Ja po roku we wnętrzach

stojese.jpg

Lubię porównywać daty i szukać w nich zależności. Dokładnie rok temu z podekscytowaniem wcześniej kładłam się spać, żeby wyspać się przed pierwszym dniem pracy, który miał być wycieczką do trzech klientów. Doskonale pamiętam, jak tamtego dnia obudziłam się bez przesuwania budzików w nieskończoność. Może lekką ironią losu jest fakt, że projekt, którego inwentaryzację wtedy robiłam, dopiero wchodzi w fazę realizacji.

Nie chcę brzmieć pompatycznie, ale jeśli pamiętacie osobę z wpisów z zeszłego roku – zachwyconą i chodzącą z głową w chmurach, to wiecie, że to, co wydarzyło się rok temu, było dla mnie czymś wyjątkowym.

Po paru miesiącach w biurze pisałam o dobieraniu poduszek. Od tamtego wpisu minęło wiele czasu, zdążyłam się obronić i zacząć studia magisterskie i dojść do wniosku, że strasznie się wtedy wymądrzałam. Co najważniejsze jednak, przekonałam się, że jestem w stanie poradzić sobie z dwoma czasochłonnymi dorosłymi obowiązkami, którymi jest studiowanie architektury i projektowanie wnętrz w biurze projektowym. Fakt, czasem obie rzeczy nie są traktowane ze stuprocentowym zaangażowaniem, ale w życiu trzeba szukać kompromisów.

Dowiedziałam się jeszcze więcej o sobie. Zauważyłam, że mam w sobie zapędy do pracoholizmu i że czasem za dużo myślę o pracy. Postanowiłam, że muszę szukać pobocznych projektów, żeby nie wpaść w schemat. Rozwinęłam jeszcze bardziej moje umiejętności kontaktu z ludźmi, szukania w nich odpowiedzi na pytania i empatii. Ostatnio bardzo podbudowało mnie, że z małą pomocą jestem w stanie poprowadzić spotkanie z klientami i zaprezentować im koncepcję na ich mieszkanie.

Wiem, ile nie wiem. Mimo tego, że ogarniam już nieco więcej pracę stolarza niż jeszcze niedawno, to zawiłości konstruowania i projektowania mebli są wciąż nie do końca przeze mnie odkryte. Każdego dnia przekonuję się, jak duże znaczenie ma każda kreska, bo niesie ze sobą zupełnie inne znaczenie. Łapię się na tym, że szukam konkretów, nie zadowala mnie to, jak coś wygląda na wizualizacji, chciałabym wiedzieć, jak osiągnąć dany efekt, jak to będzie zrobione. Powoli, małymi kroczkami uczę się i staram się obserwować jak najwięcej. Słuchać rozmów i poszczególnych wykonawców. Czytać.

Ponownie utwierdziłam się w przekonaniu, że praca solo nie daje tak dobrych efektów jak owocna współpraca. Wiem, że potrzebuję częstej krytyki i uwag, żeby naprowadzić mnie na dobry tor i zmusić do nietuzinkowego myślenia. Cenię sobie, gdy ludzie potrafią powiedzieć prosto z mostu, że coś jest nietrafione. Jednocześnie staram się zadawać sobie wciąż pytanie, jak można byłoby zrobić to inaczej, lepiej, piękniej. No i tak naprawdę bez współpracy nic się nie uda – projekt projektem, teoria teorią, ale gdy przychodzi co do czego i ktoś musi położyć ten kamień na ścianie albo zrobić poprawki popraweczek, to zaufani ludzie to skarb.

Odkryłam, że przesyt inspiracjami nie prowadzi do dobrego. Ciągłe przewijanie Pinteresta, branżowych blogów i stron bardziej przybija niż dodaje świeżych pomysłów. Oczywiście, warto raz na jakiś czas coś obejrzeć, ale nie robić tego non-stop, albo dawkować sobie kolorowe obrazki. Miewałam momenty w których czułam się, jakby wszystko było kopią kopii, wszędzie te same rozwiązania, a co najgorsze, że zaczynałam widzieć je na ekranie mojego komputera. Tak samo – pomysłów na wnętrza paradoksalnie można szukać poza wnętrzami jako tako. Czasem natchnie nas spacer, jakieś zjawisko czy skojarzenie. No i spacery… Tak, zdecydowanie obudziłam się z tego zaklętego kręgu nieustannego patrzenia w ekran. Parę godzin postu po pracy to naprawdę dobra opcja.

Za każdym razem czułam wdzięczność, gdy mogłam chociaż trochę pomóc znajomym i bliskim i podzielić się swoją wiedzą na tyle, ile jestem w stanie. Jeszcze dużo przede mną, ale gdy wiem, że mogę coś podpowiedzieć, to robię to z chęcią. Mimo, że to mała rzecz. Bardzo możliwe, że niedługo będą przede mną większe wyzwania w tym temacie. No i najważniejsze, powoli zaczęła klarować mi się wizja na to, co chciałabym w życiu robić. A za parę lat, kto wie, może otworzę własną pracownię.

To był super rok. Niech następny przyniesie jeszcze więcej dobrego. Więcej pokory, dostrzegania szczegółów i sumienności. A dziś, jestem tak bardzo za wszystko wdzięczna.

hania

 

Ja po roku we wnętrzach

Ładne rzeczy! #35 i kwiecień-plecień

majowka2majowka3

Z lekkim pomajówkowym poślizgiem, ale tym razem naprawdę zaszalałam. Kwietniowe wydanie Ładnych rzeczy! jest bardzo puszyste. 🙂

Co działo się w kwietniu?

Brałam udział w fotograficznym wyzwaniu #huntingspring2017, którego efekty można znaleźć na moim Instagramie. Fakt, nie udało mi się wykonać wszystkich zdjęć z wyzwania, ale i tak jestem zadowolona z udziału. Dodatkowo kontynuuję wyzwanie na Tookapic i właściwie na nim jak na dłoni widać mój cały miesiąc… Pojawiłam się też gościnnie na blogu Okiem Sary.

Ponadto, w kwietniu Żona Modna zaprosiła mnie do pomocy za kulisami przy sesji zdjęciowej jej pomysłu. Spędziłam przemiłe niedzielne przedpołudnie w gdyńskiej kawiarni Corner Cafe, a całą sesję niebieską i zwiewną niecodzienną sesję ślubną można zobaczyć na blogu Marysi.

W kwietniu zajadałam się świąteczną warstwową sałatką z tuńczykiem i na Wielkanoc jadłam po raz pierwszy ciastka bez cukru, ulepszoną wersję jednego z moich nieśmiertelnych przepisów, w którym cukier i białą mąkę zastąpiła palatynoza i mąka wieloziarnista. Oto dowód!

Dzielnie spełniałam postanowienie o przekonaniu się do szminek i mam zamiar dalej eksplorować te rejony w maju. Gdyby nie promocje w Rossmanie pewnie nie zdecydowałabym się na kupienie tych kilku egzemplarzy, ostatecznie zakupy udały mi się w połowie – rozczarowałam się tylko pomadkami Creamy Colour z Lovely (ale nie płakałam zbyt mocno, bo były kupione w ramach próby), a wielkim hitem okazała się cielista Juicy Color z Wibo, podobnie jak pachnąca arbuzem pomadka Eveline Aqua Platinum. Jej, nie spodziewałam się, że na tym blogu pojawi się cokolwiek na temat makijażu. Cóż, a więc mam to już za sobą 😉

Koniec miesiąca to samotna podróż do Jagłowskiej do Augustowa, czyli mój pierwszy raz na wschodzie Polski i mam nadzieję nie ostatni. Zachwycająca natura, lasy, podmokłe tereny, mocne rozmowy i dużo alternatywnie parzonej kawy. Tylko pogoda mogłaby być lepsza, a ja mogłam nie przywieźć ze sobą osłabienia. Tak czy inaczej niesamowite, jak swobodnie można się czuć przy kimś, kogo widzi się po raz pierwszy w życiu ❤

majowka1

A już na deser, koniec majówki, koncert Lao Che w Operze Leśnej w Sopocie. Mama skomentowała to słowami: „o, ten zespół z czasów Twojej młodości”. Jak widać, już stare próchno ze mnie!

Po tym przydługim wstępie, czas spécialité de la maison!

⚪ Skończyliśmy z A. pierwszy i drugi sezon Peaky Blinders i im dłużej słucham piosenki „Red right hand” Nicka, tym bardziej nie mogę się doczekać jego październikowego koncertu w Polsce. Moje recenzje seriali nie są zbyt złożone, ale są trzy powody, dla których Peaky Blinders to dobre rozwiązanie na wieczór. No, może cztery.

Powód 1 – klimat. Czas po I wojnie światowej. Powód 2 – akcenty, w jakich aktorzy mówią po angielsku. Powód 3 – muzyka. Połączenie gangsterów, Nicka Cave i Arctic Monkeys – no cóż, to nie mogło pójść źle. Powód 4 – niesamowicie charyzmatyczny główny bohater, którego albo się kocha, albo nienawidzi. Myślę, że po dwóch sezonach jestem w stanie polecić serial ze spokojną głową, zatem oto trailer, jeśli jeszcze nie widzieliście:

⚪ Filmowo chcę jeszcze polecić „Minimalism – a documentary about important things”. Pamiętacie jak jakiś czas temu zachwycałam się podcastami duetu Joshua Fields Millburn i Ryan Nicodemus? To właśnie ci goście.

Chociaż nie jestem już tak mega wkręcona w całą ideę pozbywania się wszystkiego, a temat trochę się przykurzył w Internecie – jeszcze jakiś czas temu był na to wielki szał – to wciąż podtrzymuję twierdzenia, którymi dzielą się z nami chłopcy. Pytać siebie, czy dana rzecz wnosi jakąś wartość w nasze życie. Pamiętać, by używać przedmiotów i kochać ludzi, nie zaś odwrotnie, bo to nigdy nie kończy się dobrze. Film jest dostępny na Netfliksie, a dla zupełnie zielonych w temacie polecam ich całą serię podcastów. Poniżej trailer:

⚪ Ostatnio szukałam jakiś ciekawych kanałów na YouTube odnośnie projektowania wnętrz i nie jest łatwo znaleźć cokolwiek, co nie jest po prostu dekorowaniem. Moją uwagę przykuła seria Apartment Therapy, w której porównuje się takie same mieszkania (na przykład znajdujące się nad sobą) i rozwiązania, jakie zostały w nich zastosowane. Ubolewam, że filmików z tej serii jest tylko sześć.

⚪ Pastelowy, paryski apartament, którego wnętrze możecie podejrzeć tutaj – do czego bardzo zachęcam. Na zdjęciach w Elle Decoration wygląda zupełnie inaczej dzięki świetle o cieplej barwie i nie wydaje się już taki chłodny. Porównajcie sobie!

Zdaję sobie sprawę, że istotne jest oświetlenie i ustawienie prawidłowego balansu bieli, ale rzucając okiem można poczuć, że mieszkanie jest chłodne i nieprzytulne. Wnikliwy obserwator dostrzeże jednak ocieplenie przez drewno, różne rodzaje tkanin, pudrowy róż czy ozdobę z pomponów na ścianie. Moja największa miłość z całej realizacji to lastryko w części kąpielowej i w kuchni. Ach, jak ono wygląda!

Źródło zdjęcia: www.baptistelegue.com

⚪Dom wybudowany w pięć dni i przy użyciu cegieł pochodzących z recyklingu. Czytając to zdanie, pewnie wyobrażacie sobie coś wyglądającego jak slums – i tu się mocno zdziwicie!

⚪Bardzo proste i efektowne zdjęcia Palomy Rincón, w których pierwszą rolę gra kolor i faktura.

⚪ Skandynawskie wnętrza nie przestają mnie zachwycać, szczególnie, jeśli są podane w tak ciekawy i niesztampowy sposób, przełamane kolorowymi i ciepłymi akcentami. Ta kuchnia z jadalnią i częścią do odpoczynku? Marzenie. Jednym słowem: mieszkałabym!

⚪ Od jakiegoś czasu „chodzą” za mną szklane przesuwne drzwi. Potrafią nadać całemu wnętrzu charakterku, co doskonale widać na zdjęciach w tym wpisie. Oprócz tego zwróćcie uwagę na uroczą miętową kuchnię. Szkoda tylko, że tak mało blatów, ale za to jest na czym oko zawiesić – mozaika nad blatem, kulka na lodówce i miodowe akcenty.

Źródło zdjęcia: lamaisondannag.blogspot.com

⚪ Kamienno-drewniana niewielka kaplica w Austrii.

⚪ Jedna z największych bolączek ścisłego centrum Gdyni, czyli opuszczony bank przy ul. 10 Lutego, po czternastu latach posuchy ma wreszcie szansę na nowo rozkwitnąć. Jestem bardzo tym podekscytowana, bo wnętrza są piękne. W tym miejscu ma powstać luksusowy hotel, ale biada inwestorowi, jeśli będzie coś kręcił i kombinował z konserwatorem zabytków! Wstyd przyznać, że środek budynku zobaczyłam dopiero na filmie.

⚪ 30-metrowy apartament na wynajem dostępny na Airbnb, który przykuł moją uwagę dzięki ścianie z półeczkami i łóżku na podwyższeniu. W takim układzie każdy przedmiot staje się pewnego rodzaju rzeźbą. Musicie też zobaczyć pastelowy reling na ubrania!

Źródło zdjęcia: boligmagasinet.dk

⚪ Pozostając w temacie koloru we wnętrzach, w kwietniu zachwycałam się tajwańskim mieszkaniem, z którego roztacza się niesamowity widok. Wnętrze kupiło mnie odważnym zastosowaniem niebieskiego w kuchni i części dziennej. Dzięki przestronności nie ma uczucia przytłoczenia kolorem, a dodatkowo nie wygląda on cukierkowo dzięki wykorzystaniu betonu. Polecam!

⚪ Biuro firmy Cisco w San Jose. Wnętrza, w których nie można się nudzić. Największy hit to geometryczna, drewniana kratownica na suficie.

⚪ Mieszanka kolorów, tkanin, nowoczesności i kontrastów w hotelu w Mediolanie.

⚪ Jedna z rzeczy, która kiedyś mi się marzy. Porcelanowy czajnik projektu Marii Jeglińskiej.

⚪ Bardzo wartościowy wpis na blogu Julii, z którego dowiemy się, jak śmiecić mniej podczas grillowania. Warte zapamiętania i stosowania podczas letnich uczt na powietrzu.

⚪ Wracamy do wnętrz, a wśród nich dom z bardzo nietypową podłogą.

Źródło zdjęcia www.rochowski.net

⚪ Zestaw planetarnych pinesek w przeuroczym małym pudełeczku.

⚪ Jestem pewna, że takiej „półki” na książki jeszcze nie widzieliście.

⚪ Podążając tropem niebieskiego w różnych odcieniach we wnętrzu i łączenia go z drewnem, natrafiłam na dwupoziomowe francuskie mieszkanie. W tym wpisie można zobaczyć zdjęcia przed i po remoncie. Turkusowa szafa w sypialni rodziców to największa perełka tego projektu.

Muzycznie zapętlałam nową płytę Eda Sheerana, The Lumineers i zespół Oh Wonder. Polecam, jeśli nie znacie.

Muszę przyznać, że mimo, że na wyjeździe zrobiłam wiele zdjęć, nie jestem z nich zadowolona. Nie są dobre. Większość jest przepalona albo nieostra.

Tak to jest, jak chce się robić zdjęcia na dwa aparaty i nie skupia się na jednym tak do końca. Mam nauczkę i wiem już, że tak się nie da. No i zakochałam się w lustrzance… Nie mogę się doczekać, aż kupię sobie swoją!

majowka4
Zdjęcie zrobiła mi Jagłowska

No nic, zawijam się w szalik i lecę. Strasznie długi wyszedł ten wpis! Kwiecień był całkiem w dechę, ciekawe, co przyniesie mi maj. Marzy mi się dużo spódnic i sukienek na co dzień, słońce, spacery i realizacja dobrych pomysłów i projektów. A u Was co pięknego, ciekawego w kwietniu?hania

 

 

PS Nawet nie przepraszam, że dawno nie było wpisu, bo nie mam już słów na to, jaka jestem niepoprawna!

 

Ładne rzeczy! #35 i kwiecień-plecień

Magia początków

p1270197

Tydzień temu rozpoczęłam I semestr studiów II stopnia. Nie jest to nic niezwykłego, w końcu wiele osób kontynuuje studia po obronie licencjatu lub inżynierki, ale czuję tę magię początku. Część z moich znajomych zrezygnowała w ogóle z architektury. Na Politechnice Gdańskiej moja magisterka trwa trzy semestry, więc nie umywa się to do siedmiu, które czasem mogą się niemiłosiernie dłużyć, szczególnie, gdy ma się problemy z niektórymi przedmiotami. Czas szybko płynie, niedługo będą wakacje i pierwszy semestr szybko odejdzie w niepamięć. Po obronie nie zastanawiałam się zbyt długo, czy decyduję się na kontynuację. Wydawała mi się to bardzo rozsądna opcja. Chciałam skończyć studia magisterskie z architektury, żeby mieć pewne zabezpieczenie, gdyby coś nie wyszło, no i zawsze nieźle mieć jakiś dokument więcej niż tylko inżynierkę. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy, może nagle zachcę zrobić uprawnienia budowlane i latać po budowach? I tutaj studia magisterskie są koniecznością.

Niby wszystko jest jakie samo, jak było, a jednak jest inaczej. Nabrałam trochę szerszej perspektywy, no i nie mam już tyle czasu wolnego co wcześniej. Aplikowałam na studia prowadzone w języku angielskim, mając nadzieję, że odświeżę język i chcąc podjąć się takiego wyzwania, jak współpraca z zupełnie innymi ludźmi. Prawie połowa mojej grupy to obcokrajowcy, nawet z tak odległych państwa jak Egipt czy Chiny. To niezwykłe spotkać się w taki sposób z różnymi kulturami i światopoglądami.

Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że będę mieć mniej zajęć, ale plan nie jest aż tak łaskawy. Pocieszam się, bo zawsze mogło być gorzej, a jak to zawsze bywa, jakieś zajęcia przychodzą, a jakieś odchodzą, zaczynają się w połowie semestru, albo kończą.

Miałam dość długą przerwę od „chodzenia do szkoły”, bo na początku grudnia oddałam pracę inżynierską, a semestr zaczął się pod koniec lutego. Zdążyłam odwyknąć od noszenia ciężkiej torby, której połowa to jedzenie, woda i Kindle, a dopiero reszta to kalendarz i notes.

Jest we mnie pewne przywiązanie do uczelni, może to dzięki organizacji studenckiej albo dobrej integracji z resztą ludzi na archu. Lubię chwilę, gdy przechodzę przez bramę do kampusu i wchodzę na granitową posadzkę tuż przed gmachem głównym. Wieczorem jest naprawdę pięknie podświetlony, widać wyraźnie każdy gzymsik i dekor. Lubię sale z pomazanymi markerami ławkami, chociaż mają bardzo niewygodne krzesełka.

Dwa wiodące projekty w tym semestrze to projekt architektoniczny grupowy i projekt urbanistyczny realizowany w całej grupie na specjalizacji. Pierwszy z nich będziemy konsultować też w zakresie konstrukcji i instalacji, a drugi będzie powstawał w oparciu o spotkania z mieszkańcami konkretnej dzielnicy. Ponadto w planie znajdują się jeszcze zajęcia z teorii procesu rewitalizacji czy teorii ochrony dziedzictwa. Póki co, najciekawsze wydają mi się zajęcia z filozofii i estetyki łączone z historią sztuki. Prowadzący zamiast tradycyjnych wykładów zaproponowali grupowe dyskusje. To jeden z tych przedmiotów, na których moje humanistyczne serce mocniej bije. Oczywiście, część wykładów czy ćwiczeń to typowe zapchajdziury, żeby studenci nie mieli zbyt wiele wolnego, no ale zawsze tak było i będzie.

Trochę się cieszę, że moje studia dzienne odrobinę wyglądają jak wieczorowe – zajęcia do 19, czy 20. Dzięki temu chociaż trochę mogę pracować. Oby w przyszłym semestrze się to zmieniło, bo moja dostępność jest naprawdę beznadziejna, nad czym ubolewam. Ale nie przeskoczę niektórych rzeczy, nie chcę poświęcać niczego, ani rzucać pracy, ani wydłużać studiów.

Jednocześnie coraz bardziej czuję, że to tylko półtorej roku i nastanie dzień, w którym nie będę musiała iść na zajęcia. Tak z dnia na dzień skończę moją edukację. Zacznie się ten czas, w którym wypada robić wiele dorosłych rzeczy. Póki co cieszę się tym czasem na uczelni, lubię analizować, wymyślać, szukać, dyskutować. Kto wie, może na magisterce się nie skończy? 🙂

p1270194

hania

Magia początków

Nie musi być idealnie, wystarczy, że jest dobrze

arch2

Ostatni wpis 16 dni temu. Długo. Oddałam projekt dyplomowy inżynierski, wróciłam do pracy i powoli przygotowuję się do egzaminów. W tej sesji czekają mnie dwa. Potem będą Święta, dużo wypoczywania, Sylwestrowy wyjazd, znów praca i pod koniec stycznia egzamin inżynierski. Chciałam napisać już w dwa dni temu, kiedy oddałam pracę, ale byłam kłębkiem przemyśleń i chyba trochę przytłoczyło mnie to wszystko, bo byłam trochę rozczarowana.

Fakt, mam całą listę rzeczy do zrobienia po tym magicznym 7-mym grudnia. Między innymi nauczenie się na zaliczenia. Jakoś tak ciężko się do tego wszystkiego zabrać, zaplanować spotkania, wziąć się do zadań, które wypisałam sobie w notesie. Czułam, że jakiś duży krok jest za mną, chociaż to tylko oddanie projektu, a nie ostateczna obrona. Świętowałam to wczesnym pójściem spać, żeby wyspać się do pracy. Jestem straszną nudziarą.

Mogłam zrobić to lepiej, zarywać nocki i nie spać. Mogłam poprawić wszystkie szczegóły, które i tak umknęłyby sprawdzającym. Jestem wymagająca, wobec siebie i wobec innych i czasem nie jestem z siebie wystarczająco zadowolona. Chciałabym, żeby było idealnie, a wystarczy, że jest dobrze. Chociaż pracowałam sumiennie przez całe dwa semestry – najpierw wymyślając całą ogólną koncepcję, a potem rozrysowując szczegóły.

Wszystko zaczęło się, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką i przeglądałam katalogi z domami upchnięte u Babci na półkach. Najbardziej jednak podobały mi się ze wszystkiego te trzy książki – „Architektura. Style i detale”, „Style w architekturze” i „Podręcznik projektowania architektoniczno-budowlanego”. Lubiłam wyobrażać sobie jak po rzutach budynków chodzą ludzie, jak korzystają z danej przestrzeni. Czy jest im wygodnie. Rysowałam rzuty mieszkań na kartkach w kratkę. Kiedy przyszło mi zastanawiać się nad kierunkiem studiów, szukałam różnych ofert w internecie i przy żadnej nie zabiło mi tak mocno serce, jak przy „architekturze i urbanistyce”. No i tak wyszło, że znalazłam się na tych studiach. Walczyłam ze ścisłymi przedmiotami, z których szło mi cienko tak jak w liceum w klasie z rozszerzeniem z matematyki, chemii i fizyki. Słuchałam z zaciekawieniem wykładów z historii, socjologii przestrzeni czy psychologii architektury.

Nie wiem, jak dużo się nauczyłam przez ten czas. W sumie to już 4,5 roku, licząc do tego mój urlop dziekański (o którym pisałam tutaj). Widzę coraz więcej rzeczy, których nie umiem. Nauczyłam się skromności, spokoju – wbrew pozorom – i zaczęłam dzielić sprawy na ważne i mniej ważne. Wciąż jednak ciężko zaspokoić mój głód, kiedy brakuje mi tak niewiele do piątki z projektu, w którym nie mam sobie nic do zarzucenia. Chyba jestem dla siebie zbyt surowa, powinnam częściej siebie doceniać. Świat nie jest sprawiedliwy i nigdy nie będzie, a takie rzeczy, jak oddanie dyplomu za rok-dwa będą mi się wydawać błahostką. Zresztą – w końcu: „Done is better than perfect”, nikt nigdy nie zbuduje tego hotelu, a cała praca to tylko teoretyczna zabawa przysparzająca sporo stresu. Chociaż 5 wygląda o wiele lepiej, 4,5 wcale nie jest złe.

Najbardziej koi głos Babci, która dzwoni, żeby powiedzieć, że jest ze mnie dumna. Ciekawe, jak to jest, gdy za jakiś czas obronię moją pracę magisterską, obudzę się następnego dnia i dojdzie do mnie, że to już koniec studiowania.

Muszę się lepiej zorganizować. Kiedy ja ostatnio ćwiczyłam…

Chętnie pokażę Wam, co zajmowało mnie przez ostatni czas. To hotel w Gdańsku-Jelitkowie składający się z dwóch części – mniejszej i większej, połączonej łącznikiem. W mniejszej-szarej znajduje się restauracja, na piętrze sale konferencyjne. W większej-białej części na parterze jest siłownia i kawiarnia, a na piętrach pokoje hotelowe. Wykorzystałam szarą blachę, wykusze, biały tynk i orzechowe drewno. Myślę, że wyszło całkiem spoko (chociaż już nie mogę na niego patrzeć :P). Edycja: Musiałam usunąć plansze, zgodnie z założeniem, że lepiej dmuchać na zimne, bo od Ev dowiedziałam się, że moja Alma Mater ma 6-miesięczne pierwszeństwo w publikacji dyplomu. Także zostawiam Wam tylko wizualizację.

W ramach dalszego relaksu jutro wybieram się na warsztaty poświęcone zmianie przestrzeni publicznej w Gdyni – Zmieniamy Abrahama. Potem mam w planie „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, jedzenie na mieście, wymyślanie okładki tomiku poezji i czytanie materiałów z prawa budowlanego. Soboto, niedzielo – nadchodzę!

Dziękuję za Twój czas. Miłego weekendu!

hania

Nie musi być idealnie, wystarczy, że jest dobrze

Życiowe dylematy studentki architektury

p1260527

Mam 23 lata i zastanawiam się, gdzie przyjdzie mi żyć. Czasem pukam się w głowę i zarzucam te rozważania, w końcu ledwo co zaczęłam stawiać pierwsze kroki na dorosłej drodze. Nie wydaje mi się, żeby moje przemyślenia były takie miałkie, w końcu…

Teraz, na semestrze inżynierskim – ostatnim – dużo mówi się o praktycznych aspektach zawodu architekta. Brakowało mi trochę humanistycznych przedmiotów, a w tym semestrze uczęszczamy na wykłady z etyki zawodu, które nakłaniają do głębszego zastanowienia się nad rolą architekta. W końcu jest to zawód zaufania publicznego. Kto ma protestować widząc brzydotę w mieście i być inicjatorem zmian, mówić o problemach miasta i mieszkań, jak nie właśnie architekci? W czasach upośledzonej edukacji estetycznej potrzeba nam dobrych wzorców.

Mój blok nie jest zakażony pastelozą, ale co z tego, gdy z okien widzę pstrokate sąsiedztwo. No i ma ogrodzenie. Nie pojmuję chowania się w grodzonych osiedlach i izolowanie się od społeczeństwa. Czego tak naprawdę się boimy? Jak można oczekiwać od osiedli, w których nie ma szkół, bibliotek, przychodni, sklepów, że będą „dobrze działać”?

Mieszkałam w mieszkaniu całe moje życie, więc startowanie w to dorosłe i poważne życie z myślami o domu wydaje mi się trochę abstrakcyjne. Mieszkanie oznacza dla mnie wygodę – winda, bliskość sklepów, różnych usług, centralne ogrzewanie, stosunkowo niewysokie opłaty. Ale i brak ogrodu, natrętnych sąsiadów z wrzaskliwym psem i zapach cebuli w łazience przedostający się z kuchni sąsiada podłączonej do tego samego pionu wentylacyjnego. Cenię sobie możliwość korzystania z komunikacji miejskiej, chociaż mogę czasem skrzywić się na myśl o czekających mnie korkach, ale i tak wygrywa dla mnie z samochodem. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego miasta nie starają się bardziej zainwestować w transport publiczny. Wcale nie dlatego, że nie mam prawa jazdy.

Wiem, że najpewniej moja mieszkaniowa przyszłość plasuje się gdzieś między wynajmowaniem mieszkania lub domu a braniem na nie kredytu. Właściwie nie ma zbyt wielu furtek pozwalających obejść ten układ, no chyba, że komuś mieszkanie sfinansują rodzice, albo jakieś inne lokum znajdzie się pośród rodziny. Brać kredyt na 30 lat – źle, wkładać pieniądze w wynajem i nic z tego nie mieć – też niedobrze.

Kupić duże mieszkanie na kredyt – a o małym, czyli salonie i jednej sypialni nie ma co myśleć, bo to mieszkanie tylko przejściowe – to zacumować w jednym miejscu na dłuższy czas. Słyszałam bajki o sprzedawaniu nieruchomości z kredytem, ale widząc, jak trudno sprzedać coś bez zadłużenia, wyrażam wątpliwości o skuteczności tego pomysłu. Świat się zmienia, skąd możemy być pewni, że po paru latach nie dostaniemy gdzieś lepszej pracy?

Dom to dla mnie coś jak mit o życiowym szczęściu – obsypane kwiatami jabłonie zwieszające się nad tarasem, lemoniada na trawie w upalny dzień, możliwość posiadania psa, grille letnią porą. Ale i ta druga strona – pełna samodzielność, także przy problemach z instalacjami, dojeżdżanie samochodem, grabienie liści, ogrzewanie dużych powierzchni. Można powiedzieć – ale przecież można wybudować sobie dom w mieście! Tylko czy to naprawdę takie fajne, mieć widok na inne domy jednorodzinne cisnące się obok siebie?

Marzy mi się jasne wnętrze, pełne światła. Roślinki na oknie, spiżarka, drewno na podłodze. Dużo miejsca na imprezy i spotkania z bliskimi. Marzy mi się też ogród.

A jednocześnie, myśląc o kształcie współczesnych polskich miast, które się rozlewają na wszystkie strony jest we mnie sprzeciw na niekończące się drogi z przycupniętymi przy nich domkami jednorodzinnymi. Nie jest to fizycznie możliwe, żeby każdy Polak miał swój kawałek trawnika. Taką zabudową nie tworzy się miejskości.

Ostatnio na spacerze widziałam nowoczesny dom na skraju lasu. Zwrócił moją uwagę, bo odniósł się z szacunkiem do zastanego terenu. Zostawiono wysokie drzewa w kotlince, parter umieszczono wyżej i wchodzi się do niego kładką od drogi. Wygląda rewelacyjnie.

Czy nie byłoby rozsądniej remontować to, co jest? Wykorzystywać to, co zastane? Zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Fakt, z roku na rok budownictwo się zmienia, pojawiają się nowe materiały, pojawiają się przepisy nakazujące oszczędzanie każdego rodzaju energii. Nowo wybudowany dom najprawdopodobniej będzie o wiele cieplejszy i bardziej oszczędny niż tej starszej daty. Wzdrygam się na myśl, ile marnuje się materiałów i ile każdego dnia wytwarza się śmieci.

Musi być w nas odpowiedzialność. To, na jaki kolor machniemy sobie elewację nie jest tylko naszą sprawą, bo krajobraz jest dobrem wspólnym i społecznym, a co więcej – przymusowym, bo jesteśmy zmuszeni do oglądania koszmarków sąsiada. Ale na wyborze kolorów odpowiedzialność się nie kończy. Jest także w decyzjach, w uszanowaniu tego, co wartościowe, w wybieraniu tego, co można naprawić, ponownie wykorzystać. Leży w nas odpowiedzialność za następne pokolenia. Musimy patrzeć dalej, niż czubek własnego nosa.

Wierzę, że moje pokolenie, pokolenie urodzone w latach 90. jest pokoleniem świadomym, które nie znając niedogodności życia w Polsce przed zmianami politycznymi, nie trzyma się kurczowo swojego płotu. Wierzę, że jest w nas otwartość, mądrość i chęć do interakcji międzyludzkich. Z roku na rok pojawia się coraz więcej powrotów do korzeni – racjonalne żywienie, samodzielne uprawianie roślin, bycie świadomym konsumentem, cała ta moda na bycie slow i eko. Staramy się ograniczyć nasze potrzeby i wymagania. Widzę rówieśników, którzy angażują się w różne akcje uświadamiające, akcje społeczne, piszą protesty. Działają w inicjatywach oddolnych, zmieniając małe kawałki przestrzeni wokół siebie. Chcą zmian. Widzę festiwale i akcje w mieście mające na celu przede wszystkim zbliżenie ludzi. Bo te kawałki betonu to tylko skorupki.

Wierzę, że w Polsce można pięknie żyć, na przekór hałaśliwej brzydocie. Potrzeba nam dobrych przykładów. W stanowczym sprzeciwie przeciw bylejakości świadomie kształtujmy przestrzeń wokół siebie.

 


Dodatkowo warto zerknąć na:

Dziękuję za Twój czas.

hania

Życiowe dylematy studentki architektury