Braki przymusów

las

Możliwe, że istnieje limit seriali, które można pochłonąć w przeciągu miesiąca i możliwe, że się do niego zbliżam. Historie o gangsterach i agentach FBI zlewają się jeden ciąg, czas przyspiesza po to, żeby później zwolnić. Dni płyną w kolejnych kubkach herbaty, talerzach z płatkami jaglanymi i w różnych kolorach ciepłych swetrów. Wraca do mnie jak bumerang pytanie, „co potem”. Co po studiach, które powoli dochodzą do swojego końca.

I powiem Wam, że trochę miałam z tym problem, chciałam mieć na to konkretną wizję. Pochłonęła mnie praca po pracy i łamigłówki pokroju jak wcisnąć rurę od okapu do sufitu powieszanego tak, żeby nie wychodził na równo z oknem albo jak za wszelką cenę uniknąć płyty laminowanej w kolorze dębu sonoma. Zdążyłam kilkukrotnie porządnie się zestresować, że nie spełnię czyiś oczekiwań i kogoś zawiodę, a w tym samym czasie poczułam dużo wsparcia i wdzięczności, które uświadomiły mi jak bardzo bezpodstawne były moje obawy. Lubię, gdy się dzieje i nie skupiam się zbytnio na analizowaniu i szukaniu dziury w całym.

Życie nie musi składać się z fajerwerków i ta zwykła szara codzienność może być negatywnie przytłaczająca albo pozytywnie porządkująca czas. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby po skończeniu studiów nie mieć konkretnej listy rzeczy do odhaczenia, a to, co mam gdzieś tam w głowie, nie musi stać się następnego dnia po obronie. Czasem wydaje mi się, że jestem z osobami, którymi się otaczam na zupełnie innym etapie życia. Niektórzy planują ślub, a ja zastanawiam się, jaki cień do powiek wybrać, albo co poradzić na coraz ciemniejsze cienie pod oczami.

Uśmiecham się pod nosem, pakując nieużywane książki w kartony i wynosząc je do piwnicy – może się okazać, że gdy się przeprowadzę to wcale nie będę ich już chciała. Zastanawiam się nad wielkością szafy i ciągle ją wymieniam – a to wyniosę jakieś ubrania, a to z kolei znajdę na wyprzedaży kolejną część garderoby w kwiatowy wzór, któremu zupełnie nie mogę się oprzeć. Myślę tylko o tym, że chciałabym mieć więcej miejsca na wieszaki i zastanawiam się, czy kiedyś będzie dane mi zużyć te wszystkie bawełniane t-shirty, które odkładam na kupkę „ubrań po domu”. Myślę o tym, co będzie kiedyś w tym moim „idealnie zaprojektowanym i skrojonym na miarę życiu”, w którym śpię 8 godzin dziennie, regularnie ćwiczę, jem dużo warzyw, osiągam świetne wyniki w pracy, rozwijam moje hobby i jeszcze odpoczywam. A przy tym mam porządek i zen w mieszkaniu. Nieświadomie przykładam niektórym przedmiotom łatkę „do rozpakowania w nowym życiu”. No i zgadnijcie co, to życie może nigdy nie nadejść.

Gdy się nad tym zastanowię, większość udanych rzeczy w moim życiu nie była wynikiem jakiegoś wielowymiarowego planu, tylko przyszła spontanicznie, co brzmi jeszcze bardziej dziwnie, gdy postrzegam siebie jako osobę zupełnie nie spontaniczną. Powinnam zatem chyba pozbyć się wewnętrznego przymusu organizacji przyszłości i nie zamartwiać się na zapas. Będzie dobrze – musi być. Gdybym tylko potrafiła bardziej skupić się na tym, co powinnam „tu i teraz” i żyć teraźniejszością. Dobrze, że są spacery do lasu, ciepłe koce, braki przymusów i życiowych wyścigów.

hania

Braki przymusów

Próba podsumowania roku – 2017

274.jpg

Koniec roku obfituje w różnego rodzaju podsumowania. Nie planowałam takiego wpisu na blogu, ale przypomniałam sobie, że w poprzednich latach (2015 i 2016) popełniłam takie, a może być to dobra okazja do bardziej pozytywnego podejścia niż w poprzednich postach, chociaż w dość chaotycznej formie.

Rok 2017 rozpoczęłam na południu Polski spędzając Sylwestra i Nowy Rok u przyjaciółki w Krakowie. To był naprawdę udany wyjazd, chociaż krótki, perspektywa wyrwania się z miejsca zawsze trochę odświeża umysł i pozwoliła chociaż na chwilę oderwać się o myśli o egzaminie inżynierskim. Zimą bawiłam się świetnie na balu z pracy mojego A., do dziś wspominam klimat lat 80., jeżdżące na wrotkach hostessy, zabawę w kasyno i swing na parkiecie. W lutym dzięki spódnicowej grupie zostałam właścicielką wymarzonego przeze mnie beżowego płaszcza. Właściwie to grupa była dla mnie dość ważna w tym roku – chociaż nie pojawiło się na niej zbyt wiele moich zdjęć, to moja szafa się powiększyła jeśli chodzi o spódnice i sukienki, a także wzrosła moja świadomość tego, w czym wyglądam lepiej, a w czym niekoniecznie. Ciekawym doświadczeniem było też spotkanie dziewczyn na żywo, niestety Trójmiejskie spotkanie odbyło się tylko raz. Zimą skończyłam studia inżynierskie i tytułem inżyniera architekta i zaczęłam II stopień studiów, tym razem decydując się na kontynuację w języku angielskim. W lutym z siostrą przemalowałyśmy pokój i wprowadziłyśmy małe zmiany, co pozwoliło nam poczuć się o wiele lepiej w tych kątach, a ja przekonałam się, jak wielka jest moc chłodnego odcienia kontrastująca z ciepłymi meblami. Zaczęłam także projekt 365 na Tookapic, który niestety przerwałam, ale udało mi się robić zdjęcia ponad 300 dni ciągiem. To było ciekawe wyzwanie, chciałabym je kiedyś ponowić, ale w bardziej zdecydowanej formie, bo wiem, że wiele zdjęć było zrobionych byle jak. Ale dużo się o sobie nauczyłam i lepiej poznałam aparat.

W marcu pracę w moim biurze zaczęła jedna z bliskich mi osób i trochę postawiło to na głowie mój biurowy świat. Zaczęłam codziennie jeść płatki jaglane z jabłkiem i pić o wiele więcej herbaty. Nowa grupa na uczelni zaowocowała nowymi znajomościami i wyzwaniami. Na początku kwietnia brałam udział od zaplecza w stylizowanej sesji zdjęciowej organizowanej przez Marysię. Zabrałam się też poważniej za moje zdrowie i dzięki temu dowiedziałam się, że moje problemy endokrynologiczne są bardziej skomplikowane, niż twierdzili poprzedni lekarze. Jestem wdzięczna, że udało mi się znaleźć dobre mi miejsce i chociaż świat trochę stanął na głowie, a lista leków do brania na co dzień jest dość długa, to nareszcie czuję, że wszystko zaczyna działać, jak powinno. Niemniej jednak był to dla mnie dość duży szok i nowa sytuacja była dość stresująca.

haniako2
Najbardziej polubione zdjęcia Instagrama to osiemnaste urodziny mojej siostry i cudowny tort wykonany przez Zosię. Jak zawsze, było dużo kaw i herbat, a także zapoznawcza kawa z przesłodkim ciastem z żoną przyjaciela. Byłam wdzięczna za grille, odrobinę śniegu i nawet te długie wieczory na Politechnice. Okazało się, że całkiem pasują mi mocne skręty przy buzi i wygląd pudla, oraz to, że robienie tortu wcale nie jest takie straszne.

 

Wspominam ciepło majówkę spędzoną na wschodzie Polski u Oli. Kawa nad jeziorem jeszcze nigdy nie smakowała tak dobrze. Odetchnęłam podczas wakacji, ciesząc się wolnymi popołudniami po pracy i spacerami, chociaż nie byłam na żadnym urlopie, życie w Gdyni ma w sobie coś z pobytu w kurorcie. Dodając do tego wszystkie spotkania z bliskimi i długie letnie wieczory, już powoli zaczynam tęsknić za ciepłymi miesiącami. Odważyłam się też na zrobienie sesji zdjęciowej Ani, podczas której powstało parę naprawdę dobrych zdjęć. W okresie letnim odwiedziliśmy też króciutko Poznań, przejazdem z powrotu z jednego z czterech wesel. Ostrów Tumski zrobił na mnie wielkie wrażenie. Lipiec był też czasem odkurzenia starszych znajomości, których mi brakowało, ale i poznawaniem nowych, bardzo zdolnych ludzi. Chętnie nosiłam lnianą niebieską spódnicę, jak i tę białą w czarne paski i zrobiłam sobie samej prezenty w postaci kolczyków w odcieniu różowego złota i pasującego do nich zegarka. Największym jednak prezentem i też najbardziej przeze mnie wyczekanym był nowy aparat, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Było mi także bardzo miło zrobić okładkę do tomiku poezji Kaliny. Wkręciłam się też bardziej w makijaż i obchodziłam rocznicę pracy. Bycie łajzą przy spacerowaniu przyniosło mi zwichniętą kostkę.

Jesienią przekonałam się, że wegańskie jedzenie potrafi być bardzo smaczne i sycące, a jesienny ślub niemniej urokliwy niż ten letni. Udzieliła mi się ekscytacja z remontowania i urządzania własnego mieszkania i wzruszyło mnie zaproszenie na pierwszą kawę w nowych ścianach – i to trzy razy. Wkręciłam się w Netliksa i straciłam sporo wieczorów na kolejne odcinki. Zorganizowałyśmy wieczór panieński na działce w bardzo kameralnym gronie, ze strzelaniem z wiatrówki do balonów (trafiłam chyba dwa razy). Odbyło się wiele planszówkowych spotkań w różnych konfiguracjach. Duże wrażenie zrobiły też na mnie koncerty, w których wzięłam udział, chociaż było ich tak niewiele. Jesienią odwiedziłyśmy także Polskę centralną na Łódź Design Festival i także byłam bardzo wdzięczna za ten czas. Rozpoczęły się pewne nowe projekty i pomysły, zakończyły się też inne przygody. Były też dwa dni oddechu w jesiennej Warszawie i deszczowy spacer po Łazienkach. Pojawił się pomysł na pracę magisterską i zaczęłam coś przy niej dłubać. Zorientowałam się, że nie jestem już młoda i zaczęły dokuczać mi bóle pleców. Zdarzyły się też bolesne dni na początku listopada i pożegnanie bliskiej mi osoby.

Do końca roku zdążyłam przeżyć Boże Narodzenie zupełnie nie czując świątecznego klimatu i dwa razy upiec tort, który zachwycił jedzących. Zdążyłam też przekonać się, że nic na siłę. To był niezły rok, ale też bardzo wytężony, chociaż wiem, że nie dałam z siebie 100% i byłam tą osobą, która wiecznie nie ma czasu. W nowym roku chciałabym jeszcze bardziej skupić się na sobie i jeszcze lepiej o siebie zadbać. 2018 – bądź dla nas dobry!

hania

Próba podsumowania roku – 2017

Wygórowane oczekiwania

256.jpg

Zewsząd czają się na mnie wyrzuty sumienia. Na biurku bałagan, w szafie jeden wielki chaos. Niesprzątnięte kubki, niepodlane kwiaty, kurzący się blog. Nie chcę otwierać kalendarza, żeby nie musieć czytać długiej listy zadań niecierpiących zwłoki. Wcale nie cieszę się na piątkowy wieczór bo wiem, że to tylko zapowiada jeszcze mocniejsze ugryzienia sumienia.

Zauważyłam, że czuję się podle głównie przez moje zbyt wygórowane oczekiwania. Nie umiem dobrze planować czasu wolnego – czy raczej czasu, w którym nie jestem w pracy bądź na zajęciach, a tak średnio jest on wolny. Co niedzielę mam zły humor, bo nie zrobiłam wszystkiego, co zaplanowałam na weekend. Łudzę się, że jeśli będę ciężko pracować w ciągu tygodnia, sobota i niedziela będzie na seriale, basen i spacery. No cóż, to się nie udaje.  Jednocześnie okłamywałam się sądząc, że jeśli wszystkie ważne sprawy na nadchodzący tydzień załatwię w końcu tygodnia, nie będę padać na twarz każdego wieczoru. To także nie wychodzi.

Pomimo prężnego działania z kalendarzem papierowym, który ukryty w plecaku wędruje ze mną codziennie, kalendarza Google i aplikacji Trello czuję się rozwalona. Prześlizguję się przez kolejne jesienne tygodnie z myślą, że to minie. Nie tak chciałam przeżywać ten semestr. Ale powiem szczerze, czuję się przytłoczona. Nie tak wyobrażałam sobie ten rok. Znowu czuję się jak pierwszak, gdy każdy przedmiot jest jednocześnie ważny, a plan wypełniony po brzegi. Oliwą do ognia jest problematyczna współpraca z przybyszami zza granicy, z którymi nie tylko trudniej jest się porozumieć, to i oni myślą inaczej. Myślałam, że po jednym semestrze się do tego przyzwyczaję, ale jak się okazuje każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie.

Sama się wstydzę tego argumentu, który ciągle mam na języku, tego „niemienia” czasu. Nie jestem na tyle dobrze zorganizowana, żeby spotykać się z kimś więcej niż z moim chłopem. Wyobrażam sobie, że jak się obronię i wyjdę z mojej jaskini, mogę nikogo już nie spotkać.

Nie chcę robić z siebie męczennika, ale nie spodziewałam się, że tegoroczny okres jesienno-zimowy, depresyjny sam w sobie, będzie tak twardym orzechem do zgryzienia. Smutno mi, że studia zaraz się skończą, a nie wykorzystałam ich wszystkich możliwości – brania udziału w dodatkowych wykładach, warsztatach, czy chociażby wypożyczania najnowszych książek z biblioteki.

Na nowo uczę się troski o siebie w tak błahych sprawach jak odpuszczanie, niebranie na serio każdego wyrzutu sumienia, jaki sobie funduję i próbę przetrwania. Jestem całkiem zadowolona z jednej rzeczy, a za każdym razem, gdy sobie o niej przypominam, wracam myślami do tekstu Jacka Kłosińskiego. Tekstu o tym, że każdy z nas musi mieć swój projekt poboczny. Wciąż kontynuuję wyzwanie Tookapic – dzisiaj mijają 274 dni robienia zdjęć codziennie, chociaż spora część z nich jest średnio udana, to jednak wielką przyjemność sprawia mi przewijanie galerii i przypominanie sobie lepszych i gorszych momentów.

Z plusów i blasków ostatniego czasu jestem wdzięczna za warszawski koncert Nicka Cave, na który bilet dostałam w prezencie już bardzo dawno temu – to był naprawdę cudowny wieczór!, wspominam bardzo dobrze ostatnią wyprawę na sushi (nic nie poradzę na to, że jedzenie zawsze poprawia mi humor) i nową łamigłówkę, którą jest 45 metrów kwadratowych. Niezmiennie cieszy mnie gorąca herbata i propozycja kawy.

Znowu natknęłam się na to, że chciałam być super we wszystkich dziedzinach życia i cóż, wychodzi jak zwykle. Łatwiej pisze się o sukcesach, niż o tym wszystkim co słabe. Jedyne, co mogę sobie obiecać, to po pierwsze – obniżenie swoich oczekiwań, po drugie – definitywny koniec wyrzucania sobie wszystkich, nawet małych porażek.

Będzie dobrze. Trzymajcie się,

hania

Wygórowane oczekiwania

Oswoić się z jesienią

192.jpg

Jesień nadeszła zbyt nagle. Zastała mnie zupełnie nieprzygotowaną, w zbyt cienkich ubraniach i bez płaszcza. Zmoczyła i napuszyła mi włosy od wilgoci. Złapała mnie nostalgia i senność.

Nie czuję się jeszcze gotowa na te kilka miesięcy mżawki, kałuż i ciemności. Jeszcze bardziej nie czuję się gotowa na ostatnie dwa semestry studiów i powrót na uczelnię po długim czasie błogiego względnego lenistwa. Czas przygotować solidny zestaw ratujący przed wieczornym przygnębieniem. Potężny kubek z kakao z ksylitolem, obszerna bluza z kapturem i koc.

Instynktownie zaczęłam otaczać się większą ilością różu – nabyłam różowy sweter poprzetykany złotą nitką, za dużą bluzę i różowy zegarek. Poratowałam się także długo wyczekiwanym nowym aparatem. Po kilku miesiącach zastanawiania się, porównywania opcji i z dużą pomocą kolegi stałam się dumną posiadaczką Fujifilm X-T10, który swoją premierę na Tookapic przywitał malowniczym zdjęciem róży. Czuję, że domyślny obiektyw, który do niego dobrałam, nie wystarczy mi na długo, ale chcę sobie dać trochę czasu, żeby namyśleć się i zorientować, czego dokładnie mi trzeba. Jestem bardzo podekscytowana tą nową przygodą, uczenia się obsługi sprzętu i poznawania jego sekretów. Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało.

Jesień może być całkiem w porządku, gdy można pozwolić sobie na chwilę smutku, gdy zasypia się pod ciepłą kołdrą słuchając dudnienia deszczu o parapet, gdy nad kubkiem gorącej herbaty unosi się para. Lubię spacery pełne słońca i różnokolorowych liści. Jestem miłośniczką początków, a wrzesień zawsze ma w sobie świeżość. Śliwki i jabłka zachęcają do kuchennych bezcukrowych i bezglutenowych eksperymentów, coraz szybciej zaczynające się wieczory do czytania książek i oglądania seriali. Długie siedzenie przy biurku w pracy natrętnie przypomina o basenie.

Jestem w stanie zamienić te jasne i ciepłe dni na jesienne wieczory w zamian za zapach wilgoci w nozdrzach, kawy w przytulnych kawiarniach, które smakują intensywniej, niż latem, ciepłe swetry i smagane wiatrem policzki. Byłoby cudownie, gdyby nie marzły mi ręce na fioletowo i nie odmarzał nos.

Zauważyłam ostatnio, jak popularne na różnych blogach stają się wpisy w stylu „tu i teraz” i zdałam sobie sprawę z tego, że właściwie wszystkie moje wpisy są właśnie takie. Tu i teraz zadziwiam się zbyt prędkim przyjściem chłodu, tu i teraz bardziej doceniam rozgrzewające napoje. Jesieni – jestem gotowa, zaprzyjaźnijmy się!

202.jpg

A Wy, jak przygotowujecie się na przyjście jesieni? Trzymajcie się ciepło,hania

Oswoić się z jesienią

Moja podstawa garderoby

P1290900-01.jpg

Od paru lat na nowo pokochałam spódnice. Kiedyś za nimi nie przepadałam, nosiłam ciemne spodnie i szerokie bluzy, a gdy decydowałam się na kieckę, to zazwyczaj była to jakaś ważna okazja rodzinna lub szkolna uroczystość. Obecnie spódnica to mój najczęstszy wybór jeśli chodzi o codzienny ubiór, chociaż wciąż lubię włożyć spodnie. Ostatni ubraniowy wpis pojawił się ponad rok temu i zastanawiałam się w nim, czy mam jakiś styl. Rozważania ukończyłam stwierdzeniem, że przede wszystkim stawiam na wygodę i praktyczność. Jak dobrze, że nie mam już grzywki i zmieniłam okulary! Przy okazji zerknęłam w komentarze, a tam przeczytałam, że „sądząc po sposobie ubierania się, będziesz raczej architektem zajmującym się architekturą, niż wnętrzami”. To ci ciekawostka 🙂

Z coraz większą świadomością wybieram ubrania. Z chęcią sięgam po ubrania polskich marek, za które jestem gotowa więcej zapłacić, ale mieć świadomość, że wspieram polską gospodarkę. Daleko mi już od spontanicznych zakupów i wychodzenia ze sklepu z pełnymi siatami. Przez ostatnie parę miesięcy zrobiłam osobisty progres, uświadamiając sobie, że nie ma ubrań, których powinnam sobie odmawiać, jak to zawsze mi się wydawało. To brzmi komicznie, wiem, ale czułam, że nie mogę nosić na przykład kombinezonów, bo będę wyglądać jak Buka, albo bluzek z odsłaniających ramiona, bo nie są smukłe, a co więcej, nie mam najgładszych na świecie pleców. Trochę czasu zajęło mi zrozumienie, że mogę nosić, co mi się żywnie podoba i nikomu nic do tego. Instynktownie wiem, w czym wyglądam lepiej, a w czym gorzej. Zdaję sobie sprawę, że niektóre kroje i materiały są dla mnie bardziej korzystne.

Gdybym miała teraz określić, jak wygląda moja szafa, pomijając to, że jest nieco zabałaganiona, to powiedziałabym, że opiera się na stonowanych kolorach uzupełnionych kwiatowymi wzorami. Lubię jednokolorowe ubrania, koszule i spódnice z wyraźnie zaznaczoną talią. Przekonałam się do spódnic midi, kiedyś byłam mocno przywiązana do miniówek. Kto by pomyślał. Najlepiej czuję się w granacie, szarościach, czerni i w różnych odcieniach niebieskiego.

P1290861-02.jpg

Odkąd pracuję, staram się wkładać więcej wysiłku w to, co ubieram i rezygnuję z chodzenia w dresach – czasem się tak zdarzało. Uspokajam moją szafę, pozbywam się poliestrowych szmatek, których już nie lubię i staram się wyglądać w miarę poważnie i profesjonalnie, w razie, gdyby wypadło jakieś spotkanie z klientem.

Mój styl to coś nieskomplikowanego, a jednocześnie zawsze jest coś „nie do końca”. Pozwalam sobie na bycie nieidealną i chciałabym mieć w sobie więcej nonszalancji. Jeśli się maluję, to pewnie włożę coś, co nie wygląda, jakby mi za bardzo zależało. Wiele razy czytałam o tym, co „każda kobieta powinna mieć w swojej szafie” i nie znalazłam zestawu, który jest dla mnie idealny. Dla mnie podstawą jest gładka bluzka z krótkim rękawkiem, coś w paski, dopasowana, ale nie przylegająca ściśle do ciała koszula, ciemne spodnie i właśnie spódnica z koła lub z trapezu.

Spódnica jest zawsze dobrym wyborem. Maskuje zbyt najedzony brzuch po wizycie na burgerach. Sprawia, że moja kwadratowa górna część tułowia nabiera jakiegoś poziomego podziału i zwężenia. Jest wygodna, nic się nie wpija, nic nie jest przyciasne. Odsłania zgrabne nogi. Brzmi idealnie, prawda?

P1290913-02.jpg

Mam na sobie niebieską lniana spódnicę polskiej marki Dla Dam. To moja pierwsza lniana spódnica i mam nadzieję, że nie ostatnia – jest cudowna w dotyku, bardzo wygodna i przewiewna na gorące dni – trzeba korzystać ze słońca, póki jest 🙂 Dla niektórych spódnica lub sukienka na co dzień to przesadna elegancja. Czy życie nie jest zbyt krótkie, żeby odpuszczać sobie tę elegancję na co dzień?

PS Patrząc na zdjęcia, żałuję, że pofarbowałam włosy zmywalną różową szamponetką – od tego czasu są trochę bardziej sianowate niż zwykle. Zdjęcia zrobiła mi moja siostra Dorota – dziękuję!
PS2 Czy to pierwszy wpis feszyn w historii bloga? 😀

Do napisania,

hania

Moja podstawa garderoby