Z nowej perspektywy

Jak zacząć wpis, gdy nie pisało się bloga ponad rok? Siedzę przed komputerem z wielkimi wypiekami na twarzy. Czy ktokolwiek jeszcze pamięta moje wpisy, czy ktokolwiek będzie chciał czytać moje wypociny?

Szczerze mówiąc, nie planowałam przedłużać subskrypcji domeny, ale nie zauważyłam, że nie odłączyłam karty debetowej od płatności. Krótko mówiąc, nie byłam zadowolona z tego, że wbrew moim planom domena się przedłużyła, bo myśl o blogu spychałam zawsze na dalszy tor i miałam niecny plan rzucić ten temat w pierony. Muszę przyznać, że brakuje mi pisania i chciałabym nie utracić tej umiejętności. Czasem zastanawiam się, czy umiem jeszcze pisać ręcznie, bo większość życia spędzam klikając w komputerze. Najgorszą rzeczą jest ten przymus, że musisz coś odhaczyć, ale nie masz na to ochoty ani pomysłu. Od początku nie miałam sprecyzowanego planu na bloga, założyłam, że jeśli oprę się o pisanie o sobie i swoich przemyśleniach, nigdy nie zabraknie mi tematów. Pytanie, czy taki pomysł może się z czasem wypalić – myślałam, że tak, ale może jeszcze jest dla mnie szansa. Przekonajmy się więc, czy umiem jeszcze pisać bloga.

Żeby streścić, jak dużo zdarzyło się przez rok, kiedy nie było nowych wpisów, nie muszę nawet daleko cofać się na Instagramie, bo publikuję zdjęcia o wiele rzadziej. To śmieszne i trochę smutne, że to taka duża pomoc przy określaniu, jakie tematy warto byłoby poruszyć. Zasadniczo, przez ostatni rok udało mi się załatwić parę spraw, jak i nauczyć kilku nowych umiejętności, z czego szczególnie cieszy mnie polepszanie relacji z powiększającą się powoli rodzinką zielonych doniczkowych przyjaciół, no ale nic nie pobije największego wydarzenia 2019 roku w moim życiu, czyli ślubu. Teraz, niemal cztery miesiące od tego dnia mogę spojrzeć na ten dzień z nieco dalszej perspektywy, chociaż nie będę udawać, że te emocje się już zakurzyły.

Gdzieś pomiędzy spacerami, sojowymi świeczkami, nowymi roślinkami, gorącymi herbatami i spotkaniami z koleżankami, jak i poczuciu stagnacji życiowej wynikającej z dużej powtarzalności kolejnych dni, zaskoczył mnie nagle koniec maja, a w nim mój ówczesny chłopak, klękający na leśnej ściółce nagle podczas zupełnie zwyczajnego spaceru. Wiele razy wyobrażałam sobie ten moment, mając w głowie opowieści koleżanek czy sceny filmów i seriali, ale nie spodziewałam się, że podczas gdy ja będę zaaferowana opowieścią o wizytach u psycholog, to on będzie się zastanawiał, kiedy będzie odpowiedni moment spaceru, żeby poprosić mnie o rękę. Muszę przyznać, że wydarzyło się to w najlepszy dla nas sposób, i może moja wyobraźnia lekko podkolorowała ten moment, bo zapamiętałam go jako chwilę, w której słońce w wyjątkowo malowniczy sposób przebijało się przez korony drzew i powoli zaczynał się zachód słońca, to była to chwila naprawdę magiczna, i po niej cóż, wszystko nabrało rumieńców i odpowiedniego rozpędu.

Miesiące od zaręczyn do ślubu minęły ekspresowo, a ja starałam się wyprostować jak najwięcej spraw przed tym momentem. Wykorzystując wiatr, który zawiał w żagle mojego serca tuż po pojawieniu się błyszczącej biżuterii na moim palcu, testowaliśmy się jako świeżo upieczeni narzeczeni w nowych okolicznościach (na przykład na kajakach – nikt nie zginął lub obiadach u teściów), a że ja do serca wzięłam sobie słowa mojej Marysi, która zawsze była ambasadorką miłości raz na całe życie, to chciałam jak najlepiej się przygotować na moje nowe wspaniałe życie. Czułam pod skórą, że nie zmieni się nic, a jednocześnie zmieni się wszystko, co brzmi dość naiwnie. Nie zmieni się nic, bo znamy się już jak łyse konie, przecierając pierwsze szlaki znajomości na obozach harcerskich i znaliśmy się już prawie dziesięć lat, a zmieni się wszystko, bo jednak układ żona-mąż stawia przed ludźmi nowe wyzwania, ale i przywileje. Dla mnie sporą zmianą była także przeprowadzka, którą ostatecznie zaplanowałam, po staroświecku, na po ślubie. Miesiące, które ją poprzedzały, były pełne przeglądania wszystkich rzeczy – ubrań, książek, kosmetyków, dokumentów… Czego tam nie było? Wygrzebałam wraz z pomocą mamy wszystkie kartony, ze składziku, z piwnicy, ze wszystkich zakamarków mieszkania, chcąc ogarnąć umysłem, ile rzeczy można zgromadzić przez całe swoje 26-letnie życie, a ile z tego przybytku przyda mi się na dalszą część tego życia. Dawkowałam sobie tą przeprowadzkę, oj dawkowałam. Jednego weekendu przewiozłam do mieszkania narzeczonego zamiokulkasa, innego kolejną partię roślin. Książki – także w częściach, jak i ubrania, na pierwszy ogień poszły ciuchy zimowe. Przeprowadzka była sporym wysiłkiem, głównie emocjonalnym, w każdym razie przekonałam się, że mogłam wmawiać sobie, że jestem minimalistką, ale piętrząca się sterta worków i kartonów wyraźnie temu zaprzeczyła.

Cieszę się, że mogłam wreszcie zmierzyć się z tym przedmiotami, którymi obrosłam przez ten czas. Walczę z nimi nadal, bo widzę, jak teraz, już na swoim, jest łatwiej kupować. A to może by się przydał czajnik filtrujący wodę (okej, i faktycznie się przydaje, bo przestały się pojawiać w naszej szafce butelki z wodą), a tu w sumie brakuje blach do pieczenia ciasta, a przecież tyle piekę, że należy się w nie zaopatrzyć. Pierwsze wspólne tygodnie były zmaganiem się z moimi zapędami, by wszystko zastawić (i nie, kartony rzeczywiście nie są już potrzebne), jak i uczeniem się wszystkiego od nowa. Są to niby oczywiste rzeczy, ale dla mnie była to zupełnie nowa sytuacja, która na początku napawała mnie frustracją, bo każdy ma zupełnie inne schematy i przyzwyczajenia, ale daliśmy sobie czas, aby wspólnie uczyć się by ustalić nowe, wspólne wzorce. W ogóle, wprowadzanie się do nowego miejsca, gdzie ktoś już mieszka od dłuższego czasu wiąże się z poczuciem obcości – na szczęście mąż szybko zachęcił mnie do oswajania tej przestrzeni, przestawiania rzeczy i układania moich, więc szybko poczułam się, że jest i tu miejsce dla mnie, na równych zasadach. Zdziwiłam się na przykład, o ile lepiej się poczułam, układając moje książki na półkach – i chociaż nasłuchałam się, że pewnie część ich jest mi niepotrzebna, bo ich nie czytam (na przykład cała seria Harry’ego Pottera), zmusiłam się do kolejnej rundy przeglądania moich zbiorów i zostawiłam tylko te pozycje, które zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Poza tym, nie ma aż tak dużo tych książek. Oczywiście, połowa szafki lustrzanej nad umywalką, która z początku mi przypadła, okazała się zbyt małą połową i po wielu pytaniach „Ty serio tego wszystkiego używasz?”, na które odpowiedź zawsze brzmiała „tak”, przyznaję, że serio sporo tych kosmetyków. Moje umiejętności chomikowania potwierdziło drugie tyle zapasów kosmetyków w szafce nad toaletą, więc teraz zrobiłam sobie zakaz kupowania kolejnych specyfików i staram się nie reagować na promocje. Mój mąż zdecydowanie jest minimalistą, ja chyba jednak nie aż tak, chociaż wkręciłam się w sprzątanie i zachowanie ogólnego zen w domu. Przyznam, że naprawdę dbam o porządek, porównując moje panieńskie lata, a i tak pod koniec tygodnia wydaje mi się, że w domu jest niezwykle brudno (okej, lata parę kurzy tu i tam i pewnie parę rzeczy należałoby odłożyć na miejsce), a kiedyś to „brudno” byłoby dla mnie porządkiem. W każdym razie, sprzątanie może sprawiać przyjemność, i to, że jeśli sobie posprzątasz, to nikt ci tego już nie popsuje. Po doświadczeniach z młodszym rodzeństwem to pocieszająca myśl.

No dobra, ale ślub! Zdecydowaliśmy, że nie chcemy długo czekać na ten dzień, przejrzeliśmy nasze kalendarze i wyszło na to, że jesienią mogłoby być spoko, i realnie mogłoby się to udać, biorąc pod uwagę, ile trzeba ogarnąć. Nie wyobrażałam sobie czekać dwa lata na salę, i chociaż zastanawialiśmy się, czy w ogóle robić wesele, czy może tylko obiad dla rodziny i potem osobną imprezę dla znajomych, ostatecznie zrobiliśmy klasyczną wersję, chociaż w nie do końca standardową. Od początku założyliśmy, że nie chcemy wydać na ten event fortuny i pod tym kątem podejmowaliśmy wszystkie decyzje. Muszę przyznać, że nie chciałam też kupować rzeczy na raz, więc w miarę możliwości chciałam, żeby nic nie było jednorazowe. I tak – sukienkę udało mi się znaleźć na wyprzedaży, a nie była poliestrową koronką, a miękką wiskozową pięknością, w której czułam się w stu procentach sobą, ale w lepszej wersji. Buty niskie, które potem można nosić na inne okazje. Bez soczewek kontaktowych, podwiązek, specjalnej ślubnej bielizny, kalafiora na głowie. Dzień był wyjątkowo ciepły jak na koniec października, pięknie świeciło słońce, a ja byłam mocno wzruszona i podekscytowana jednocześnie. Po kościelnych wzruszeniach bawiliśmy się świetnie na grillu w brazylijskiej chacie, bez DJ-a i tańców, a po prostu ciesząc się obecnością rodziny, przyjaciół i smacznym jedzeniem. Impreza trwała do 22, a i tak byłam strasznie zmęczona, co dopiero, gdybyśmy weselili się do rana. W każdym razie, bawiliśmy się super – najlepsza impreza naszego życia, a wszystko według naszego pomysłu, bez udawania i spiny – polecam! A żeby było lepiej, to playlista, która przygrywała nam podczas spotkania jest teraz częścią mojej kolekcji na Spotify i można szybko przypomnieć sobie ten dzień, słuchając poszczególnych kawałków.

Miałam przyjemność przed ślubem wziąć udział w super panieńskim, na który moja świadkowa zaprosiła masę moich dobrych koleżanek – bardzo mnie wzruszyło, widząc je wszystkie naraz tego dnia. Było pyszne jedzenie, robienie sojowych świeczek, trochę tańców w klubie nad morzem i mnóstwo mojej wdzięczności. Drugi panieński był wyjazdem do fabryki płytek ceramicznych pod Mediolanem, czyli właściwie wyjazdem służbowym, na którym pochłonęłam miliony kalorii i poczułam, co to dolce vita. Ostatecznie, na dzień przed miałam super śniadanie ze świadkową, spacer po parku Oliwskim i pięknie zrobione bordowe manicure hybrydowe, jak i sesję u fizjoterapeutki, psycholożki i randkę sama z sobą – naleśniki. Czułam się już tak podekscytowana i poruszona, że zdawało mi się, że unoszę się kilka centymetrów nad ziemią. A potem pojechaliśmy na tydzień na Maltę, cieszyć się ciepłem i słońcem wtedy, kiedy w Polsce robiło się już szaro i smutno. Wynajęliśmy sobie pokój za pomocą Airbnb, wypożyczyliśmy samochód na miejscu i nie liczyliśmy kalorii. Udało nam się odpocząć, ale i zobaczyć praktycznie całą wyspę, jak i jej młodszą siostrę, Gozo. Było super!

Kontynuując życiowe zmiany, na nowo chciałam zabrać się za siebie i zaczęłam korzystać z jadłospisów od dietetyczki, starając się poprawić moje wyniki badań. Polubiłam się całkiem z ćwiczeniami w domu, co i tak już uważam za spore osiągnięcie dla takiego paskudnego lenia, jak ja. Postanowiłam sobie, że skoro teraz zaczynam dużo rzeczy od nowa, to mogę też powoli zmieniać moje różne nawyki i starać się być codziennie troszkę lepszą. Pracuję też cały czas nad sobą, uczę się rozpoznawać różne emocje, które się we mnie pojawiają, a nie byłoby to możliwe, gdyby nie narzędzia, które w sobie odkryłam podczas spotkań z psycholog. Nie miałam żadnych sprecyzowanych oczekiwań, ale chciałam z nią przegadać niektóre sprawy, i rozmowy te pozwoliły mi rzucić nowe światło na moje przekonania i problemy. Mimo, że zakończyłam na razie terapię, wciąż wracam myślami do tych rozmów i staram się samą siebie rozwijać. Nie sposób też przemilczeć kolejnej zmiany, która jest już bardzo blisko… W zeszłym miesiącu złożyłam wniosek o dofinansowanie założenia działalności gospodarczej, i został on pozytywnie rozpatrzony. Póki co to, co będzie dalej napawa mnie lekkim stresem, ale i wielkim podnieceniem, jestem także pewna, że żałowałabym, gdybym nie spróbowała i po prostu chcę się przekonać, co przyniesie przyszłość. Jedno jest pewne, czyli ciągła zmiana.

Tak więc minął mi ten czas, dość intensywnie i pełen nowości, mam nadzieję, że będę tu wracać częściej, bo pisanie tego bloga jest naprawdę pomocne w układaniu myśli. I chociaż moje nowe nazwisko sugerowałoby zmianę ksywki, to jednak nie planuję rebrandingu 😉 Mam w sobie wdzięczność i spokój za ten czas. Ostatecznie to jest dla mnie teraz najważniejsze.

17 myśli w temacie “Z nowej perspektywy”

  1. Super, że wróciłaś!
    Bardzo lubię Twoje wpisy, są takie ciepłe, szczere i pełne mądrości.
    Mogę zapytać w jakie miejsce chodziła na terapię?

    Polubienie

  2. Oczywiście, że pamiętam Twoje wpisy i oczywiście – przeczytałam Twoje „wypociny” 😉 Bloga albo się potrafi pisać albo nie. Ty potrafisz i nawet przerwa tego nie zmieniła. Za mną również ślub a przeprowadzka na szczęście zdarzyła się nieco wcześniej.. bo gdybym tuż po wyczerpującym ślubie miała targać ten ogrom rzeczy to bym już na pewno zwariowała ;P Generalnie – po prostu Cię (chociaż w części) rozumiem.
    Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia i mam nadzieję, że teraz będziesz już tu wpadać częściej 🙂

    Polubienie

    1. Dziękuję za miłe słowa 😃 Jestem zdania, że można szybko wypaść z obiegu, jeśli się nie pisze regularniej 😊 Ja na szczęście podzieliłam sobie przenoszenie rzeczy na części, i ostatecznie po ślubie zostały dosłownie dwie torby, więc nie tak źle. Tobie też, najlepsze życzenia 😊

      Polubienie

Odpowiedz na dancewiththecamera Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s