojemu życiu. I tak na to patrzę.

    Polubienie

    1. Super, że udaje Ci się to tak rozgraniczyć, wydaje mi się, że prowadząc własną pracownię jest to dodatkowo trudne. Masz rację, że najważniejsze sprawy nie mogą czekać 🙂 Dziękuję za tą radę!

      Polubienie

  3. powiem tak: takie życie na takim kierunku studiów:D miałam swego czasu podobnie i mnóstwo moich znajomych też
    za to jak to wszystko się skończy będziesz mogła ułożyć swoje życie tak jak chcesz

    Polubienie

    1. Też mi się tak wydaje, chociaż pewnie potem będzie brutalne zderzenie z rzeczywistością 😀 Ale na razie łudzę się, że później będzie trochę więcej wolnego czasu – a przynajmniej nie będę musiała robić rzeczy na zajęcia w domu.

      Polubienie

  4. Witam w klubie. Mam podobnie. Chociaż co jakiś czas ogłaszam „wrzucanie na luz”, to ostatecznie znowu się łapię na tym, że marnuję czas, chociaż w rzeczywistości jest tak, że 90% mojego otoczenia pierdzi w stołek, albo ogląda seriale cały dzień, a ja czytam i słucham w praktycznie każdej wolnej chwili czegoś nieco ambitniejszego niż kolejna jutuberka mówiąca o jej nowym chłopaku. I co. I to, że i tak czuję, że mi za mało. Takie mamy chyba osobowości.

    Polubienie

  5. Mojej siły na tę jesienną nastrojową niepogodę pozostało bardzo niewiele, ale się trochę podzielę, bo nie jedyna jestem w potrzebie. Trzymajmy się i dzielne bądźmy!
    Trudny czas i paskudne humory… Chociaż samolubnie, po cichutku mam nadzieję, że wrócisz ze swoimi ciepłymi słowami szybciej niż ja, to może wtedy wyciągniesz z tego dołu i mnie. 😦

    Polubienie

  6. Powodzenia i dużo, dużo siły! Odpuszczać czasem jest trudniej, niż działać na pełnych obrotach, ale… szkoda życia! To się potem robi takie błędne koło. Człowiek nie odpocznie, bo wszystko wisi nad głową, pracuje się potem ciężko, bo człowiek nie wypoczęty, nie ma czasu na spokojny odpoczynek, bo praca nie zrobiona. Trzymam mocno kciuki!

    Polubienie

Porozmawiajmy! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s