Spowolnienie

239.jpg

Jestem gdzieś pomiędzy tym, co chcę, a co powinnam robić. Zajmuję się niepotrzebnymi sprawami i odkładam te ważniejsze. Dostałam w prezencie z USA piękny, złoty, półtoraroczny planner. 2018 na okładce pokazuje szeroką perspektywę i zachęca do działania. Czuję jesienne spowolnienie, gdy spisuję niekończącą się listę „to-do” i pozwalam sobie na momenty melancholii przy piosenkach, które zawsze wprawiają mnie w smutny nastrój. Okazuje się, że używanie rozświetlacza raz na jakiś czas potrafi poprawić humor. Różowa szminka podobnie.

Im więcej się dzieje, tym więcej porządku potrzebuję. Z czułością zabieram się do planowania każdego tygodnia. Gorzej, gdy wszystko jest jakieś takie niezebrane w jedno. Gorzej, gdy i tak nie uda się poskreślać zadań z listy, właściwie nie wiadomo czemu. Jesienią często dopada mnie niemoc. Staję się wolniejsza, bardziej senna i zmęczona wieczorami. Ratuję się muzyką i kawą. Z tyłu głowy mam kilka myśli, że wzięłam sobie za dużo na głowę, że niepotrzebnie panikuję, że za dużo rozmyślam, a za mało robię, a jednocześnie, że nie odpoczywam tak naprawdę. Przypominam sobie wpis z zeszłego roku o weekendzie idealnym. Zauważyłam, że ostatnio znów żyję od piątku do piątku. Roboczy tydzień jest całkiem skutecznym wampirem energetycznym. Powtarzam sobie, że mam tyle do załatwienia, a moja efektywność jest bliska zeru.

Myślę sobie, że to po prostu jedyny taki rok i musi być taki mocny, żebym wycisnęła z niego jak najwięcej. Może muszę się zmęczyć i przepracować, żeby naprawdę poczuć, że dzieje się coś ważnego. Potrzebuję tych różnych mniejszych i większych projektów pobocznych, różnego rodzaju, takich jak próba malowania się na co dzień czy robienie codziennie zdjęć, lepszych lub gorszych.

237.jpg

Muszę zrobić wszystko, żeby nie pozostać miękką bułą i nie zawijać się codziennie w koc smutku. Cóż, to już wiele.

Trzymajcie się.

hania

Spowolnienie

Tyle, ile mogę unieść

213

Jak nie zwariować. Chwytam się ostatnich dni wakacji, przerażona, jak mam pogodzić ze sobą tragiczny plan na uczelni i pracę. Zastanawiam się, jak robić projekty na uczelnię i jednocześnie znaleźć czas na prowadzenie tych pobocznych, jak chociażby odkurzaniu bloga. Nie będę ukrywać – zaczynam panikować.

Gdzieś z tyłu głowy mam to, że nie dostajemy od losu więcej, niż możemy unieść.

Pisząc te słowa co chwilę smarkam i pociągam nosem. Brak urlopu poskutkował dość szybko złapanym przeziębieniem i przymusowym aresztem domowym. O ile gripeksy i ferweksy mogą uratować życie, to wydaje mi się, że stosowanie ich na dłuższą metę to strzał w kolano. Zatem grzeję się pod kocem i dużo śpię, bo tak naprawdę nie mam za wiele czasu na chorowanie.

Zastanawiam się, jak to będzie. Chciałabym jak najszybciej zrobić projekt dyplomowy i obronić się w czerwcu. O ile drugi semestr jest bardzo wymagający, jest sporo zaliczeń projektów, to na ostatnim, trzecim, praktycznie jedynymi zajęciami są spotkania z promotorem i seminarium dyplomowe. Mam już wstępny pomysł na projekt magisterski, chciałabym zająć się zmianą funkcji – chodzi mi po głowie adaptacja jednego z gdyńskich magazynów w porcie na funkcję kultury – bibliotekę, mediatekę lub galerię sztuki. Cieszę się, że w kwestii wyboru tematu jest tu kompletna dowolność, a wiele wynika z tego, do jakiego promotora i katedry się zapiszemy. Ironia losu chciała, że wylądowałam w katedrze, z której pochodzą przedmioty, z jakimi miałam największy problem podczas studiów inżynierskich. Uśmiecham się szeroko, gdy tylko o tym pomyślę.

Smucę się i cieszę, bo wiem, że to ostatni taki rok. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i czerwcu zostanę magistrem, to skończy się kolejny taki długi, konkretny miernik czasu. Skończy się coś, co ustawiało mi codzienność, motywowało do działania i układało życie. Już teraz myślę o tym z nostalgią – mimo wielu rozczarowań, niekończących się wieczorów przy komputerze, niepotrzebnych zajęć i bezsensownych ustaleń, to naprawdę dobry czas.

208204206

Trzymajcie się ciepło i nie chorujcie.

hania

Tyle, ile mogę unieść

Oswoić się z jesienią

192.jpg

Jesień nadeszła zbyt nagle. Zastała mnie zupełnie nieprzygotowaną, w zbyt cienkich ubraniach i bez płaszcza. Zmoczyła i napuszyła mi włosy od wilgoci. Złapała mnie nostalgia i senność.

Nie czuję się jeszcze gotowa na te kilka miesięcy mżawki, kałuż i ciemności. Jeszcze bardziej nie czuję się gotowa na ostatnie dwa semestry studiów i powrót na uczelnię po długim czasie błogiego względnego lenistwa. Czas przygotować solidny zestaw ratujący przed wieczornym przygnębieniem. Potężny kubek z kakao z ksylitolem, obszerna bluza z kapturem i koc.

Instynktownie zaczęłam otaczać się większą ilością różu – nabyłam różowy sweter poprzetykany złotą nitką, za dużą bluzę i różowy zegarek. Poratowałam się także długo wyczekiwanym nowym aparatem. Po kilku miesiącach zastanawiania się, porównywania opcji i z dużą pomocą kolegi stałam się dumną posiadaczką Fujifilm X-T10, który swoją premierę na Tookapic przywitał malowniczym zdjęciem róży. Czuję, że domyślny obiektyw, który do niego dobrałam, nie wystarczy mi na długo, ale chcę sobie dać trochę czasu, żeby namyśleć się i zorientować, czego dokładnie mi trzeba. Jestem bardzo podekscytowana tą nową przygodą, uczenia się obsługi sprzętu i poznawania jego sekretów. Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało.

Jesień może być całkiem w porządku, gdy można pozwolić sobie na chwilę smutku, gdy zasypia się pod ciepłą kołdrą słuchając dudnienia deszczu o parapet, gdy nad kubkiem gorącej herbaty unosi się para. Lubię spacery pełne słońca i różnokolorowych liści. Jestem miłośniczką początków, a wrzesień zawsze ma w sobie świeżość. Śliwki i jabłka zachęcają do kuchennych bezcukrowych i bezglutenowych eksperymentów, coraz szybciej zaczynające się wieczory do czytania książek i oglądania seriali. Długie siedzenie przy biurku w pracy natrętnie przypomina o basenie.

Jestem w stanie zamienić te jasne i ciepłe dni na jesienne wieczory w zamian za zapach wilgoci w nozdrzach, kawy w przytulnych kawiarniach, które smakują intensywniej, niż latem, ciepłe swetry i smagane wiatrem policzki. Byłoby cudownie, gdyby nie marzły mi ręce na fioletowo i nie odmarzał nos.

Zauważyłam ostatnio, jak popularne na różnych blogach stają się wpisy w stylu „tu i teraz” i zdałam sobie sprawę z tego, że właściwie wszystkie moje wpisy są właśnie takie. Tu i teraz zadziwiam się zbyt prędkim przyjściem chłodu, tu i teraz bardziej doceniam rozgrzewające napoje. Jesieni – jestem gotowa, zaprzyjaźnijmy się!

202.jpg

A Wy, jak przygotowujecie się na przyjście jesieni? Trzymajcie się ciepło,hania

Oswoić się z jesienią

Moja podstawa garderoby

P1290900-01.jpg

Od paru lat na nowo pokochałam spódnice. Kiedyś za nimi nie przepadałam, nosiłam ciemne spodnie i szerokie bluzy, a gdy decydowałam się na kieckę, to zazwyczaj była to jakaś ważna okazja rodzinna lub szkolna uroczystość. Obecnie spódnica to mój najczęstszy wybór jeśli chodzi o codzienny ubiór, chociaż wciąż lubię włożyć spodnie. Ostatni ubraniowy wpis pojawił się ponad rok temu i zastanawiałam się w nim, czy mam jakiś styl. Rozważania ukończyłam stwierdzeniem, że przede wszystkim stawiam na wygodę i praktyczność. Jak dobrze, że nie mam już grzywki i zmieniłam okulary! Przy okazji zerknęłam w komentarze, a tam przeczytałam, że „sądząc po sposobie ubierania się, będziesz raczej architektem zajmującym się architekturą, niż wnętrzami”. To ci ciekawostka 🙂

Z coraz większą świadomością wybieram ubrania. Z chęcią sięgam po ubrania polskich marek, za które jestem gotowa więcej zapłacić, ale mieć świadomość, że wspieram polską gospodarkę. Daleko mi już od spontanicznych zakupów i wychodzenia ze sklepu z pełnymi siatami. Przez ostatnie parę miesięcy zrobiłam osobisty progres, uświadamiając sobie, że nie ma ubrań, których powinnam sobie odmawiać, jak to zawsze mi się wydawało. To brzmi komicznie, wiem, ale czułam, że nie mogę nosić na przykład kombinezonów, bo będę wyglądać jak Buka, albo bluzek z odsłaniających ramiona, bo nie są smukłe, a co więcej, nie mam najgładszych na świecie pleców. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że mogę nosić, co mi się żywnie podoba i nikomu nic do tego. Instynktownie wiem, w czym wyglądam lepiej, a w czym gorzej. Zdaję sobie sprawę, że niektóre kroje i materiały są dla mnie bardziej korzystne.

Gdybym miała teraz określić, jak wygląda moja szafa, pomijając to, że jest nieco zabałaganiona, to powiedziałabym, że opiera się na stonowanych kolorach uzupełnionych kwiatowymi wzorami. Lubię jednokolorowe ubrania, koszule i spódnice z wyraźnie zaznaczoną talią. Przekonałam się do spódnic midi, kiedyś byłam mocno przywiązana do miniówek. Kto by pomyślał. Najlepiej czuję się w granacie, szarościach, czerni i w różnych odcieniach niebieskiego.

P1290861-02.jpg

Odkąd pracuję, staram się wkładać więcej wysiłku w to, co ubieram i rezygnuję z chodzenia w dresach – czasem się tak zdarzało. Uspokajam moją szafę, pozbywam się poliestrowych szmatek, których już nie lubię i staram się wyglądać w miarę poważnie i profesjonalnie, w razie, gdyby wypadło jakieś spotkanie z klientem.

Mój styl to coś nieskomplikowanego, a jednocześnie zawsze jest coś „nie do końca”. Pozwalam sobie na bycie nieidealną i chciałabym mieć w sobie więcej nonszalancji. Jeśli się maluję, to pewnie włożę coś, co nie wygląda, jakby mi za bardzo zależało. Wiele razy czytałam o tym, co „każda kobieta powinna mieć w swojej szafie” i nie znalazłam zestawu, który jest dla mnie idealny. Dla mnie podstawą jest gładka bluzka z krótkim rękawkiem, coś w paski, dopasowana, ale nie przylegająca ściśle do ciała koszula, ciemne spodnie i właśnie spódnica z koła lub z trapezu.

Spódnica jest zawsze dobrym wyborem. Maskuje zbyt najedzony brzuch po wizycie na burgerach. Sprawia, że moja kwadratowa górna część tułowia nabiera jakiegoś poziomego podziału i zwężenia. Jest wygodna, nic się nie wpija, nic nie jest przyciasne. Odsłania zgrabne nogi. Brzmi idealnie, prawda?

P1290913-02.jpg

Mam na sobie niebieską lniana spódnicę polskiej marki Dla Dam. To moja pierwsza lniana spódnica i mam nadzieję, że nie ostatnia – jest cudowna w dotyku, bardzo wygodna i przewiewna na gorące dni – trzeba korzystać ze słońca, póki jest 🙂 Dla niektórych spódnica lub sukienka na co dzień to przesadna elegancja. Czy życie nie jest zbyt krótkie, żeby odpuszczać sobie tę elegancję na co dzień?

PS Patrząc na zdjęcia, żałuję, że pofarbowałam włosy zmywalną różową szamponetką – od tego czasu są trochę bardziej sianowate niż zwykle. Zdjęcia zrobiła mi moja siostra Dorota – dziękuję!
PS2 Czy to pierwszy wpis feszyn w historii bloga? 😀

Do napisania,

hania

Moja podstawa garderoby

Ładne rzeczy! #37 i letnie myśli

157.jpg

Latem wszystko się rozpływa, a ładne rzeczy są tuż o krok od domu. Przekonałam się na nowo do krótkich spodenek i dekoltu Carmen, w którym czuję się jak Lana del Rey. Tygodnie leniwie mijają i łączą się w jedną przyjemną opowieść złożoną z nowych wyzwań w pracy i spotkań z różnymi przyjaznymi twarzami. Co jakiś czas powraca myśl o zaplanowaniu konkretnego urlopu, który póki co wychodzi we wrześniu.

Chciałam podzielić się z Wami kilkoma pięknymi rzeczami:

⚪ Wszystkim chyba już się opatrzyły grafiki z czarno-białymi mapami montowane na ścianach. Firma Pangea oferuje mapy wykonane z… drewna. A dokładniej, ze sklejki ciętej laserowo. Wszystko jest ręcznie sklejane i oprawiane w białą ramę i wygląda niesamowicie.

⚪ Hania Ananas i Dagmara jakiś czas temu rozpoczęły kreatywny projekt „we are mousse” skupiający w sobie zdjęcia, wnętrza, design, a wszystko to połączone w ciekawe opowieści. Bardzo kibicuję dziewczynom i zerkam z zazdrością, jakie to #ładnerzeczy robią 🙂 Zerknijcie do nich koniecznie – a oprócz bloga dziewczyny prowadzą Instagrama i kręcą vlogi na YouTube.

⚪ Pozowana, lecz wzruszająca sesja zdjęciowa nietuzinkowej pary.

⚪ Hipnotyzujące rysunki Milesa Johnstona.

 Kadry, których nie powstydziłby się Wes Anderson. Co jakiś czas trafiam na zdjęcia lub filmy inspirowane jego twórczością i za każdym razem tak samo cieszą oko. Ach, co za cuda!

⚪ To jest naprawdę piękna fasada przedszkola w Japonii! Zachwycam się tym prostym zabiegiem zastosowanym na elewacji – niewiele potrzeba, żeby uzyskać efekt wow.

źródło: http://www.contemporist.com

⚪ Z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia – czapki z głów za całkowitą transformację mieszkania w Madrycie. Zastana sytuacja pozostawiała do życzenia. Wprawdzie jeśli chodzi o wykorzystane materiały wykończeniowe, nie ma tu zbyt wielu ekscesów, ale szczegóły takie jak obrazy i rzeźby nadają wnętrzom charakteru. Podłoga w ciepłym i nasyconym odcieniu jest dobrze zrównoważona przez dużą ilość bieli.

źródło: www.desiretoinspire.net

⚪ Prace Justyny Wołodkiewicz łączące w sobie modelinę i kordonek. Prawdziwe mikrodzieło sztuki i czysta przyjemność dla naszych oczu.

⚪ Lizaki – Układ Słoneczny. Ale czad! (Za jedyne 30 dolców.)

źródło: http://www.colossalshop.com

⚪ Apartament z kilkoma zwrotami akcji. Moja ulubiona to chyba zamiana gabinetu na dodatkową sypialnię.

⚪ Pozostając na YouTube i krążąc wokoło filmików o wnętrzach, wkręciłam się w mini-serial o renowacji domu. Właściciele wiele rzeczy robią sami i są przesympatyczni 🙂

Szok, że już sierpień. Na szczęście studenci cieszą się wakacjami do końca września!

Do napisania,

hania

Ładne rzeczy! #37 i letnie myśli