Nie chcę już nie mieć czasu

Jeszcze nie było takiej wiosny. Pierwszy tydzień siedzenia razem w domu z początku wydawał się fajny i przyjemny, potem przez moment miałam lekki atak paniki, że właściwie nie wiadomo, jak będzie wyglądać świat, życie i że nie wiemy, do czego będziemy wracać, jak już wyjdziemy z tych domów. Na szczęście szybko się uspokoiłam i skupiłam na radości bycia razem, nie spiesząc się na autobusy, spotkania czy do zawodowych obowiązków. Znajomi wypytywali, jak dajemy sobie radę, czy jeszcze się nie pozabijaliśmy, a my cieszyliśmy się siedzeniem w jaskini dawaliśmy sobie radę – wreszcie mieliśmy czas obejrzeć całych Friends, których wszyscy nam polecali, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia, gdy przyznawaliśmy się, że nie oglądaliśmy jeszcze tego kultowego serialu. Gdzieś pomiędzy płynami dezynfekcyjnymi i obawą, by chodzić do sklepu (na początku pandemii staraliśmy się robić zakupy raz na dwa tygodnie, żeby ograniczyć wyjścia), pomyślałam sobie, że nie chcę już nie mieć czasu.

Wszystko zwolniło, a ja zorientowałam się, że powolny styl życia to coś, co daje mi spokój i pozwala wziąć głębszy oddech. Coraz mocniej utwierdziłam się w przekonaniu, że często stosowana, także i przeze mnie, wymówka „nie mam czasu” jest okrutnie wyświechtanym zwrotem. Może nie miałam czasu, bo wolałam spędzić godzinę przewijając Instagrama, albo oglądając głupie filmiki na YouTube? A może nie miałam czasu, bo nie potrafiłam organizować sobie czasu tak, aby móc (w miarę) efektywnie pracować, a potem odpoczywać? Może nie miałam czasu, bo nie umiałam wykazać się asertywnością i stawianiem siebie na pierwszym miejscu?

Pandemia pozwoliła mi uświadomić sobie, co naprawdę w życiu jest dla mnie ważne. Zdając sobie sprawę, że jestem niesamowitą szczęściarą, dla której izolacja była niemalże przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem lub problemem, na nowo przewartościowałam swoje priorytety. W życiu, w którym niespodziewanie każdy dzień wyglądał dość podobnie, a wszystko było popędzane i w biegu, nagle przestało mi przeszkadzać czasochłonne ręczne mielenie kawy, którą później można wypić na balkonie, albo po prostu siedząc na fotelu lub kanapie, patrząc się w przestrzeń. Obiadu wcale nie trzeba jeść patrząc w monitor i oszukując siebie, że w tym czasie także się pracuje, więc nie marnuje się czasu na jedzenie. Wcale nie trzeba ograniczać się do jednogarnkowych dań, można na spokojnie próbować nowych przepisów, także tych bezmięsnych. Wreszcie – można podjąć próbę wypieku własnego chleba, o co nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewała. Zakwas wydawał mi się czymś trudnym do ogarnięcia, na szczęście umocniona poradami koleżanek, szybko połknęłam piekarniczego bakcyla. Gdybym nie pracowała z domu, raczej nie miałabym szansy podjąć się tego wyzwania.

Dość przewrotnie moment, w którym zamknęliśmy się w domu zbiegł się z chwilą, w której rejestrowałam swoją działalność gospodarczą. Na szczęście nie musiałam się martwić brakiem zajęć, a jedynie skupić się na ułożeniu sobie na nowo planu działania i myśleniu o sobie. Jestem dopiero na początku tej organizacyjnej drogi, ale widzę już, ile dowiedziałam się o sobie przez te parę miesięcy. Widzę także w sobie nieustanny rozwój psychiczny, który jest rezultatem przedślubnych spotkań z psycholog.

Porządek w domu to podstawa porządku w głowie. Nie byłam w stanie się skupić, gdy na biurku leżały różne notatki czy dokumenty. Przez to, że tyle czasu spędzałam w domu, zaczęłam z jeszcze większą uwagą patrzeć na moje najbliższe otoczenie. Mało istotne detale, jak na przykład ułożenie kolorystycznie książek na regale, kompozycja z butelki oliwy, opakowania z solą i pieprzem na blacie, czy doniczki ułożone z konkretnym zamysłem stały się wyznacznikiem jakości codzienności. Moja tendencja do „udomawiania”, a męża do upraszczania musiały jakoś spotkać się po drodze. Podczas pandemii dość znacznie wzrosła liczebność mojej kolekcji roślin – przyznam, że doglądanie ich i cieszenie się ich wzrostem sprawia mi wielką przyjemność. Zaczęłam na potęgę poszerzać horyzonty, słuchając podcastów. W końcu skusiłam się na kupno drippera do kawy i bardziej wyrafinowaną kawę niż mieloną z Biedry (która także jest całkiem okej!) i zauważyłam, ile radości może sprawić picie takiej kawy ze spokojem. Polubiłam się z moją wysłużoną już matą do ćwiczeń, jak i z piłkami do rolowania. Pewnego wieczoru, ćwicząc z Adriene, uświadomiłam sobie, że obecnie mam wszystko, o czym kiedyś marzyłam. Bardzo wzruszyła mnie ta myśl.

Z jaką radością zobaczyłam znajome twarze pierwszy raz od długiego czasu! Te wakacje także są inne niż wszystkie poprzednie, ale za to ile radości i takiej zwyczajnej wdzięczności daje każdy mikrowyjazd, nawet w najbliższe okolice. Kąpiel w jeziorze odczuwam jakoś pełniej, przypominając sobie wszystkie szczęśliwe momenty z dzieciństwa, wspólny śpiew z gitarą po zmroku przypomina, jaka to prosta przyjemność, a zwyczajny spacer po lesie to małe święto. Grillowanie z przyjaciółmi jeszcze nigdy tak nie smakowało, jak i nocleg pod namiotem nie wydawał się prawdziwym luksusem. Taka to chyba już nasza ludzka natura, że zaczynamy coś doceniać, dopiero, gdy jesteśmy tego pozbawieni. Ostatecznie dużo lekcji wynoszę dla siebie z tego czasu, lekcji wdzięczności.

Porozmawiajmy! :)

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s