Moja podstawa garderoby

P1290900-01.jpg

Od paru lat na nowo pokochałam spódnice. Kiedyś za nimi nie przepadałam, nosiłam ciemne spodnie i szerokie bluzy, a gdy decydowałam się na kieckę, to zazwyczaj była to jakaś ważna okazja rodzinna lub szkolna uroczystość. Obecnie spódnica to mój najczęstszy wybór jeśli chodzi o codzienny ubiór, chociaż wciąż lubię włożyć spodnie. Ostatni ubraniowy wpis pojawił się ponad rok temu i zastanawiałam się w nim, czy mam jakiś styl. Rozważania ukończyłam stwierdzeniem, że przede wszystkim stawiam na wygodę i praktyczność. Jak dobrze, że nie mam już grzywki i zmieniłam okulary! Przy okazji zerknęłam w komentarze, a tam przeczytałam, że „sądząc po sposobie ubierania się, będziesz raczej architektem zajmującym się architekturą, niż wnętrzami”. To ci ciekawostka 🙂

Z coraz większą świadomością wybieram ubrania. Z chęcią sięgam po ubrania polskich marek, za które jestem gotowa więcej zapłacić, ale mieć świadomość, że wspieram polską gospodarkę. Daleko mi już od spontanicznych zakupów i wychodzenia ze sklepu z pełnymi siatami. Przez ostatnie parę miesięcy zrobiłam osobisty progres, uświadamiając sobie, że nie ma ubrań, których powinnam sobie odmawiać, jak to zawsze mi się wydawało. To brzmi komicznie, wiem, ale czułam, że nie mogę nosić na przykład kombinezonów, bo będę wyglądać jak Buka, albo bluzek z odsłaniających ramiona, bo nie są smukłe, a co więcej, nie mam najgładszych na świecie pleców. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że mogę nosić, co mi się żywnie podoba i nikomu nic do tego. Instynktownie wiem, w czym wyglądam lepiej, a w czym gorzej. Zdaję sobie sprawę, że niektóre kroje i materiały są dla mnie bardziej korzystne.

Gdybym miała teraz określić, jak wygląda moja szafa, pomijając to, że jest nieco zabałaganiona, to powiedziałabym, że opiera się na stonowanych kolorach uzupełnionych kwiatowymi wzorami. Lubię jednokolorowe ubrania, koszule i spódnice z wyraźnie zaznaczoną talią. Przekonałam się do spódnic midi, kiedyś byłam mocno przywiązana do miniówek. Kto by pomyślał. Najlepiej czuję się w granacie, szarościach, czerni i w różnych odcieniach niebieskiego.

P1290861-02.jpg

Odkąd pracuję, staram się wkładać więcej wysiłku w to, co ubieram i rezygnuję z chodzenia w dresach – czasem się tak zdarzało. Uspokajam moją szafę, pozbywam się poliestrowych szmatek, których już nie lubię i staram się wyglądać w miarę poważnie i profesjonalnie, w razie, gdyby wypadło jakieś spotkanie z klientem.

Mój styl to coś nieskomplikowanego, a jednocześnie zawsze jest coś „nie do końca”. Pozwalam sobie na bycie nieidealną i chciałabym mieć w sobie więcej nonszalancji. Jeśli się maluję, to pewnie włożę coś, co nie wygląda, jakby mi za bardzo zależało. Wiele razy czytałam o tym, co „każda kobieta powinna mieć w swojej szafie” i nie znalazłam zestawu, który jest dla mnie idealny. Dla mnie podstawą jest gładka bluzka z krótkim rękawkiem, coś w paski, dopasowana, ale nie przylegająca ściśle do ciała koszula, ciemne spodnie i właśnie spódnica z koła lub z trapezu.

Spódnica jest zawsze dobrym wyborem. Maskuje zbyt najedzony brzuch po wizycie na burgerach. Sprawia, że moja kwadratowa górna część tułowia nabiera jakiegoś poziomego podziału i zwężenia. Jest wygodna, nic się nie wpija, nic nie jest przyciasne. Odsłania zgrabne nogi. Brzmi idealnie, prawda?

P1290913-02.jpg

Mam na sobie niebieską lniana spódnicę polskiej marki Dla Dam. To moja pierwsza lniana spódnica i mam nadzieję, że nie ostatnia – jest cudowna w dotyku, bardzo wygodna i przewiewna na gorące dni – trzeba korzystać ze słońca, póki jest 🙂 Dla niektórych spódnica lub sukienka na co dzień to przesadna elegancja. Czy życie nie jest zbyt krótkie, żeby odpuszczać sobie tę elegancję na co dzień?

PS Patrząc na zdjęcia, żałuję, że pofarbowałam włosy zmywalną różową szamponetką – od tego czasu są trochę bardziej sianowate niż zwykle. Zdjęcia zrobiła mi moja siostra Dorota – dziękuję!
PS2 Czy to pierwszy wpis feszyn w historii bloga? 😀

Do napisania,

hania

Moja podstawa garderoby

Ładne rzeczy! #37 i letnie myśli

157.jpg

Latem wszystko się rozpływa, a ładne rzeczy są tuż o krok od domu. Przekonałam się na nowo do krótkich spodenek i dekoltu Carmen, w którym czuję się jak Lana del Rey. Tygodnie leniwie mijają i łączą się w jedną przyjemną opowieść złożoną z nowych wyzwań w pracy i spotkań z różnymi przyjaznymi twarzami. Co jakiś czas powraca myśl o zaplanowaniu konkretnego urlopu, który póki co wychodzi we wrześniu.

Chciałam podzielić się z Wami kilkoma pięknymi rzeczami:

⚪ Wszystkim chyba już się opatrzyły grafiki z czarno-białymi mapami montowane na ścianach. Firma Pangea oferuje mapy wykonane z… drewna. A dokładniej, ze sklejki ciętej laserowo. Wszystko jest ręcznie sklejane i oprawiane w białą ramę i wygląda niesamowicie.

⚪ Hania Ananas i Dagmara jakiś czas temu rozpoczęły kreatywny projekt „we are mousse” skupiający w sobie zdjęcia, wnętrza, design, a wszystko to połączone w ciekawe opowieści. Bardzo kibicuję dziewczynom i zerkam z zazdrością, jakie to #ładnerzeczy robią 🙂 Zerknijcie do nich koniecznie – a oprócz bloga dziewczyny prowadzą Instagrama i kręcą vlogi na YouTube.

⚪ Pozowana, lecz wzruszająca sesja zdjęciowa nietuzinkowej pary.

⚪ Hipnotyzujące rysunki Milesa Johnstona.

 Kadry, których nie powstydziłby się Wes Anderson. Co jakiś czas trafiam na zdjęcia lub filmy inspirowane jego twórczością i za każdym razem tak samo cieszą oko. Ach, co za cuda!

⚪ To jest naprawdę piękna fasada przedszkola w Japonii! Zachwycam się tym prostym zabiegiem zastosowanym na elewacji – niewiele potrzeba, żeby uzyskać efekt wow.

źródło: http://www.contemporist.com

⚪ Z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia – czapki z głów za całkowitą transformację mieszkania w Madrycie. Zastana sytuacja pozostawiała do życzenia. Wprawdzie jeśli chodzi o wykorzystane materiały wykończeniowe, nie ma tu zbyt wielu ekscesów, ale szczegóły takie jak obrazy i rzeźby nadają wnętrzom charakteru. Podłoga w ciepłym i nasyconym odcieniu jest dobrze zrównoważona przez dużą ilość bieli.

źródło: www.desiretoinspire.net

⚪ Prace Justyny Wołodkiewicz łączące w sobie modelinę i kordonek. Prawdziwe mikrodzieło sztuki i czysta przyjemność dla naszych oczu.

⚪ Lizaki – Układ Słoneczny. Ale czad! (Za jedyne 30 dolców.)

źródło: http://www.colossalshop.com

⚪ Apartament z kilkoma zwrotami akcji. Moja ulubiona to chyba zamiana gabinetu na dodatkową sypialnię.

⚪ Pozostając na YouTube i krążąc wokoło filmików o wnętrzach, wkręciłam się w mini-serial o renowacji domu. Właściciele wiele rzeczy robią sami i są przesympatyczni 🙂

Szok, że już sierpień. Na szczęście studenci cieszą się wakacjami do końca września!

Do napisania,

hania

Ładne rzeczy! #37 i letnie myśli

Ja po roku we wnętrzach

stojese.jpg

Lubię porównywać daty i szukać w nich zależności. Dokładnie rok temu z podekscytowaniem wcześniej kładłam się spać, żeby wyspać się przed pierwszym dniem pracy, który miał być wycieczką do trzech klientów. Doskonale pamiętam, jak tamtego dnia obudziłam się bez przesuwania budzików w nieskończoność. Może lekką ironią losu jest fakt, że projekt, którego inwentaryzację wtedy robiłam, dopiero wchodzi w fazę realizacji.

Nie chcę brzmieć pompatycznie, ale jeśli pamiętacie osobę z wpisów z zeszłego roku – zachwyconą i chodzącą z głową w chmurach, to wiecie, że to, co wydarzyło się rok temu, było dla mnie czymś wyjątkowym.

Po paru miesiącach w biurze pisałam o dobieraniu poduszek. Od tamtego wpisu minęło wiele czasu, zdążyłam się obronić i zacząć studia magisterskie i dojść do wniosku, że strasznie się wtedy wymądrzałam. Co najważniejsze jednak, przekonałam się, że jestem w stanie poradzić sobie z dwoma czasochłonnymi dorosłymi obowiązkami, którymi jest studiowanie architektury i projektowanie wnętrz w biurze projektowym. Fakt, czasem obie rzeczy nie są traktowane ze stuprocentowym zaangażowaniem, ale w życiu trzeba szukać kompromisów.

Dowiedziałam się jeszcze więcej o sobie. Zauważyłam, że mam w sobie zapędy do pracoholizmu i że czasem za dużo myślę o pracy. Postanowiłam, że muszę szukać pobocznych projektów, żeby nie wpaść w schemat. Rozwinęłam jeszcze bardziej moje umiejętności kontaktu z ludźmi, szukania w nich odpowiedzi na pytania i empatii. Ostatnio bardzo podbudowało mnie, że z małą pomocą jestem w stanie poprowadzić spotkanie z klientami i zaprezentować im koncepcję na ich mieszkanie.

Wiem, ile nie wiem. Mimo tego, że ogarniam już nieco więcej pracę stolarza niż jeszcze niedawno, to zawiłości konstruowania i projektowania mebli są wciąż nie do końca przeze mnie odkryte. Każdego dnia przekonuję się, jak duże znaczenie ma każda kreska, bo niesie ze sobą zupełnie inne znaczenie. Łapię się na tym, że szukam konkretów, nie zadowala mnie to, jak coś wygląda na wizualizacji, chciałabym wiedzieć, jak osiągnąć dany efekt, jak to będzie zrobione. Powoli, małymi kroczkami uczę się i staram się obserwować jak najwięcej. Słuchać rozmów i poszczególnych wykonawców. Czytać.

Ponownie utwierdziłam się w przekonaniu, że praca solo nie daje tak dobrych efektów jak owocna współpraca. Wiem, że potrzebuję częstej krytyki i uwag, żeby naprowadzić mnie na dobry tor i zmusić do nietuzinkowego myślenia. Cenię sobie, gdy ludzie potrafią powiedzieć prosto z mostu, że coś jest nietrafione. Jednocześnie staram się zadawać sobie wciąż pytanie, jak można byłoby zrobić to inaczej, lepiej, piękniej. No i tak naprawdę bez współpracy nic się nie uda – projekt projektem, teoria teorią, ale gdy przychodzi co do czego i ktoś musi położyć ten kamień na ścianie albo zrobić poprawki popraweczek, to zaufani ludzie to skarb.

Odkryłam, że przesyt inspiracjami nie prowadzi do dobrego. Ciągłe przewijanie Pinteresta, branżowych blogów i stron bardziej przybija niż dodaje świeżych pomysłów. Oczywiście, warto raz na jakiś czas coś obejrzeć, ale nie robić tego non-stop, albo dawkować sobie kolorowe obrazki. Miewałam momenty w których czułam się, jakby wszystko było kopią kopii, wszędzie te same rozwiązania, a co najgorsze, że zaczynałam widzieć je na ekranie mojego komputera. Tak samo – pomysłów na wnętrza paradoksalnie można szukać poza wnętrzami jako tako. Czasem natchnie nas spacer, jakieś zjawisko czy skojarzenie. No i spacery… Tak, zdecydowanie obudziłam się z tego zaklętego kręgu nieustannego patrzenia w ekran. Parę godzin postu po pracy to naprawdę dobra opcja.

Za każdym razem czułam wdzięczność, gdy mogłam chociaż trochę pomóc znajomym i bliskim i podzielić się swoją wiedzą na tyle, ile jestem w stanie. Jeszcze dużo przede mną, ale gdy wiem, że mogę coś podpowiedzieć, to robię to z chęcią. Mimo, że to mała rzecz. Bardzo możliwe, że niedługo będą przede mną większe wyzwania w tym temacie. No i najważniejsze, powoli zaczęła klarować mi się wizja na to, co chciałabym w życiu robić. A za parę lat, kto wie, może otworzę własną pracownię.

To był super rok. Niech następny przyniesie jeszcze więcej dobrego. Więcej pokory, dostrzegania szczegółów i sumienności. A dziś, jestem tak bardzo za wszystko wdzięczna.

hania

 

Ja po roku we wnętrzach

Wakacje morskiej dziewczynki

Nadzwyczajnie gładko skończył się semestr. Tak gładko, że nawet nie zdążyłam odczuć gorącego oddechu sesji na sobie. Wygląda na to, że po raz pierwszy w mojej studenckiej karierze szykuje mi się wolny wrzesień – niesamowite! Co zrobić z taką ilością wolnego czasu? Oczywiście nie mam na myśli akcji z cyklu „leżeć i pachnieć”, bo jak Pan Bóg przykazał, osiem godzin dziennie, od poniedziałku do piątku próbuję czynić świat troszkę lepszym wykonując mniejsze i większe zadania przy świecącym ekranie.

Zastanawiałam się, jak błyskotliwie zacząć ten wpis, bo tak długiej przerwie. Wiem, już pewnie się przyzwyczailiście do mojej nieregularności. Chciałoby się pisać, ale brakuje pomysłów. Dlatego ostatnio chodzi mi po głowie temat inspiracji.

117.jpg

Inspiracja jest wtedy, kiedy jest już bardzo późny wieczór, czytam bardzo mądrą i ciekawą książkę „Getting things done”, ale nie mogąc się skupić wskakuję w dżinsy i adidasy i idę się przewietrzyć. Czuję, jak z każdym krokiem, który przynosi mnie bliżej morza, w mojej głowie zaczynają układać się całe zdania.

Czas zacząć trzymiesięczny semestr 1,5 na kierunku Moim Własnym. W planie mam zajęcia praktyczne z organizowania siebie, w tym – udoskonalanie szafy, systemów organizacji na co dzień, lekcje analogowego fotografowania i pisania – na kartce i papierze, uwierzycie w to? Nie zabraknie też zajęć kuchennych z przygotowywania warzywnych posiłków i wychowania fizycznego. Pierwsze zajęcia, jakie rozpoczęłam, to lekcje prostego chodzenia, które polegają na noszeniu pajączka co najmniej godzinę dziennie. Widać już pierwsze efekty, zaczęłam się momentalnie poprawiać, gdy czuję, że mój kręgosłup cierpi.

Zajęcia uzupełnione będą o pielęgnację skóry i twarzy. Nie ma to tamto, 24 lata na karku wymagają codziennego nawilżania twarzy, jeśli nie chcę pewnego dnia obudzić się ze strasznymi zmarszczkami. Jeśli lepiej mnie znacie, a mam nadzieję, że już tak jest, to wiecie, że z zabiegami nie jest mi po drodze. Ale droga może składać się z małych kroczków i wciąż prowadzić do przodu. Jestem pod wrażeniem jak z czasem obieram się z warstw „jak to, przecież nigdy tego nie założę!”, „nie ma szans, żebym to sobie kupiła” czy „w życiu tego nie zrobię”.

131.jpg

Nabieram oddechu i cieszę swoje oczy tym tak cudownie powtarzalnym schematem: pomarańcz, żółć i róż rozlewa się po niebie i morzu, a potem powoli przechodzi w głęboki błękit. Miarowy szum wody i stłumione rozmowy przechadzających się. Może to zbyt egzaltowane, może przesadzam, ale może gdyby nie morze… Jedną z pierwszych moich internetowych alter-ego było Merfille*, które pamięta tylko jedna osoba oprócz mnie. Cóż innego mogła wymyślić niebieskooka nastolatka, która czuje się bardzo nadmorsko? Minęło parę lat i śmiałam się z tego pseudonimu, a teraz czuję, że może jednak nie był aż tak naiwny, jak kiedyś mi się wydawało.

Przede mną dobry czas, nie mogę go zmarnować. Czas nakreślony konkretnymi ramami i rytmem dnia. Tak, jak wyglądają nasze dni, wygląda nasze życie. Ach, i jeszcze jedno. Mam bardzo silne postanowienie na ten wakacyjny czas – więcej bycia offline. Niedawny tytuł newslettera Anety – „Bycie online nie może być Twoim priorytetem” dał mi bardzo dużo do myślenia. Jestem trochę przyklejona do komputera i do telefonu, dlatego cele takie jak niedziela bez komputera czy niesiedzenie przy komputerze po powrocie z pracy wydają się naiwne i mało ambitne, ale mam zamiar je wdrożyć. Nieźle, że pisze to osoba, która wprost uwielbia media społecznościowe i siedzenie przy komputerze jako tako. Tak, czas wyczyścić listę subskrypcji na YouTube i obserwowanych blogów na Feedly.

Niech powrócą analogowe rozrywki z nastoletnich lat – rysowanie, pisanie wierszy, śpiewanie, czy granie na gitarze. Ten semestr będzie właśnie o tym – o powrocie do małej morskiej dziewczynki. Może wszystkie teksty powinny powstawać przy szumie fal?

*fr. mer – morze, fille – dziewczynka

Do napisania,

hania

Wakacje morskiej dziewczynki

Obserwacje: Anna

Przyznaję, że nie lubię opuszczać mojej strefy komfortu. Jest mi w niej całkiem ciepło i wygodnie. Przyznam, że trochę się zestresowałam, gdy napisała do mnie Anna, czy chciałabym zrobić jej trochę fotek. I muszę przyznać, ale mój stres był zupełnie irracjonalny, bo to było przemiłe popołudnie, z którego wynikło kilka naprawdę udanych według mnie ujęć. Przyznam, że mam coś z tym morzem – trudno, jestem powtarzalna, ale to tak prosty i wdzięczny motyw. Nigdy nie byłam miłośniczką czarno-białych zdjęć, ale tym razem do niektórych kadrów wręcz idealnie pasowała mi taka kolorystyka.

Po przejrzeniu 500 zdjęć z wypadu wybrałam około 100 dobrych. Z tego wyszło niemal 50 najlepszych, więc i tak dwa razy za dużo, niż planowałam. Dobra modelka! 😉 Łapię się na próbach uchwycenia jak najbardziej naturalnych uśmiechów, gestów, póz. Och, jak uwielbiam tą bezpretensjonalność! Jestem dla siebie surowa, ale nie ukrywam, że czuję, jak stawiam małe kroczki naprzód. Mam nadzieję, że to lato będzie obfitowało w dobre kadry. Nie będę już przedłużać, zobaczcie zdjęcia.

10.jpg21.jpg7.jpg39.jpg35.jpg31.jpg25.jpg22.jpg17.jpg27.jpg45.jpg46.jpg

Aniu – dziękuję, że nie miałaś nic przeciwko umieszczeniu Ciebie na blogu. Do napisania! Mam nadzieję, niebawem w dłuższej formie 😉

hania

Obserwacje: Anna