Kosmetyki dla opornych

Czy to teraz będzie blog o kosmetykach?

Na pewno nie. Zakładając bloga, byłam pewna, że tego typu posty nie będą się tu pojawiać, bo daleko mi do bycia blogerką makijażową, a że życie bywa przewrotne, to jednak mam ochotę napisać parę słów na temat pielęgnacji i makijażu w minionym roku słowami laika. Od jakiegoś czasu chodzi za mną dewiza „jeśli nic nie zmienisz, nic się nie zmieni” i można ją doskonale odnieść do wielu życiowych sytuacji, także tak błahych, jak kremy i pomadki. Dzięki moim drogim koleżankom, które wspierały mnie w drodze do bardziej świadomej pielęgnacji, uczyły czytać składy i podsyłały mądre artykuły, moja skóra jest trochę spokojniejsza. Zaczęłam od małych kroków – kremowanie twarzy (proszę mnie nie oceniać), które kiedyś wydawało się zbyt czasochłonne, a potem już poszło z górki.

Obserwując zmiany na mojej twarzy i mądrzejsza o internetowe lektury w postaci między innymi grupy Twarzing i bloga PiggyPEG oddałam lub zużyłam kosmetyki, z którymi nie chciałabym już mieć do czynienia. Moja cera jest mieszana, z tendencją do trądziku hormonalnego i wyposażona w dodatkowy minus, którym jest łojotokowe zapalenie skóry. Bardzo łatwo jest mnie uczulić, często mam suchą skórę przy nosie i brwiach i sporo przebarwień. Jest nad czym pracować.

Podstawowe potrzeby

Kosmetyki, które mnie ratują, to w pierwszej kolejności porządna warstwa kremów nawilżających, które staram się nakładać codziennie kilka razy dziennie. Dobrze mi się sprawdza krem z Bielendy z serii Botanic Spa Rituals olejek z pestek malin z melisą, jest dobrze nawilżający, ale też lekko tłusty. Zużyłam także cały krem AA Hydro Sorbet dedykowany do cery suchej i bardzo suchej, i chociaż jego zapach jest dla mnie chyba trochę zbyt intensywny, dobrze nawilżał. Na noc smaruję się czasem kremem intensywnie odżywczym z Vianka z ekstraktem z szyszek chmielu, szczególnie wtedy, gdy skóra jest mocno zmęczona. Jestem także zadowolona z kremu na dzień Duetus, który kupiłam po tym, jak koleżanka poleciła mi żel myjący z tej samej firmy. Krem dobrze matuje, ale skóra nie jest po nim tępa. Żel myjący także robi u mnie furorę, bo wreszcie moja twarz nie jest sucha i smutna, dodatkowo jest bardzo delikatny. Polubiłam się także z peelingiem z Vianka, jak i naturalnymi peelingami ze Zrób Sobie Krem – mam taki z pestek malin i z nasion truskawki, można je dodać do dowolnego żelu myjącego.

Razem z nawilżaniem zdałam sobie sprawę z tego, jak ważne jest tonizowanie i świetnie mi się sprawdza woda różana – akurat korzystam z tej z Make Me BIO. Oprócz nawilżania nauczyłam się trochę korzystać z olejów w różnej postaci, najczęściej po prostu nakładam je na twarz, czasem też na włosy. Chętnie korzystam z oleju z awokado, ostatnio zachwycam się też olejem z pestek śliwki (który pachnie jak marcepan!). Dostałam w prezencie z Maroko prawdziwy olej arganowy i zapewniam Was, że jego zapach niczym nie przypomina tych olejów kupowanych w drogerii. Bardzo lubię też oleje z Alterry dostępne w Rossmannie – piwionia i migdały pachną nieziemsko. Dobrze sprawdzają się na suche nogi po goleniu 🙂 Po zaliczeniu etapu kremów z chęcią dodałam też do mojej dość nieregularnej pielęgnacji sera – i o ile intensywne serum rewitalizujące (hehe, pozdro dla kumatych) z Bioliq nic mi nie daje, to serum różane z Bielendy wygładza i niweluje suchość na twarzy.

Małe zmiany

Walczę z suchą skórą dłoni i tutaj świetnie sprawdzają mi się mydła YOPE, w których zakochałam się, gdy dostałam kosmetyki tej firmy na urodziny. Mydła w płynie w ogóle nie wysuszają, chwalę sobie też balsam do ciała o zapachu goździków. Z dużą przyjemnością korzystam także z mydeł z Ministerstwa Dobrego Mydła, które chciałam kupić już od dłuższego czasu – cudownie pachną i w sumie czasem używam ich też do mycia ciała (chociaż trzeba przyznać, że po tym skóra jest inna niż po użyciu żelu pod prysznic). Odkryłam też przyjemność z peelingowania i tutaj jestem zachwycona peelingami z Organic Shop – a ten o zapachu pomarańczy jest naprawdę cudowny. Na ogólną suchość chwalę też sobie sztyft regenerujący także z Ministerstwa, który dobrze działa na suche usta jak i dłonie. Z suchymi ustami walczę niemalże przez cały rok, także pomadki szybko u mnie schodzą, póki co najlepiej nawilżają dwie – z Eveline SOS z olejem arganowym i druga rumiankowa z Alterry. Ta rumiankowa kosztuje dosłownie grosze, a nie ma żadnych bezsensownych dodatków. Testowałam też kulkę EOS, ale nie byłam z niej zadowolona, podobnie jak z Carmex – po nim moje usta były jeszcze bardziej spierzchnięte.

Ze zmian, które jeszcze wprowadzam stopniowo w pielęgnacji to rezygnacja antyperspirantów z aluminium. Korzystam teraz z dezodorantu z Alterry i nie czuję, żeby nie dawał rady 😉 Największym hitem w pielęgnacji jest u mnie kubeczek menstruacyjny MeLuna, na który czaiłam się od długiego czasu. Po wnikliwej lekturze poradnika drogerii Better Land stałam się jego posiadaczką i jestem naprawdę zachwycona. Po pierwszej miesiączce z nim nie mogłam się już doczekać kolejnej, i chociaż przyzwyczajenie się do zakładania go zajmuje trochę czasu, to jednak korzyści z tego rozwiązania są bardzo duże, zaczynając od tego, że produkujemy mniej śmieci, nie trzeba do chwilę sprawdzać, czy podpaska nie przeciekła, nic się do nas nie klei, i możemy zapomnieć o okresie na nawet 12 godzin. Fakt, czasami można trochę przeciec, ale wciąż uważam, że to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mnie spotkały w 2018 roku.

Trochę koloru

Kiedyś nie lubiłam się malować, ale teraz sprawia mi to naprawdę dużą przyjemność i lubię rozwijać moją kolekcję kosmetyków kolorowych – kto wie, ten wie. Nie podejrzewałabym siebie także o oglądanie makuep gurus na YouTube, ani udzielanie się w makijażowych grupach na FB, a jednak się to dzieje. W 2018 oprócz nabycia wreszcie niezłych pędzli z Allegro, zaczęłam częściej malować paznokcie, żeby chociaż trochę bardziej być zadbaną panią architekt w pracy. Zainspirowała mnie do tego koleżanka, która zawsze ma nienaganny manicure. Tutaj najchętniej wybieram stonowane kolory, bordo, wiśnie, czerwienie ale i pudrowe czy brudne róże. Z lakierów to najbardziej jestem zadowolona z Eveline, bo szybko zastygają i nie gęstnieją i mają ładne kolory. Od czasu, gdy wspomniana wyżej koleżanka (pozdrawiam Cię, bo wiem, że czytasz) poleciła mi wysuszające kropelki z Essence nic już nie jest takie samo – koniec z popsutym lakierem po 15 minutach od malowania. Czeka też na mnie do wypróbowania top Seche Vite, więc 2019 będzie rokiem pięknych pazurów, o ile nauczę się jeszcze panować nad szalejącymi skórkami.

Wkręciłam się także w szminki i pomadki, ale są dwie, które najbardziej polubiłam. Cała moja kolekcja głównie składa się (znowu) z odcieni bordo i wiśni – w takich kolorach najlepiej wyglądam. Mam do zużycia dwie bardziej cieliste pomadki, to je wybieram z najmniejszym entuzjazmem. Najlepsze kolory to dla mnie pomadka Eveline Velvet Matt, która zupełnie nie wysusza ust (z którymi i tak muszę się natrudzić, żeby nie wyglądały jak Sahara) w kolorze bardzo przypominający mój naturalny kolor ust – 501 Toffee. Może nie jest to najbardziej trwała pomadka na świecie, ale dobrze się „zjada” i kolor jest cudowny. Jestem także zachwycona pomadką w płynie ultra matte z Colourpop, kolor Yes Is More i po chwili zastanowienia, to jest prawie taki sam kolor co Toffee ale odrobinę mocniejszy. Formuła jest inna i to pomadka, która wytrzymuje tłuste jedzenie (chociaż pewnie po nim warto byłoby ją uzupełnić), ale także nie wysusza ust na wióry.

Makijaż do pracy

W poprzednim wpisie pisałam o makijażu, który „budzi” do pracy i dodaje energii. Chociaż na ten 5-minutowy, na jaki zazwyczaj starcza mi czasu rano składa się tylko tusz do rzęs (znowu Eveline, a to nie jest post sponsorowany), brązer, który dostałam od koleżanki (Golden Rose Terracotta w kolorze 4, a jest tak ogromny, że chyba nie zużyję go do śmierci), czasem rozświetlacz (najpierw złoty z Lovely, a od kilku miesięcy w zależności od humoru to któryś z palety This Is For You z Colourpop) i korektor (wcześniej Catrice, teraz Lovely), to bardzo lubię palety cieni. Przełożenie części cieni do palety magnetycznej z Allegro pozwoliło na zrezygnowanie z kilku kompulsywnych zakupów, chociaż jednocześnie zachęciło do innych. W ciągu roku dołączyłam do grupy, która pisze o tzw. „project pan”, które polega na zachęcaniu do zużywania kosmetyków kolorowych. Można też sobie łatwiej zdać sprawę, ile czasu zajmuje zużycie kosmetyku do końca, a gromadzenie nie zawsze jest rozsądne – piszę to jak osoba bardzo lubiąca zbierać i zdająca sobie sprawę, że ma z tym problem 😉

Jestem także zadowolona z palety róży z Eveline, bo są w sam raz, i ciężko zrobić sobie nimi krzywdę na twarzy. Po chwili na makijaż trzeba wybrać zapach, i tutaj albo jest to Ariana Grande albo Burberry Blush wybrane po intensywnym wąchaniu próbek w perfumerii. Ominął mnie trend na wyrysowane brwi, bo naturalnie mam je dość spore (kiedyś ich nie lubiłam, teraz je kocham), ale zawsze dobrze trochę poprawić naturę i tutaj dobrze się sprawdza kredka (wybieram w kolorze soft brown, żeby nie zrobić sobie grubaśnych gąsienic) i do tego bezbarwny żel, Catrice daje dobrze radę. Lubię także od święta eyeliner, ale do tego potrzeba chwili skupienia – długo trzyma się i ładnie się nakłada Maybelline Drama Gel Liner, chociaż mógłby się tak szybko nie wysuszać. Na co dzień łatwiej mi na szybko nałożyć czarną kredkę (obecnie z Yves Rocher, którą także dostałam w spadku) i lekko ją rozetrzeć, żeby nie było krzywo.

*

Nie wierzę, że właśnie napisałam ponad 1500 słów o kosmetykach jako osoba, która jeszcze niedawno była ostatnia do interesowania się tym tematem. Ciężko mi nie wspomnieć o tym nawet słowem, gdy była to rzecz, którą naprawdę się zainteresowałam w mijającym roku i podejrzewam, że to zainteresowanie będzie podtrzymane na dłużej.

A u Was co się dobrze sprawdziło w ostatnim czasie – nie tylko w pielęgnacji, ale z kosmetyków kolorowych? Chętnie odkryję nowe marki i produkty, na szczęście to są rzeczy, które się zużywa 🙂

Kosmetyki dla opornych

Dobrze być tu z powrotem

Jak napisać przyciągający na bloga wpis po ośmiu miesiącach bez publikacji? Pewnie wybrać kontrowersyjny temat, dobrze udostępniający się na fejsie i  przyciągający szeroką publikę. Tak chyba nie będzie, bo wiecie, że u mnie jest zwyczajnie i po prostu, o zwykłym życiu. Nie będę przepraszać, że nie pisałam, bo do niczego się nie zobowiązywałam, jak profesjonalny, pełnoetatowy bloger, brakowało mi jednak tych opowieści o codzienności i mniej lub bardziej konkretnych przemyśleniach, a podczas codziennych odwiedzin na moim insta zastanawiałam się, czy to już czas na usunięcie linka do bloga w opisie.

Przez te ostatnie kilka miesięcy wydarzyło się parę znamiennych rzeczy – ważniejszych i mniej. Na przykład to, o co nigdy siebie nie podejrzewałam – zaczęłam grać w gry na Steamie. No dobra, na razie gram w jedną, ale nie spodziewałam się, że to mi się tak spodoba. Druga rzecz, o której siebie nie podejrzewałam, to uczęszczanie z dużą satysfakcją na wodny aerobik z grupą pań 65+. Mój kręgosłup jest mi za to bardzo wdzięczny.

Przyzwyczaiłam się już do nowej fryzury i obsługi krótszych włosów, które już teraz całkiem sprawnie można spiąć w kitkę. Nie zdecydowałam jednak jeszcze, czy chcę je zapuszczać, czy znowu ścinać. W sierpniu dodatkowo po raz pierwszy od gimnazjum pofarbowałam włosy (w tym pierwszy raz w salonie), a jako, że kobieta, która odkryła „swojego” fryzjera, jest kobietą trochę bardziej szczęśliwą, z radością zamieniłam ciemny blond na balejaż francuski. Pewnie nie zdecydowałabym się na tę zmianę, gdyby nie ślub, na którym byłam świadkową, no a jak wiemy, na ślubie trzeba dobrze wyglądać. W wakacje byłam na dwóch i oba były piękne i wzruszające. 

Po lekturze książki „Warsztaty stylu” Marii Młyńskiej, coś tknęło w mojej szafie i pośród moich akcesoriów. Wiedziałam od zawsze, że nie jestem fanką wisiorków, które wplątują mi się we włosy jak i bransoletek, które drażnią przy każdym ruchu. Zainteresowałam się uzupełnieniem kolekcji kolczyków, bez wyrzutów sumienia pozbywając się plastikowych świecidełek lub oddając siostrze. Zdałam sobie sprawę, że złoto pasuje mi do twarzy bardziej niż srebro i że noszenie kolczyków na co dzień sprawia mi przyjemność, podobnie jak lekki makijaż, który pozwala się wybudzić mojej wewnętrznej sowie i zmotywować do pracy. Zdecydowałam się też na kupno perfum , które mi się podobają, a nie są mało udanym prezentem na święta, który trzeba zużyć, bo głupio wyrzucić. To jedne z tych detali, które mają znaczenie i pozwalają poczuć się trochę lepiej na co dzień. 

Stałam się też trochę bardziej świadoma, jeśli chodzi o mój styl, chociaż praca nad nim jest wciąż w toku. Obserwuję jednak zdjęcia, które wrzucałam na grupę projektu 365 dni #wspódnicy rok temu i widzę postęp. Dowiedziałam się, że jeśli chodzi o typ urody jestem stonowaną jesienią lub chłodnym latem (wiem, to się wyklucza, bo jeden typ jest ciepły, a drugi chłodny), ale odnajduję w sobie cechy obu kategorii (poza tym, mój fryzjer potwierdza moje teorie!).

Analizując moje ulubione ubrania i ich kolorystykę doszłam do wniosku, że tak naprawdę najlepiej czuję się właśnie w rzeczach, które są stonowane, racze ciemne i zgaszone. Na fali tych rozważań jak i zagłębienia się w proces produkcji ubrań, którego skutki uświadomiłam sobie jeszcze bardziej po obejrzeniu dokumentu The True Cost na Netflix, zdecydowałam, że od przez rok, licząc od lipca, nie będę kupować nowych-nowych ubrań – wyłączając ubrania z drugiej ręki, czyli z Vinted, second-handów lub innych zrównoważonych źródeł. Wprawdzie drżę na myśl o przetarciu się moich ulubionych czarnych dżinsów, ale trzeba sobie stawiać wyzwania. Moim celem była nie tyle co eliminacja połowy garderoby, bo bardzo lubię moje ubrania, ale zwiększenie mojej świadomości na temat materiałów, pochodzenia i jakości ubrań. Wprawdzie od tego czasu podobało mi się kilka rzeczy z sieciówek, ale szybko o nich zapomniałam. Żeby jeszcze bardziej uświadomić sobie, co posiadam, zrobiłam całą listę w Excelu ze spisem ubrań i akcesoriów, jak ich z ich stanem – czy są z drugiej ręki, czy nowe, czy wymagają naprawienia, czy nie. Dowiedziałam się dzięki temu między innymi, że większość moich ubrań nie jest z sieciówek, lecz z tzw. darów losu po koleżankach czy ciociach ale i z second-handów, oraz, że mam 27 swetrów (dużo za dużo, ale to moja ulubiona kategoria ubraniowa). Wbrew pozorom ograniczenia w zakupach wyzwoliły we mnie nowe pokłady kreatywności, a wyniesienie wszystkich ubrań z szafy i dokładne ich obejrzenie i wypisanie w liście przypomniało, jak bardzo lubię niektóre z rzeczy, które już mam. 

W międzyczasie ja, która zawsze twierdziłam, że nie mam ręki do kwiatów, zgromadziłam całkiem pokaźnych rozmiarów kolekcję zielonych przyjaciół i nikt jeszcze nie zginął. Nie spodziewałam się, ile radości da mi obserwowanie, jak rozwijają się nowe pędy czy jak pieniążek rozrasta się w nowe dzieciaczki. Kupiłam niedawno książkę o roślinach, mam w planie zgłębianie dalej tej tajemnej dziedziny. Ach, książki… Teraz, gdy już mam więcej czasu, koniec z wymówkami do czytania – stosik wciąż rośnie, a ja z uporem maniaka wybieram Netfliksa – wybór „łatwiejszej” rozrywki poskutkował zaliczeniem kilku lepszych (Safe, Le chalet) i gorszych (czy raczej mniej ambitnych – Crazy Ex-Girlfriend, The Bonus Family, Jane The Virgin) seriali, a lista do obejrzenia wcale się nie kurczy.

No i też skończyłam studia. Ale ile to było stresu, picia melisy, brania tabletek uspokajających, picia kawy i herbaty, jeżdżenia na konsultacje, załatwiania podpisów, odpuszczania na każdym kroku tego, co nie najważniejsze, to tylko ja wiem. Gdyby nie Trello i Google Calendar, pewnie wszystko to by się rozjechało. Do połowy września, kiedy zdawałam poprawkowy egzamin ustny (ponad 150 pytań z wiedzy z czterech kategorii – urbanistyka, budownictwo, architektura i historia architektury i sztuki), który oblałam w czerwcu, stresując się, że całość jest po angielsku, bo ambitnie wybrałam się na magisterkę w obcym języku, nie byłam pewna, czy uda mi się wyrobić z oddaniem projektu do końca września. Już nawet brałam pod uwagę to, że oddam pracę później, i jakoś poradzę sobie z konsekwencjami tego (zapłacenie fury pieniędzy za powtarzanie przedmiotu) nieszczęścia. Myślę, że gdzieś wewnątrz odwlekałam ten moment, bo wydawało mi się, że „po” muszą się stać jakieś wyjątkowe rzeczy, że znajdę się gdzieś pośrodku niczego i nie będę wiedziała, czym się zająć. Tymczasem czas sam się zapełnia i wreszcie mogę spokojnie umówić się ze znajomymi na kawusię czy planszówki, czy po prostu pobyć sama ze sobą, albo nie musieć pracować po pracy! Gdyby nie moja cudowna pani promotor, która umiała mnie zmotywować i pocieszyć, gdy było źle, to by się nie udało. Ciągle miałam w głowie jej słowa, że lepszy dyplom oddany i „zaliczony”, niż idee, które nie zostały przelane na papier. No i jakoś się udało, a w połowie listopada miałam obronę. Najbardziej stresowała mnie (znowu) prezentacja po angielsku i to, żeby zachować fason przy rundzie pytań. Udało się powiedzieć większość tego, co zaplanowałam i w miarę sensownie odpowiedzieć na pytania komisji. Byłam z siebie dumna, że nie spanikowałam.

Wiem, że nie doszło do mnie jeszcze do końca, że to już koniec – pewnie poczuję to dopiero, gdy odbiorę dyplom, a do tego czeka mnie jeszcze runda po Politechnice Gdańskiej w celu zebrania wszystkich podpisików. Wiem jedno, studia były na maksa męczące i wykańczające, ale dały mi dużo satysfakcji. Nie wykluczam powrotu w uczelniane mury, ale przyznam, że dobrze mieć z głowy tak ważną rzecz. Czy to znaczy, że teraz wpisy na blogu będą częściej? Oby! Moje listy „rzeczy do zrobienia”, „rzeczy do nadrobienia”, „ludzie do wypicia kawy”, „hobby do rozwinięcia” które tworzę sobie w głowie dobrze się komponują z chęcią do powrotu do pisania.

To tak w telegraficznym skrócie. Dobrze być tu z powrotem. ❤

Dobrze być tu z powrotem