Oswoić się z jesienią

192.jpg

Jesień nadeszła zbyt nagle. Zastała mnie zupełnie nieprzygotowaną, w zbyt cienkich ubraniach i bez płaszcza. Zmoczyła i napuszyła mi włosy od wilgoci. Złapała mnie nostalgia i senność.

Nie czuję się jeszcze gotowa na te kilka miesięcy mżawki, kałuż i ciemności. Jeszcze bardziej nie czuję się gotowa na ostatnie dwa semestry studiów i powrót na uczelnię po długim czasie błogiego względnego lenistwa. Czas przygotować solidny zestaw ratujący przed wieczornym przygnębieniem. Potężny kubek z kakao z ksylitolem, obszerna bluza z kapturem i koc.

Instynktownie zaczęłam otaczać się większą ilością różu – nabyłam różowy sweter poprzetykany złotą nitką, za dużą bluzę i różowy zegarek. Poratowałam się także długo wyczekiwanym nowym aparatem. Po kilku miesiącach zastanawiania się, porównywania opcji i z dużą pomocą kolegi stałam się dumną posiadaczką Fujifilm X-T10, który swoją premierę na Tookapic przywitał malowniczym zdjęciem róży. Czuję, że domyślny obiektyw, który do niego dobrałam, nie wystarczy mi na długo, ale chcę sobie dać trochę czasu, żeby namyśleć się i zorientować, czego dokładnie mi trzeba. Jestem bardzo podekscytowana tą nową przygodą, uczenia się obsługi sprzętu i poznawania jego sekretów. Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało.

Jesień może być całkiem w porządku, gdy można pozwolić sobie na chwilę smutku, gdy zasypia się pod ciepłą kołdrą słuchając dudnienia deszczu o parapet, gdy nad kubkiem gorącej herbaty unosi się para. Lubię spacery pełne słońca i różnokolorowych liści. Jestem miłośniczką początków, a wrzesień zawsze ma w sobie świeżość. Śliwki i jabłka zachęcają do kuchennych bezcukrowych i bezglutenowych eksperymentów, coraz szybciej zaczynające się wieczory do czytania książek i oglądania seriali. Długie siedzenie przy biurku w pracy natrętnie przypomina o basenie.

Jestem w stanie zamienić te jasne i ciepłe dni na jesienne wieczory w zamian za zapach wilgoci w nozdrzach, kawy w przytulnych kawiarniach, które smakują intensywniej, niż latem, ciepłe swetry i smagane wiatrem policzki. Byłoby cudownie, gdyby nie marzły mi ręce na fioletowo i nie odmarzał nos.

Zauważyłam ostatnio, jak popularne na różnych blogach stają się wpisy w stylu „tu i teraz” i zdałam sobie sprawę z tego, że właściwie wszystkie moje wpisy są właśnie takie. Tu i teraz zadziwiam się zbyt prędkim przyjściem chłodu, tu i teraz bardziej doceniam rozgrzewające napoje. Jesieni – jestem gotowa, zaprzyjaźnijmy się!

202.jpg

A Wy, jak przygotowujecie się na przyjście jesieni? Trzymajcie się ciepło,hania

Oswoić się z jesienią

Kwietniowe tu i teraz

tender.jpg

Nie spodziewałam się, że poprzedni wpis będzie samospełniającą się przepowiednią, ale ostatni czas był dość intensywny i potrzebowałam odrobiny oddechu.

Na nowo uświadamiam sobie, że wierzenie w siebie jest absolutną podstawą. Bez tego nie da się być asertywną i ani się obejrzysz, zaczynasz działać wbrew sobie. Może być tak, że zaczynasz przyjmować czyjś punkt widzenia, a gdy wracasz do domu i jesteś sama ze sobą, myślisz już zupełnie inaczej.

Rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa. Gdybym została ministrem edukacji, chciałabym wprowadzić obowiązkowe zajęcia z komunikacji. Nie bez przyczyny mamy jedne usta i parę uszu. Umiejętność konwersacji, w której jedna i druga strona odbiera poprawny, niezakłócony niczym komunikat, to zdolność na wagę złota. Można łatwo poczuć, że komuś na nam zależy i odwrotnie. To proste rzeczy – uważne słuchanie, zadawanie interesujących pytań, odwoływanie się do wspólnych spraw.

Nie można chcieć wszystkiego zmienić. Odchodząc zbyt daleko od siebie, można bardzo wiele stracić.

Czasem zmiany przychodzą stopniowo, a bywa i tak, że są nagłym zwrotem akcji. Parę dni przed Wielkanocą dowiedziałam się, że jestem chora na hiperinsulinemię (występującą w pakiecie razem w innymi schorzeniami) i muszę odstawić wszystko, co jeszcze bardziej podbija mi poziom cukru. W odstawkę poszły wszelkie słodycze, alkohol (nie, żebym często go piła), białe pieczywo i ziemniaki. Trochę płaczę za burgerami z frytkami z gdyńskiego Śródmieścia i pizzą…

52.jpg

Często, jakby broniąc się i nie chcąc oceniać, nadużywam zwrotu „wydaje mi się”. Czuję, że to dobry zwrot. Nie atakuje rozmówcy, nie narzuca punktu widzenia. Z przekonaniem mogę mówić o moich uczuciach i obawach, bo w końcu znam je najlepiej, i nikt nie może mi zarzucić, że są błędne. Bo to już jest tak, że każdy z nas ma jakieś przekonania, które są takim fundamentem. Czarne jest czarne, a białe zawsze białe. Konkrety.

Asertywność i nic wbrew sobie. Trudne sprawy potrzebują obopólnej zgody, konsensusu i woli współpracy. Kiedyś natknęłam się na obrazek na Tumblr, na którym było napisane: „Plant your own garden and decorate your soul instead wanting someone to bring you flowers”. Och, bardzo lubię ten tekst.

Przekonuję się, jak ważne jest, aby dobrze znać siebie i być specjalistą od swojego życia. Nikt jak my nas nie zna. Mogłabym powtarzać sobie codziennie, że wiem, kim jestem, dokąd zmierzam i co jest dla mnie dobre. Mogę sama decydować, co ma dla mnie znaczenie i czego potrzebuję w danym momencie mojego życia. Tylko tyle i aż tyle.

Na przykład teraz potrzebuję różu, uśmiechów i dużo słońca. Ostatni czas był bezzakupowy, ale teraz nabyłam kilka pomadek, bo mam ochotę na jeszcze więcej kolorków w moim życiu. Razem z K. mamy postanowienie nosić je codziennie do końca czerwca. Pewnie wreszcie odkryję, jaki kolor do mnie pasuje najlepiej.

Mam nadzieję, że następny wpis będzie weselszy, bo zaraz wszyscy stąd pouciekacie 😉hania

 

Kwietniowe tu i teraz

Zniknąć sobie od czasu do czasu

mgla

Od czasu do czasu lubię sobie znikać, wyłączać się, ot tak. Lubię czuć, że tak naprawdę nic nie muszę. No bo czy w końcu naprawdę muszę w tej chwili odpowiedzieć na sms-a? Albo natychmiast odpisać na wiadomość na messengerze, na komentarze i inne sygnały? Później, później. Nie wszystko musi być od razu. Łapię się na tym, że czasem wymagam od innych ciągłej dostępności i momentalnej odpowiedzi, a potem przypominam sobie, że przecież nie wszyscy są wszędzie online. I dobrze.

Pierwsi kurierzy przenoszący informacje pojawili się już w starożytnym Egipcie, w roku 2400 p.n.e. Ważne wiadomości mogły być przekazane dopiero po kilku tygodniach, bo wszystko ograniczało się do prędkości wielbłąda.

Nie muszę też chodzić na nieobowiązkowe zajęcia, które niewiele uczą. Mogę wybierać, kiedy pójdę na wagary i zamiast tego zostanę dłużej w pracy. Nie muszę być nieomylna i bezbłędna, mogę pytać i zadawać mądrzejsze lub głupsze pytania. Mogę pozwalać sobie na wysypianie się i przełączanie budzików albo na pizzę na pół. Nie muszę chcieć ani słuchać czyiś opinii na temat mnie, mojego związku czy moich wyborów. Nie muszę mieć pasjonującego życia ani robić tego, co inni uważają za najlepsze dla mnie.

Ostatnio złapałam się na zakłopotaniu, gdy zostałam zapytana o to, co u mnie słychać. Odpowiada mi ten stan „po staremu”. Stare to dla mnie oswojone i poznane. Zgadzam się na to, aby każdy dzień wyglądał podobnie i czasem zlewał w jedną całość, poprzetykaną promieniami słońca, gdy akurat zdecyduje się wyjrzeć zza chmur, albo czymś, co sprawi, że mocniej zabije mi serce. A więc mogę mieć powtarzalne życie i jest mi z tym całkiem w porządku.

Mogę zajmować się moimi małymi sprawkami. Szczegółami takimi jak obrabianie zdjęć, picie gorącej herbaty i planowanie w kalendarzu.

Zauważam coraz wyraźniej, jakich zachowań i przyzwyczajeń w sobie nie lubię. Mogłabym wypisać ich całą listę, ale zacznę od trzech punktów. Czuję, że małe akcje mają wpływ na długi okres czasu. Przyszło mi to do głowy dzisiaj, gdy przechodziłam przez pasy przed uczelnią, targając ciężkiego laptopa. Pomyślałam, że gdybym nosiła go ze sobą codziennie, to miałabym strasznie krzywy kręgosłup. Ale przecież jest tyle innych rzeczy, które robię (lub nie robię) codziennie. Za późno wstaję. Nie rozciągam się. Nie myję zębów przez trzy minuty.

Suma małych rzeczy. Jest nad czym pracować. I więcej znikać, dla siebie samej.hania

Zniknąć sobie od czasu do czasu

Jestem zbiorem rzeczy

essentials_hania

Jak można zdefiniować siebie? Zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu. Co by było, gdybyśmy stracili technologie, których używamy na co dzień? Czy wciąż zachowalibyśmy naszą tożsamość?

Zastanawiałam się nad tym, układając rzeczy do zdjęcia do blogowego projektu Marty. To wbrew pozorom nie jest takie łatwe i wymaga sporego zastanowienia się. Każda rzecz znalazła się na zdjęciu z jakiegoś powodu i ma dla mnie konkretne znaczenie, które mniej lub więcej określa mnie samą.

Plecak przypomina mi, jak kocham chodzić po lesie, gdy ciąży mi aparat, woda i parasol. Przywołuje wspomnienia pikników, małych wycieczek. Znalazłam go na strychu u wujka i od razu pokochałam za wojskowy charakter. Przypinka z tortem to gadżet z lipcowego festiwalu Gdynia Design Days. Kocham design, ciekawią mnie najnowsze trendy w projektowaniu, grafika, kroje fontów, kolory, kompozycje.

Jestem rodzinna. Najlepiej czuję się w domu i chcę pielęgnować domowe ciepło. Futrzany ogonek to fragment wydry, mojej maskotki z dzieciństwa, z którą wciąż śpię. Staram się dokonywać coraz racjonalniejszych zakupów. Uwielbiam mój melanżowy asymetryczny sweter i noszę go przez cały rok. Mam oko do drobiazgów, umiem wypatrzyć perełki w second-handach. Nadal jestem w drodze do coraz lepiej zorganizowanej szafy, w której większość ubrań jest moja ulubiona. Nieźle się czuję w moim ciele, po różnych perypetiach. Ubieram to, na co mam ochotę.

Jestem wdzięczna. Dostałam maskotkę Pusheena w prezencie i za każdym razem, gdy na nią spojrzę, odczuwam wdzięczność. Lubię tego pociesznego kota, jest moją ulubioną naklejką na Facebooku. Uwielbiam rośliny i staram się coraz lepiej je pielęgnować. Charakterystyczny słoik, czyli moja szklanka do herbaty. Niedaleko leży busola – pozostałość po harcerskich czasach, które na zawsze mnie zmieniły i miały największy wpływ na mnie, gdy dorastałam. Symbol tego, że staram się zawsze iść w dobrym kierunku.

Drewniany krzyż, wyrzeźbiony przeze mnie w gałęzi pewnego lata do obozowej kapliczki. Kindle z naklejką „stolarnia zmysłów”. Ulubiony kompan pociągowych wypraw na uczelnię i wielu zadziwień. Aparat analogowy. Zawsze zachwycałam się tą fotografią, kiedyś miałam z nią do czynienia, teraz będę się tego uczyć od nowa. Tłusty krem, bo zawsze mam zmarznięte dłonie. Leki na tarczycę.

Zaparzacz, bo jestem herbacianym pijusem. Zegarek, żeby być tu i teraz, o czym przypomina mi ciągle tykanie. Klucze domu. Klucze do pracy. Breloczek ryba i breloczek z Augustowa. Organizer, w którym planuję cały tydzień i zapisuję blogowe pomysły. Okulary. Szkła, które noszę od dwudziestu lat. Moja wielka miłość, „Wesele”.

Skalówka. Podręcznik projektowania, czyli słynny Neufert. Książka mojego dzieciństwa i dorosłości, pozycja obowiązkowa każdego architekta. Kolejny kalendarz, bo jestem zorganizowana. Ołówek, ukochane czarne cienkopisy i nieodłączne pióro za kilka złotych. Kafelek z pierwszej poważnej realizacji w modernistycznej kamienicy, symbol mojej miłości do Gdyni, jej historii i architektury. Kolejny ulubiony kubek.

Statut BEST-u, organizacji studenckiej, która wywróciła moją uczelnianą rzeczywistość do góry nogami i pokazała, jak ważne jest robienie czegoś więcej podczas studiów. Słuchawki, bo kocham muzykę, odkrywanie nowych zespołów, utworów, płyt. Gitara, na której odkrywaniu spędziłam sporo wieczorów, ucząc się jej od zera.

Chciałabym, aby tak było, że bez rzeczy, z których korzystam na co dzień, nie tracę mojej tożsamości. O ile część cech zupełnie nie znajduje odzwierciedlenia w przedmiotach, to inne są od nich zależne. Osoba wrażliwa, inteligentna lub odważna, nie potrzebuje atrybutu, by podkreślić ten przymiot.

Często postrzegam siebie jako zbiór działań. Jest to dość prosta analogia. Jeśli ktoś maluje, jest malarzem. Jeśli ktoś rysuje, jest rysownikiem. Jeśli śpiewa, śpiewakiem. Ale zaraz, czy to jest takie proste? Zgrzyta mi to z moją własną życiową zagwozdką – jeśli bloguję, powinnam nazywać się blogerką. A bardzo trudno mi to przychodzi. Jeśli projektuję i pracuję jako architekt wnętrz, powinnam powiedzieć, że jestem architektem.

Chyba boję się szufladkowania i łatek. Konkretne określenie narzuca od razu cały bagaż skojarzeń, uprzedzeń i wymagań. A może to rzeczy są pewnym lustrem nas samych?

14

Co byście wybrali, jako te „Wasze” przedmioty?hania

Jestem zbiorem rzeczy

Metoda małych kroków

3oks.jpg

Co się stanie, gdy każdego dnia zrobisz jedną małą, nawet niewiele znaczącą rzecz? Cóż, przekonajmy się!

Mało mi wrażeń. Z dużą ekscytacją, ale i lekkim przerażeniem zaczynam mój projekt 365 dni na tookapic. W dużym skrócie chodzi o to, aby przez rok codziennie robić zdjęcie i w miarę możliwości publikować je tego samego dnia. Ciekawe, czy mi się uda?

Gdy tylko zobaczyłam ten filmik, poczułam, że mocniej bije mi serce. 365 dni. Ile to jest czasu! Ile może się wtedy zmienić. Nie mówię że nie mam cykora, bo wręcz przeciwnie. To dość mocne postanowienie i trochę trzeba od siebie wymagać. Jestem bardzo ciekawa, jak mnie zmieni i ile się zmieni.

Nie mam wysokich wymagań, ciężko stawiać sobie za cel, żeby codziennie zrobić zwalające z nóg zdjęcie. Pewnie będą gorsze i lepsze, ale to nie jest ważne. Chcę zrobić z tego swoisty pamiętnik. Jakiś czas temu zaczęłam rozmyślać, że brakuje mi prowadzenia pamiętnika, kiedyś pisałam ich wiele. Teraz, gdy do nich zerkam, ich treści nie są zbyt lotne. Niedawno trafił mi w ręce pomysł pięcioletniego dziennika oparty na tym, że każdego dnia wpisujemy jedno, dwa zdania z tego, co się wydarzyło. Gdy pomyślę o tym, jak szybko zapominam, co działo się tydzień temu, a dwa tygodnie wydają się wiecznością, taka opcja jest bardzo kusząca. Podejmując się wyzwania chciałabym tą ulotność przekuć w zdjęcia. Obrazy mówią czasem więcej niż słowa.

Lubię powoli przeciekające przez palce wieczory. Lekki blask komputera, spokojną muzykę w słuchawkach. Lubię gorącą herbatę ze słoika i poświatę od lampek na oknie. Lubię chwilę, z którą słyszę cichy klik aparatu, który zamraża moment. Lubię brak presji. To, że zdjęcia mogą być nędzne, ale nasycone emocjami. Lubię do nich wracać. Lubię mieć te kilka, o których wciąż pamiętam.

Pod koniec roku chcę wydrukować te kilka, które będą mieć dla mnie największą wartość sentymentalną. Czasem myślę, że życie to taka makatka obrazów, które potem nieustannie przywołujemy. Łatwiej mi przypomnieć sobie kolory, światło, nasycenie, kształty niż zapachy. Wspomnienia częściej mają formę obrazów niż słów właśnie.

Instagram to chyba nie to, chociaż bardzo lubię to medium społecznościowe. Za mało w nim takiego „mięsa”.

Chcę się bawić. Próbować. Szukać wyrazu w ciemniejszych tonach. Odejść od rozbielonych zdjęć. Eksperymentować. Przyzwyczaić się do noszenia wszędzie aparatu, tak na serio. Chcę codziennie czuć to podekscytowanie, gdy się obudzę, zastanawiając się, jakie zdjęcie dziś zrobię. Dziś wyszło na dwie szklanki czekające na alternatywną kawę i zaparowane szkło aparatu dające niezwykły klimat.

Tak więc na blogu w prawej kolumnie pojawił się nowy odnośnik, do mojego profilu na tookapic. Obiecuję, nie zobaczycie tam raczej wystylizowanych zdjęć i sesji rodem z Instagrama. Będzie za to dużo zwykłego życia i takich małych pamiątek z codzienności. O to, że będziemy się wzajemnie motywować, przekonuje mnie fakt, że za to samo wyzwanie zabiera się Magdalena i Natalia – czekam na Wasz start, dziewczyny! Zobaczymy, jak może zadziałać konsekwencja. hania

Metoda małych kroków