Troszczyć się o spokój

9.jpg

Znowu uczę się odpuszczać. Już tak nie marznę, jak kilka tygodni wcześniej, oswajam się z chłodem poranków i wilgotnymi liśćmi pod stopami. Dłubię, rzeźbię w AutoCADzie, kreślę, piję różne herbaty i przegryzam domowy popcorn. Uczę się zwalniać, każdego dnia.

*

Czuję, że wszystko jest w głowie. Na własnej skórze przekonałam się, jak błahostka może łatwo urosnąć do rangi prawdziwego problemu. Coś usłyszałam, dopowiedziałam sobie jedną, drugą, trzecią historię i zaczęłam autentycznie się stresować wraz ze wszystkimi nieprzyjemnymi objawami tego stanu. Oczywiście okazało się, że wszystko, co sobie wymyśliłam było nieprawdą, ale co się nadenerwowałam, to moje. Jak wielka jest moc w tych naszych myślowych rozmowach z samym sobą. Muszę się pukać w głowę, ale i czasem prosić o pomocną do puknięcia głowy dłoń.

*

Chciałam być super. Dawać sobie ze wszystkim radę. Wciąż skupiona, efektywna, perfekcyjnie zorganizowana. Przyszły późne wieczory, przełączanie budzika, bolące plecy. Wieczny niedoczas, mit weekendu. Obiecałam sobie szarlotkę, bo myślę o niej od jakiegoś czasu, a póki co radością jest już zjedzenie ciepłego obiadu.

Ciężko przyznać się do porażki, błędu czy braku umiejętności. Cieszę się, że mam w sobie na tyle instynktu samozachowawczego, by w porę ratować się od pośliźnięcia na skórce od banana. W końcu przyznałam sama przed sobą, że nie ma być idealnie. Nigdy nie będzie. Trzeba się troszczyć o spokój.

*

Wyłączam wcześniej komputer. Nakładam na twarz krem. Robię sobie kawę z kawiarki. Powstrzymuję się od sprawdzania powiadomień podczas śniadania. Staram się ukoić umysł patrząc w to, co mam na talerzu. Szukam luksusów dnia codziennego nawet, gdy miałyby być tak trywialnymi rzeczami jak ulubione legginsy do spania, podkładka pod kubek albo nawilżone pomadką usta. Taki październik.

Dziękuję za Twój czas.

hania

Moje tu i teraz

4.jpg

6 lat temu kupiłam sobie czarny zegarek. Przestałam go nosić na kilka lat, a ostatnio się z nim nie rozstaję. Chociaż się rozszczelnił i jego wnętrze pokrywa skroplona woda, nie chcę się go tak szybko pozbyć. Jego największą wadą i zaletą jednocześnie jest głośne tykanie. Tak głośne, że przeszkadza w zasypianiu i trzeba się do tego przyzwyczaić. Jaka w tym zaleta? Tykanie mocno przypomina o tym, żeby być tu i teraz. Tyk, tyk. Czas ucieka.

Gdy o tym myślę, sprzątam w kuchni. Myślę sobie: czy to możliwe, żeby czuć to, że jest się tu i teraz w tak newralgicznych momentach? Brzmi absurdalnie. Zaraz zaczynam bardziej czuć ciężar łyżki i gładkość miski, momentalnie wyostrzają się zmysły.

Myślę o wrażliwości, o pokazywaniu naszych słabych stron. W internecie łatwo ukryć to, co nieciekawe, zwyczajne i to, co nam się nie udało. W końcu niewiele osób chętnie mówi o swoich porażkach, a zazwyczaj tylko wtedy, kiedy mają już do nich pewien dystans. Chcę być do bólu autentyczna, a jednak nie pokażę Wam bałaganu w szafie. Staram się wszystko upraszczać, a jednak zwykle nie siedzę przy ascetycznym biurku.

Dobrze wiem, że to wszystko zaczyna się w głowie. Przede wszystkim. Przy tym, że czas ucieka, coraz istotniejsze wydają się dla mnie cztery małe kroki, powtarzane codziennie, przypominające, że liczy się tu i teraz:

Bycie wdzięcznym

Od tego wszystko się zaczyna i bez tego nie jestem w stanie funkcjonować w spokoju. Można być wciąż niezadowolonym i mieć za mało. Można przyjąć za ekonomiczny fakt, że ludzkie potrzeby są nieograniczone. Można też „złapać się” w danym momencie i pomyśleć: „Hej, jest dobrze. Wprawdzie nie wszystko układa się po mojej myśli, ale mam to, to, to i to.”.

Zwykła wdzięczność. Za to, co mam, za to, czego nie mam, teraz. Czasem wybiegam myślami wprzód i myślę sobie, że byłoby cudownie mieć to, albo to i tamto, albo być taką a taką. Teraźniejszość sprowadza mnie na ziemię. Masz tyle w danym momencie życia, czy to widzisz?

Niemarnowanie czasu

Marnowaniem czasu nie jest bezczynne leżenie i nabieranie energii, marnowaniem czasu jest oglądanie głupich filmików na YouTube albo bezsensowne plotkowanie. Odpoczywanie nigdy nie jest i nie będzie marnowaniem czasu. Prawdziwy odpoczynek to naprawdę sztuka, której jeszcze nie było dane mi opanować, wciąż się jej uczę.

W tym także zawiera pozbycie się wszelkich życiowych toksyn, bycie w zgodzie ze sobą. W trosce o własną kondycję umysłową. Od-lubianie, od-śledzenie, wyłączanie, wyciszanie. Po co się denerwować.

Akceptacja

Przede wszystkim siebie, bo od tego wszystko się zaczyna. Ciężko trzeźwo patrzeć na innych i inne sprawy, gdy wciąż kierujemy nasz wzrok na nas samych. Zaprzyjaźnienie się z samym sobą, spędzanie wartościowego czasu z samym sobą, pobudzanie do myślenia przez inne niż zwykle filmy, książki, opinie. Akceptacja siebie, ale nie tylko siebie, to też zdrowe podejście do jedzenia. Zdrowe – czyli ze spokojem. Bez szarpania się, odmawiania sobie, ale i bez przesady. Ale i akceptacja stanu rzeczy, w końcu nie wszystko można zmienić.

„Plant your own gardens and decorate your own soul, instead of waiting for someone to bring you flowers.”

Co do akceptacji, to pierwszy wpis na jej temat napisała Natalia w związku z jej i Kaliny pomysłem – Alfabetem zdrowia psychicznego.

Brak nadmiaru

Trzeźwość umysłu pozwala skupienie się na kilku rzeczach. Kilkakrotnie w ciągu dnia zadawane pytanie sobie samej „Co jest teraz najważniejsze?” pozwala łatwo oddzielić szum od wyraźnych bodźców. Hierarchia wartości codziennych zadań sprawia mniej problemów, chociaż znam dobrze stan, kiedy woli się nadrobić zaległości na blogach zamiast posprzątania. Brak nadmiaru to też porządek – w głowie i wokół siebie. 5 minut układania rzeczy codziennie, odkładania przedmiotów na własne miejsca. Nie mam już problemu z uwalnianiem przedmiotów, ale i ludzi.

Hity ostatniego czasu to niebieski notatnik, w którym jest wszystko, zegarek, od którego wszystko się zaczęło i dwa asparagusy.

A tymczasem dziś jest niedziela – dzień porządnego odpoczynku i ładowania baterii. Odpoczywajcie zatem! 🙂

23


Przy okazji chciałabym Wam bardzo podziękować z wypełnienie ankiety – Waszych wpisów było aż 17! Nie ukrywam, że dało mi to dużego kopa i podsunęło parę pomysłów. Nie będę pisać jakich, żeby nie zapeszyć, ale wiecie – główka pracuje. Dziękuję, że jesteście.

hania

Obserwacje: wydmy w Łebie

Obiecałam sobie więcej małych wycieczek w wakacje. Traf chciał, że dostałam pracę i nie dysponuję już tak dużą ilością wolnego czasu, jak kiedyś (i dobrze!), ale mam plan do końca wakacji poodwiedzać jeszcze kilka bliskich miejscowości. W ostatni długi weekend wybór padł na Łebę – bardzo chciałam ponownie zobaczyć wydmy. Zapakowałam jedzenie na piknik – legendarne wrapy, które robię coraz częściej z hummusem z fetą, tuńczykiem i oliwkami (polecam to połączenie!), twarogowe placuszki ze szczypiorkiem i deser chia na mleku sojowym o smaku wanilii i ruszyliśmy.

Urzekły mnie lasy iglaste i drzewa kładące się na wydmach, i ten zapach! Szkoda tylko, że turyści nie przestrzegają banalnych zasad wypisanych wszędzie na tabliczkach – „nie niszczyć roślinności”, „nie wspinać się na wydmy”, albo bezceremonialnie przechodzą przez ogrodzenia.

Tego dnia zrobiliśmy ponad 20 kilometrów po piasku, a pogoda wprost nas rozpieszczała, chociaż jak dla mnie jest już zbyt zimno na morskie kąpiele. Udało nam się nawet złapać parę Pokemonów i poczuć zapach wprost z rybackich łodzi.

12691152016-08-15 Łeba2016-08-15 Łeba1812

Polecam takie miniwycieczki, wcale nie trzeba daleko jechać, żeby poczuć się jak prawdziwy turysta i dobrze się zmęczyć. Rozejrzyjcie się, weźcie mapę i do boju! 🙂

Do napisania,

hania

 

Liczysz swoje wydatki?

Dziś krótko – od kilku miesięcy wpisuję w Excelu wydatki, ale robię to w bardzo bałaganiarski sposób. Czas na nową tabelkę, w której wszystko jest przejrzyste i proste. Boisz się Excela? Nie martw się, jeśli taki laik jak ja ogarnął podstawowe formuły, to nic nie stoi na przeszkodzie!

W poszukiwaniu ogarnięcia natknęłam się na blog „Jak oszczędzać pieniądze”, ale te tabele przygotowane z niezwykłą starannością to dla mnie zbyt obszerne jak na moje skromne potrzeby. Mieszkam z rodzicami, trochę pracuję, studiuję, nie pokrywam wszystkich kosztów życia, ale staram się coraz bardziej usamodzielniać.

Myślę, że kontrolowanie wydatków jest niezwykle ważne. Dzięki temu możemy zorientować się, jak szybko pieniądze uciekają, albo raczej – na jakie bzdury je wydajemy. Dla mnie takim polem minowym jest jedzenie na mieście – wydaję na to zbyt wiele, niż bym tego oczekiwała.

Zaznaczam – nie jestem ekspertem, chciałam stworzyć wygodne i przydatne dla mnie narzędzie i pomyślałam, że się z Wami nim podzielę. Co my tu mamy?

Untitled-1

 

Zaznaczone zielonym konto i oszczędności – wpisuję stan konta z początku miesiąca i ile mam odłożonych, zaoszczędzonych pieniędzy (na przykład w skarpecie, albo w kopercie).

Przychody – wpisuję, ile przybyło mi gotówki i skąd, na dole wszystko się sumuje w niebieskim pasku. Rozchody – czyli wydatki – podzieliłam sobie na kilka kategorii pod siebie – jak widzicie, jest osobna kategoria na wyjścia na miasto – jedzenie, kino i takie tam rozrywki. Wpisałam też leki i lekarz, bo dbanie o moją tarczycę nieco kosztuje zachodu. Oczywiście możecie usunąć część kolumn, lub dodać swoje, czy zmienić im nazwy w zależności od potrzeb. To naprawdę łatwe 🙂 Na dole kolumn same sumują się wszystkie wydatki – zobaczycie, ile wydajecie na ciuchy i kosmetyki, a ile na transport. Jest osobna kategoria na wydatki rodzinne – część zakupów robię do domu i na to idzie inna część pieniędzy, z których potem rozliczam się z rodzicami. Zawiłe?

Ustawiłam sobie limit na wyjścia – wystarczy wpisać go w D1, i wtedy, jeśli go przekroczymy, to w 1E wyskoczy nam „BAN”. Jeśli uważacie, że wydajecie za dużo na coś innego, to wystarczy zmienić nazwę i zacząć ograniczać coś innego.

Darowizna to automatycznie wyliczane 5% z wszystkich przychodów. Dom dziecka? Schronisko? Klasztor? Fajnie jest pomóc, a naprawdę nie odczujesz braku tych pieniędzy.

W różowej komórce sumują się wszystkie nasze wydatki i możemy łatwo porównać je z przychodami. Na następne miesiące wystarczy zduplikować ten arkusz, który już mamy (pusty), zmienić nazwę miesiąca i można działać.

Przykładowe uzupełnienie:

Przechwytywanie

A gdzie ten Excel?

A TUTAJ, częstujcie się 🙂

hania

To, że brakuje, to nie znaczy, że brakuje

P1240053ed

Staram się być cierpliwa. Wytrąca mnie z równowagi tylko kilka rzeczy – brak życiowego ogarnięcia, głupota i zawieszający się komputer, którego (nie)sprawność mogłam doskonale poznać podczas sesji letniej. Bywa, że łatwo się irytuję. Czasem mam ochotę wywalić sprzęt za okno, kiedy coś nie działa. Znacie to, prawda?

Potem jednak przychodzi opamiętanie. Rozglądam się po pokoju i widzę, ile mam rzeczy, na które nie każdy może sobie pozwolić. Najukochańszy aparat, który tak naprawdę nie jest mój, a mojej siostry i wciąż go pożyczam, ale mam możliwość z niego korzystać. Komputer, który działa lepiej, lub gorzej, ale działa.

Mogłabym wymienić rzeczy, których mi brakuje, ale czy byłabym z nimi szczęśliwsza?

Od paru lat, gdy Mama pyta mnie, co chciałabym dostać na Święta lub urodziny, ciężko podać mi konkrety. Przecież tak naprawdę nic mi nie brakuje. Wiele rzeczy mogłoby być lepszych, ale są. Czasem lepsze jest gorsze niż dobre.

Jakiś czas temu zaczęłam słuchać inspirujących podcastów the Minimalists i chociaż wiele już internetu napisano na temat minimalizmu, chciałabym wtrącić moje trzy grosze. Tuż po przesłuchaniu dwóch odcinków, podjęłam wyzwanie 30 dni, polegające na pozbywaniu się rzeczy – kilku każdego dnia – pierwszego dnia jednej, drugiego dwóch, i tak dalej. Z początku byłam bardzo podekscytowana tym pomysłem, wynosiłam ubrania do kontenerów Caritasu, a czasopisma na makulaturę.

Uświadomiłam sobie wiele prawd, między innymi to, że wspomnienia nie są w rzeczach, ale w nas. Pozwoliło mi to zrezygnować z części rzeczy, które kurzyły się w składziku. Zauważyłam, że im więcej mamy miejsca, tym bardziej prawdopodobne, że je zagracimy, w końcu to takie proste. Kluczem do tego jest odkładanie rzeczy na swoje miejsce. Niech każda rzecz ma miejsce, do którego przynależy.

Zapamiętałam zwrot, który pozwala na ustalenie priorytetów: „czy to wnosi wartość w moje życie?”, który można odnieść do każdej płaszczyzny naszej egzystencji.

Myślę jeszcze nad prezentami. Nie wiem, czy to jest dobre, ale coraz mniej mam chęć obdarowywania ludzi przedmiotami. Zdaję sobie sprawę, że to niepopularne podejście i niektórzy mogą się tym oburzać. Jaki jest żywot prezentu? Różny. Może być przydatny i wykorzystywany niemal codziennie – na przykład Kindle z mojej listy rzeczy, które chcę otrzymać, którą niegdyś zrobiłam, a może być kurzołapem, którego głupio nam się pozbyć. Może lepszym prezentem jest po prostu czas dla tej osoby – wspólne wyjście, zjedzenie czegoś. W końcu prawdziwe social media są przy stołach.

Można się łatwo zakręcić w wyrzucanie, przy obecnej modzie na minimalizm. Zawsze jest w tym też druga strona, o której pisała Olga. Wychodzi na wierzch nasz egoizm. To, że ja oddam coś mamie, cioci, babci może wcale nie sprawić, że ich życie będzie lepsze, a tylko przynieść im kłopot.

Wracając do tego nieszczęsnego komputera… Zacznij tam, gdzie jesteś. Można sobie wmówić, że potrzeba Ci najlepszego sprzętu / najnowocześniejszego aparatu / legginsów za sto złotych (wpisz cokolwiek). Szklanka do połowy pełna, czy do połowy pusta? Można robić wielkie rzeczy będąc małym.

Rośnij tam, gdzie Cię posadzono.

Na koniec odsyłam Was do paru tekstów, które siedzą mi wciąż w głowie:

hania