Powoli, do przodu

DSCF2455-01.jpeg

Właściwie nie wiem, dlaczego przez tak długi czas nie było żadnych nowych wpisów. Rzuciłam się w szał angażowania wieloma sprawami, a szczególnie tymi niezwiązanymi z rozwojem mojej naukowej kariery. Poszukiwanie nowych seriali, internetowe zakupy ubraniowe i książkowe – każde bardzo uzasadnione, bo przecież nie mogę wyglądać byle jak, a i w wydawnictwie była promocja na książki o designie i architekturze, próby wczesnego kładzenia się spać i zdrowszego gotowania, a w międzyczasie próba przetrwania najcięższych nastrojowo miesiąców – lutego i marca.

Cieszę się, że wreszcie wyszło słońce i chociaż czuję się bardzo zdezorientowana pogodą, bo ledwo co na Wielkanoc padał śnieg, a teraz ludzie po ulicach chodzą w krótkich rękawach i opalają się w ogródkach, to można żyć. Staram się ogarniać wszystkie moje sprawy, a jednocześnie mam takie dni, że dosłownie wszystko wypada mi z rąk i łapię się za głowę, w jakim chaosie żyję. Rzucam się wtedy w wir porządkowania, przeglądania szafy, robienia list zakupów i postanowień o lepszym planowaniu posiłków, zadań do wykonania i życia.

Z drugiej strony, naokoło widzę dobre przykłady ogarniania życia, które podnoszą mnie na duchu i dają nadzieję, że jakoś to się wszystko ułoży, życiowo, zawodowo, naukowo i zdrowotnie. Lubię każde Święta ze względu na wizyty u dziadków i możliwość spędzenia trochę czasu z moją dużą rodziną, chociaż jestem mniej-więcej w połowie pokoleń – jako najstarsza z wnuczek nie nadaję się już do siedzenia przy dziecięcym stole, a jednocześnie jestem za młoda na rozmowy dorosłych, do których chcąc nie chcąc, powoli zaczynam się zaliczać. Ostatnia wizyta przyniosła mi wiele wzruszeń, ponieważ dziadkowie są w trakcie budowy nowego domu i za parę miesięcy będą opuszczać dom, w którym przeżyli 50 lat małżeństwa. Bardzo lubię to miejsce, kojarzy mi się z nim wiele dobrych i ciepłych wspomnień.

Wzięłam z ich biblioteki parę książek, które chciałabym zachować i uważnie rozejrzałam się po ich pracowni architektoniczno-budowlanej. Pozwoliłam sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie w miejscu, które ma dla mnie szczególne znaczenie sentymentalne. To tutaj podglądałam, jak babcia kreśliła rzuty, rozmawiała z klientami. To tutaj przeglądałam katalogi gotowych domów i rysowałam dziecięce rysunki, a później zdobywałam pierwsze doświadczenia praktyczne, najpierw pod okiem babci, później taty, który urządził sobie swoją pracownię w piwnicy. Nikt mnie do niczego nie zmuszał, ale od dziecka marzyłam, żeby zostać architektem i być jak babcia, która umiała pogodzić to z wychowaniem szóstki dzieci. Właściwie dziadkowie od zawsze mieli podejście, że wychowywanie dzieci to praca zespołowa.

W tym domu zawsze czułam się… domowo. Kojarzy mi się z miękką sierścią psa, skrzypieniem drewnianych schodów, zapachem książek, górami dokumentów i gorącą herbatą. To niesamowite, jak przywiązujemy się do miejsc, a jednocześnie jak potrafimy mocno pamiętać je wszystkimi naszymi zmysłami, ale przede wszystkim – sercem.

DSCF2452-01.jpeg

W międzyczasie zauważyłam, że gdy ma się w sobie jakąś dziurę, niepewność, to nawet kupno nowych sukienek jej nie zaklei, chociaż może poprawić humor na chwilę. Podobnie jak ścięcie włosów na cięcie w stylu lat 20./30. i oddanie części na Rak ‚n’ Roll. Nawet seminarium na uczelni, które trwało tydzień i było jedynymi zajęciami w tym semestrze, nie zmobilizowało mnie wcale do wzięcia się w garść i ciśnięcia projektu. Miałam pewną koncepcję, którą oparłam o plan zagospodarowania przestrzennego, bo w mojej lokalizacji obecnie wyburzono większość istniejącej poprzednio zabudowy, ale złapałam się na tym, że nic, co wymyśliłam, mi się nie podoba i nie wprowadza żadnej świeżości, którą, jako funkcja obiektu, muszę zapewnić – projektuję coś z pogranicza centrum kultury z galerią sztuki i funkcjami pokrewnymi. No nic, muszę dłubać w tej glinie, powoli, do przodu, i znowu często sobie powtarzać, że lepszy dyplom oddany i skończony, niż wizje, które nie mają pokrycia w rzeczywistości – nawet, jeśli ta rzeczywistość jest tylko koncepcją.

Pamiętam, że mniej-więcej rok temu dosłownie przepadłam w artykułach, filmach i podcastach o minimalizmie i jakoś tak się stało, że zaczęłam do tego wracać, już z trochę spokojniejszą głową i świadomością, że ze wszystkiego mogę wybrać coś dla siebie. Krótkie filmy Matta zawsze dają mi do myślenia, a Olga w ostatnim swoim wpisie opowiada o slow blogging – i czuję, że dołączyłam do tej wolności bez przymusu.

W miniony weekend wybrałam się na spacer dokładnie pooglądać jeszcze raz moją działkę, którą wybrałam na realizację tematu dyplomowego. Jest wciąż na miejscu, nigdzie nie uciekła.

Do napisania,

hania