Deadline na życie

p1270053

Jakiś czas temu, na jednym ze spotkań BEST-u, organizacji studenckiej, do której należę, pojawiło się streszczenie pewnej prezentacji z TED-a na temat prokrastynacji. Nie mam żadnej misji motywowania czy mobilizowania do nieodkładania spraw na ostatnią chwilę, ale z tamtego dnia zapamiętałam jedną rzecz.

W naszym życiu można wyodrębnić dwa rodzaje zadań: te, które mają narzucony termin realizacji i te, które go nie mają. Kiedy zaczęłam pisać ten wpis, byłam jeszcze na fali natchnienia do robienia różnych rzeczy. Teraz, gdy wracam do tego szkicu, czuję się wręcz odwrotnie. Mam przeczucie zmarnowanego popołudnia i wieczoru, w którym nie wydarzyło się nic szczególnego, oprócz obejrzenia krótkiego dokumentu o japońskich mieszkaniach. Na pewno znacie to uczucie, gdy jest już czas, żeby kłaść się spać, a potem orientujecie się, że przecież nic nie zrobiliście. I znów wracają do mnie te myśli, że tak nie może być, że trzeba wciąż działać, robić nowe rzeczy, skreślać marzenia z listy. Byłabym tragicznym motywatorem.

Czasem nadchodzi odwlekanie spraw w nieskończoność, dni, które nie wyglądają dobrze w kalendarzu. Przepisywanie zagadnień z tygodnia na tydzień. A jednocześnie jestem w szoku, jak przyspiesza czas.

Sęk w tym, że życie ma określony termin przydatności do spożycia i to jest w tym najgorsze. A może i właśnie najlepsze? Bo gdyby nie to, że wiem, że kiedyś nastąpi ten koniec, może nigdy nie zdecydowałabym się na takie lub takie wyzwania? Dotyczy to tak błahych rzeczy, jak wymiana okularów na te, o których zawsze marzyłam, ale wszyscy optycy mówili, że słabo będę w nich wyglądać, ale i spraw z bardziej poważnej półki.

„A ja nie chciałabym tak po prostu, po prostu przeminąć…”

p1270060p1270078

Ale zaraz. Przecież nie jest tak, że nic się nie dzieje. Halo, dzieje się bardzo dużo! Wprawdzie czasem życie nie wygląda kolorowo, ale zaraz później nabiera serialowych odcieni. Ironia losu.

 W końcu tak jest, że łatwiej pisać o sukcesach, tym, co się udało i dzielić się samymi pozytywnymi rzeczami. O ile trudniejsze jest dzielenie się niepewnościami i lękami.

Niedługo kończę moje wyzwanie 100 dni szczęścia i oprócz dość oczywistej prawdy, że to wcale nie musi się skończyć na tych 100 dniach, zauważyłam czarno na białym, że najwięcej szczęścia przynosi mi jedzenie i interakcje z innymi. To zastanawiający wynik, bo zazwyczaj postrzegam siebie jako introwertyczkę i indywidualistkę. Nie zmienia to faktu, że najwięcej energii mam właśnie po spotkaniach. Szczególnie tych inspirujących. Ciekawe, jak czasem bardzo brakuje mi bycia samotną. Czy raczej bycia samą.

Czasem mam wrażenie, że mam stary umysł. Postarza go ciągłe zamartwianie się przyszłością. Staram się odmłodzić. Za każdym razem, gdy spotykam się z kimś, kto zmusza mnie do myślenia, odejmuję sobie parę umysłowych lat.

Pisząc o obawach, zastanawiam się, jak będzie na pierwszym semestrze studiów magisterskich. Niby studiowanie to tylko papierek, ale warto go mieć. Nie jest to zaskakującym odkryciem, ale tak naprawdę po tej magicznej obronie nic się nie zmienia. Obawiam się, jak będzie z natłokiem zajęć i pogodzeniem tego z faktycznym robieniem czegoś wartościowego i ciekawego (czytaj: pracą), ale za każdym razem, gdy podejmuję te rozważania, mówię sobie: stop, poczekaj, jak faktycznie zaczniesz semestr. Formalnie mam jeszcze dwa tygodnie ferii, czyli czasu, w którym mogę spokojnie odpoczywać, pracując.

Nieuchronnie czuję, że z każdym dniem jestem coraz bliżej tego „dorosłego życia”, które podobno zaczyna się po końcu studiów. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić obronienia się i niewyprowadzenia się z domu i podjęcia nowych wyzwań. Coś czuję, że to będzie kompromis między ogarnięciem siebie na co dzień i szukaniem poezji. Przede mną półtorej roku, czas-start. Na dobry początek patrzę przez nowe szkła. Chcę zobaczyć przejrzystość. Nie przegapić deadline’ów.hania

Na tropie weekendu idealnego

sunday

Nie mam na nic jednoznacznych recept i rozwiązań, a ponadto wciąż uczę się porządnego odpoczywania, ale wiem coraz więcej na ten temat. Ciężko jest wypaść z tego szarego schematu – zmęczenie w środku tygodnia i przerzucanie wielu spraw na weekend. Jednocześnie obijanie się w sobotę i niedzielę, tłumacząc sobie, że zrobi się wszystko w dni robocze. Gdy brakuje odpoczynku, nie da się działać.

Nie zrozumcie mnie źle, nie budzę się rozżalona w poniedziałek rano, że tak szybko minął weekend i nie przeżywam katuszy, gdy trzeba się kłaść spać w niedzielę wieczór. Natomiast każdy lubi się troszeczkę polenić. Staram się jak najbardziej celebrować weekendy i cieszyć się czasem na zregenerowanie. Gdybym chciała zaplanować odpoczynek idealny, to na pewno wzięłabym pod uwagę kilka rzeczy.

Po pierwsze:

idealny weekend to miks odpoczywania i leniuszkowania.

Tak tak, główka pracuje. Hania-matematyk (Ci, którzy znają mnie lepiej wiedzą, że ten zwrot to zbiór rozłączny) właśnie ma zamiar podzielić się z Wami tajemną wiedzą na autorski wzór na wyborny weekend.

smieszne

Bez śniadania nie działam, dlatego podstawą jest porządne, sycące śniadanie – najlepiej z dala od komputera, ciesząc się każdym kęsem. Do tego świeżo parzona kawa z kawiarki albo zielona herbata. Najlepszy początek dnia! A dodatkowo miło i pożytecznie jest upiec ciasto. Kto nie lubi ciasta?

Piszę ten wpis mając na włosach maskę z oleju arganowego, a na twarzy maseczkę z ściągającą z glinką. Jeśli dobrze mnie znacie, wiecie, że nie jestem osobą, która zajmuje się długimi pielęgnacjami, ale od czasu do czasu lubię o siebie trochę bardziej zadbać. Sobota lub niedziela to dobry moment na pomalowanie paznokci na ulubiony kolor (mój to szary, za którym obecnie szaleję, albo kolor 36 z Golden Rose, coś pomiędzy brązem a ciemną czerwienią), peeling całego ciała, wsmarowanie w siebie kremików albo balsamów ujędrniających bądź też inne relaksujące czynności. Świetnie się czuję po rozciąganiu albo pilatesie. Dobry start w nowy tydzień gwarantowany.

Fajnie tak sobie od czasu do czasu posprzątać. Część moich rzeczy jest w nieładzie, ale to przyjemne uczucie, brak kurzu i czyściutkie biurko. Brzmi to dość paradoksalnie gdy myśli się o odpoczywaniu, ale w bałaganie o wiele ciężej mi się zrelaksować. Umycie kuchni, łazienki, odkurzenie, podlanie roślin, a może poprzestawianie niektórych rzeczy. Dobrze też od czasu do czasu zrobić wirtualne porządki. Kiedy ostatnio sprawdzaliście folder „Pobrane”? 😉

Od jakiegoś czasu coraz trudniej mi się skupić na jednym zadaniu naraz. Do tego włącza się czytanie książek. Łapię się na tym, że sprawdzam telefon, nagle zaczynam pisać SMS-a, albo sprawdzać coś nieistotnego. Mam plan wrócić do regularnego czytania. Tak, jak w czasie semestru idealnym na to czasem były podroże kolejką na zajęcia i do domu, to teraz trochę mi tego brakuje. Zresztą, nic nie usypia lepiej niż czytanie, a także nic nie jest milsze do poobiedniego leżakowania niż dobra lektura.

Wielką przyjemność sprawia mi oglądanie filmów i seriali. W ciągu tygodnia ciężko jest znaleźć czas na coś bardziej absorbującego niż półgodzinny odcinek. Moja lista filmów do zobaczenia chyba nigdy się nie skończy, ale uwielbiam się tak relaksować. Słuchawki, przygaszone światło, słuchawki na uszy i nogi na stół. Relaks godny mojej prawdziwie introwertycznej strony.

Lubię planować, ale muszę uważać, żeby nie wzięło to góry nad faktycznym działaniem. Zawsze w weekend poświęcam trochę czasu na wypisanie zadań na kolejny tydzień i powklejaniu naklejek do organizera. Gdyby nie on, byłoby ze mną krucho.

Sobota i niedziela to także idealny czas na spotkania z bliskimi, spacery, gry planszowe, czy ploteczki z pizzą i winem. W końcu „prawdziwe social media są przy stołach”. W niedzieli lubię to, że wreszcie mamy czas rodzinnie zjeść razem i porozmawiać. Pobyć offline. Nie ukrywam jednak, że nadrabianie blogowej prasówki smakuje najlepiej w sobotni weekend. To zwykle wtedy znajduję najwięcej ładnych rzeczy.

Mam jeszcze jedną rzecz, którą praktykuję tylko w weekendy. Nastawiam później budzik, albo też nie nastawiam go wcale, żeby obudzić się, kiedy będę już wypoczęta. Cieszę się, gdy mam coś do zrobienia konkretnego, bo nie czuję, że marnuję czas, ale czasami dobrze jest spać do oporu – chociaż nie dam rady spać dłużej niż do 10. W tej kategorii wygrywa moja siostra, która lekką ręką może drzemać do 13.

elo.png

Niech żyją weekendy, leniwe soboty i spokojne niedziele!

Kiedy już przebrnęliście przez ten wpis pełen truizmów powiedzcie, co Wy robicie, żeby odpocząć w weekend i nabrać sił na nowy tydzień? Może jest coś, czego powinnam koniecznie spróbować? 🙂

hania

 

Autoportret – notatka #2

p1260989_ed

Jest idealna pora dnia, czyli wieczór. To właśnie wtedy czuję się najlepiej. Zawijam się w ciepłą bluzę, zalewam dwa kubki herbaty, żeby nie musieć kursować do kuchni, podłączam do prądu lampki okalające okno i chcę pisać. Minął rok od napisania blogowego autoportretu, bardzo spodobała mi się ta forma i chciałabym ją powtórzyć. Niedawno podsumowywałam zeszły rok, ale czy podsumowałam w nim to, jaka jestem?

Mam parę blizn i zmarszczek więcej, niż rok temu, mimo, że dbam o moją twarz częściej, niż wcześniej. Cały czas jednak daleko mi od kosmetykomaniactwa i długich, złożonych pielęgnacji. Tak się cieszę, że nie mam już grzywki i dziękuję za to każdego dnia, kiedy nie muszę się zastanawiać, czy grzywka jest jeszcze w porządku. Znów zapuszczam włosy, można je spokojnie zapleść w warkocz, a nawet dwa dobierane.

Odnajduję sporo sensu w pracy. Działanie nadaje mojemu życiu sens i sprawia, że chcę wstawać. Pracuję i jestem szczęśliwa. Przez to studia nabierają zupełnie innej perspektywy. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że zajmuję się tym, o czym kiedyś myślałam, jako dziecko. Wtedy mówiłam sobie, że na pewno nigdy mi się to nie uda i że nie mam szans. Dobrze, że moja klątwa nie była zbyt skuteczna.

Jako osoba, która często ma słomiany zapał, jestem zdziwiona, że bloguję już prawie dwa lata. Jak to możliwe? Dzięki temu wydarzyło się mnóstwo dobrych rzeczy. Zaskakuje mnie też każdego dnia, jak wiele połączeń w moim życiu zdarzyło się przez Internet. Czy to nowe znajomości, czy prywatna wiadomość. Lubię tę społeczność. Czeka cicho w ekranie komputera i telefonu, a gdy tylko mam ochotę, mogę wejść z nią w interakcję.

Podoba mi się dużo rzeczy, często zupełnie różnych. Sama się sobie dziwię, bo rzadko widzę coś, co mi się nie podoba. Może po prostu oglądam ładne rzeczy. Podoba mi się wzornictwo PRL-u, lubię kolory i różnorodność. Zaskakują mnie nieoczywiste połączenia kolorystyczne, a jednocześnie sama najbardziej lubię ubierać się na szaro i granatowo. Wydaje mi się, że nie mam swojego stylu, ale powoli i konsekwentnie dobieram i wybieram rzeczy z szafy, które są strzałami w dziesiątkę. Często noszę spódnice. Czuję się w nich pewniej i ładniej. Większość tych, które mam, są mini, chociaż teraz chętniej zakładam te dłuższe niż przed kolano. Wciąż szukam idealnej spódnicy.

Gdy wypiłam w kawiarni Tłok świeżo mieloną kawę parzoną w chemeksie, już nic nie będzie takie samo. Nie spodziewałam się, że polubię sypaną kawę, która kiedyś kojarzyła mi się tylko z wakacjami z dziadkami na działce, babcią w dużych słonecznych okularach i musztardówką z fusami. Fusy zawsze stawały się ciastem czekoladowym albo innymi zabawowymi daniami. Zielona herbata jest zupełnie w porządku, nawet ta bez żadnych dodatków. Jest bardzo uniwersalnym prezentem, z którego zawsze się ucieszę.

p1260995_ed

Jestem pozytywnie zaskoczona, bo mój antytalent do roślin nie jest aż tak pewny, jak mi się wydawało. Wskrzesiłam anturium w pracy. Udało mi się nie ususzyć roślin i zrobić sobie „zieloną półeczkę” nad biurkiem. Przez jakiś czas w życiu odkładałam niektóre sprawy, nawet tak błahe, na „inne lepsze jutro”. Pewnego dnia postanowiłam, że to jutro może być dziś. Nie ma na co czekać. Po kilku latach od niewygodnego siedzenia przy biurku zmobilizowałam się i wraz z pomocą taty rozkręciłam dwie złączone ze sobą szafki podblatowe i z jednej zrobiłam sobie toaletkę z lakierowanym drewnianym blatem. Przeżyłam przelotny romans z minimalizmem tak, żeby dojść do tego, by trochę „wziąć z tego” dla siebie, ale nie iść w nic ślepo.

Jednocześnie uczę się cierpliwości do wszystkiego. Bawią mnie celne riposty młodszego rodzeństwa i czas spędzony na rozmowach z sześć lat młodszą siostrą.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio wywołałam zdjęcia, chyba wtedy, kiedy jeszcze robiłam je aparatem analogowym. Na Święta dostałam ramkę i pierwszy raz od długiego czasu trzymałam w rękach moje zdjęcia, które były takie namacalne, prawdziwe. Rozważam drukowanie co roku kilku zdjęć i robienie z nich albumu. Czuję, że robienie zdjęć to jedna z tych rzeczy, które sprawiają mi najwięcej przyjemności.

Kolejne odkrycie roku – kolorowanki nie są jednak takie naiwne.

Jestem bardziej zorganizowana niż kiedyś, ale wciąż chyba za dużo czasu poświęcam na planowanie, a zbyt mało na działanie. Lubię wpisywać wszystko do planera i skreślać wykonane zadania. Cieszy mnie zakreślanie na kolorowo i przyklejanie naklejek. Jednocześnie wciąż zbyt mało piszę i rysuję.

Mimo, że mam 23 lata, śpię z pomarańczową maskotką Pusheena, którą dostałam w prezencie od ekipy, z którą organizowałam projekt na uczelni, Inżynierskie Targi Pracy.

Lubię pić ze słoików i czekam, aż wyrośnie mi awokado z pestki.

Kiedyś kremy wydawały mi się rzeczą dla starych ludzi. Teraz nie wyobrażam sobie bez nich funkcjonowania, szczególnie zimą, przy wysuszonej buzi i popękanych od zimna rękach.

Coraz bardziej przemawia do mnie to, jak wartościowy jest czas spędzony poza komputerem. Przekonałam się za Austinem Kleonem, że komputer nie jest dobry do tworzenia pomysłów, nadaje się tylko do edytowania ich. Najlepiej odpoczywam z dala od ekranu i dziękują mi za to oczy. Czas wrócić do korzeni, do analogowych przyjemności. Ciekawe, czy zmieniła mi się wada wzroku. Wciąż się nie maluję, chyba że od czasu do czasu podkreślę brwi albo użyję ciemniejszej kredki do ust.

Robienie sobie zdjęć wcale nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać.

Marzę o tym, żeby już zapuścić korzenie w moim własnym miejscu. Mieć mój bałagan i porządek, jasne ściany i drewno. Książki, gruby dywan i wygodny fotel. Na razie musi mi wystarczyć mały kącik.

Patrzę z nadzieją w przyszłość, w nowe wyzwania, pomysły i rzeczy.

Taka jestem dzisiaj, 26 stycznia 2017 roku.

p1270002_ed

hania

Próba podsumowania roku – 2016

Z lekkim poślizgiem biorę się za podsumowanie minionego roku. Szczerze, nie mam pojęcia jak poradziłabym sobie z tym, gdyby nie Instagram. Szybki rzut oka do folderu i od razu ożywają wspomnienia minionych dni. Gdy myślałam o Sylwestrze, że czas podsumowań i tak dalej, jakoś nie dochodziło do mnie, jak wiele wydarzyło się w 2016 roku. Czas zebrać to w całość. Nie mam jakiś specjalnych, konkretnych postanowień, będę planować z miesiąca na miesiąc, ale wiem, że chcę jeszcze lepiej wykorzystać ten czas.

zima2016
Zima 2015/2016

Hasłem, które wzięłam na tapetę w roku 2016 było „Skup się na tym, co najważniejsze” i bardzo często je sobie przywoływałam. Rok zaczęłam z takim własnoręcznie namalowanym napisem na kalendarzu, potem już świetnie wbił mi się w pamięć. Chciałam nauczyć się ustalania priorytetów i marnować mniej czasu, myślę, że całkiem nieźle mi poszło.

Marzenie, które udało mi się spełnić w mijającym roku to zorganizowanie już po raz drugi dużego wydarzenia na Politechnice Gdańskiej. Miałam przyjemność pracować z siedmioosobowym zespołem, delegować zadania i planować harmonogram prac. Jeszcze parę lat temu popukałabym się w czoło, gdyby ktoś zapytał, czy nie podjęłabym się przygotowywania targów pracy, a tymczasem… Bycie w organizacji studenckiej stawia przed nami dużo wyzwań, a im więcej poświęcimy jej czasu, tym więcej wyniesiemy z tego nauki dla siebie. Marcowe Inżynierskie Targi Pracy na Politechnice Gdańskiej, które organizujemy jako BEST, uznaję za spory sukces osobisty i grupowy, możliwość przełamania wielu moich barier i świetną szkołę życia w zespole, który wciąż wspominam z sentymentem. No i niecodzienne jest, aby rektor uścisnął komuś dłoń 🙂

Słowa, którymi podsumowałabym ten rok (dość mało kreatywnie), to praca i przyjemności, w mieszanej proporcji, zgodnie z myślą, że czasem trzeba się oderwać od komputera i iść na spacer, albo do kawiarni.

Wewnętrznie udało mi się osiągnąć śmiałość w byciu asertywną. Ale to jest przydatna umiejętność życiowa! Dalej jest jednak dla mnie spore pole do popisu w tym temacie. Ponadto, czuję ciągle wdzięczność, w czym od jakiegoś czasu wspiera mnie Wyzwanie: 100 dni szczęścia (w trakcie). No i spokój. Mam go w sobie coraz więcej.

wiosna2016
wiosna 2016

Wydarzenie, które było największą przyjemnością to rozpoczęcie pracy w zawodzie. W lipcu chodziłam jak w skowronkach przez dobre dwa tygodnie, spotykając się z klientami, robiąc inwentaryzację pomieszczeń, wybierając materiały i kreśląc w AutoCADzie. To było zdecydowanie najbardziej wywrotowym momentem tego roku, bo wszystko nabrało zupełnie innej perspektywy. Więcej: Najpiękniejszy z wszystkich snów.

Jestem z siebie dumna, ponieważ udało mi się pogodzić pracę zawodową ze studiami i oddać pracę inżynierską w czasie. Czekam jeszcze na obronę – pod koniec stycznia – ale to już powinna być tylko formalność (co nie zmienia faktu, że ponad 130 pytań czeka na zapamiętanie). A więc się da i nie jest tak tragicznie!

W tym roku najbardziej jestem wdzięczna za przygodę z drugą edycją Open House Gdynia, w którą mogłam się zaangażować robiąc zdjęcia, projektując plakaty i mapę z wszystkimi lokalizacjami (pisałam o tym tutaj), pracę w pracowni architektury wnętrz, Inżynierskie Targi Pracy o których pisałam już wcześniej, rozliczenie się z zaległościami na studiach i oddanie inżynierki. Ponadto, za ludzi i ich czas, długie i krótsze rozmowy, spacery, kawy, herbaty, ciasta, maile, wiadomości i całą życzliwość, jaka mnie spotkała. Zapamiętuję mocno te wszystkie drobiazgi.

wiosna2_2016
późna wiosna 2016

Wyzwanie, trudność z którym musiałam sobie poradzić, to wyjście na czysto na uczelni. Przez rok byłam na urlopie dziekańskim i miałam do zaliczenia dwa przedmioty, jeden bardzo dla mnie kłopotliwy. Chodziłam na korepetycje, uczyłam się systematycznie, a gdy przyszło co do czego, prowadząca policzyła mi za mało punktów i gdybym nie poszła zobaczyć pracy, znowu bym nie zdała. Drugi przedmiot był  dobrą przyczyną do odwiedzin u przyjaciółki w Krakowie i niezłym argumentem do samodzielnego zwiedzania. Teraz, te studenckie sprawy wydają mi się dość błahe, ale wtedy czułam bardzo silną presję związaną z tym, że nie chcę znowu uwalić roku i wydłużać sobie studiowania, mając ciągle niezakończone sprawy z tyłu głowy. Na szczęście już po wszystkim i czas na kolejne studenckie wyzwania (i nie tylko).

Moją największą porażką było to, co dobrze mi szło mniej-więcej do lipca, czyli do czasu, gdy zaczęłam pracować. Doszłam do szczytu mojej formy fizycznej po 22 latach bycia couch potato i prawie wszystko zaprzepaściłam. Nie mam na to żadnych usprawiedliwień, po prostu zwyciężyło moje lenistwo i nieumiejętne planowanie tygodnia. No i przyznaję, ciężko mi wstać o 6, żeby lecieć ćwiczyć, a potem do pracy.

lato2016
lato 2016

Rzeczy, na których chciałabym się skupić w tym roku, to skuteczne planowanie i podsumowywanie każdego tygodnia i kwartału. Uciekają mi dni, pomysły i zadania, którym chcę sprostać. Wciąż brakuje mi czasu nie umiem się dobrze zorganizować na spotykanie się z najbliższymi, utrzymywanie dobrych relacji i rozwijanie moich zainteresowań.

Słowa-klucze na 2017 rok to: planowanie i organizacja. Czas porządnie wziąć się za siebie, udoskonalić system kalendarzowania i zapisywania. Czuję, że dobrym planowaniem naprawię wiele moich zeszłorocznych niedoskonałości. Ponadto, mam parę takich rzeczy z listy wstydu, jak to, że przeczytam kilka książek z biblioteki – od kiedy mam Kindle’a już nie pamiętam, kiedy ostatnio odwiedziłam ten przybytek. Może rozejrzę się za jakimś wyzwaniem książkowym? Oprócz tego chcę więcej rysować i szkicować, czy odwiedzić kilka miejsc w Trójmieście, w których jeszcze nigdy nie byłam.

jesien2016
jesień 2016

Kulturalni ulubieńcy roku,

Czyli filmy, seriale książki i muzyka, które najbardziej zapadły mi w pamięć i chciałabym z czystym sercem Wam je polecić.
  • Film „Wielkie piękno” (2013) – podróż przez Rzym, który jest polem do retrospekcji głównego bohatera. Piękna muzyka i wyrafinowane kadry, ale to zdecydowanie nie jest film dla fanów akcji.
  • Film „Lobster” (2015) – utopijny świat z niemal surrealistyczną wizją przyszłości. Surowe zdjęcia tworzą klimat wyobcowania.
  • Film „Sekrety morza” (2014) – pięknie „narysowana” bajka dla dzieci, którą oglądałam z prawdziwą przyjemnością. Może to muzyka, może to słodkie foczki, a może baśniowa historia.
  • Serial „Stranger Things” – nie miałam zbyt wielu oczekiwań, ale wszyscy się zachwycali, więc postanowiłam zobaczyć, no i… Połknęłam ten serial w dosłownie parę dni. Niesamowita muzyka i kamera świetnie uzupełniają się z dość sztampową historią.
  • Serial „Narcos” – nie wiedziałam nic na temat baronów narkotykowych w Kolumbii i ten serial pokazał mi nową perspektywę. Wciągająca historia, trochę w stylu mojego ulubionego 1 sezonu „True Detective”.
  • Serial „Młody Papież” – cóż poradzić, że uwielbiam Paolo Sorrentino. Serial jest według mnie zbiorem przemyśleń, impresji i nie można traktować go dosłownie.
  • Serial „Westworld” – poza niektórymi naiwnościami, dobry do ostatnich minut, z rewelacyjnym Anthonym Hopkinsem i ciekawym pomysłem na świat.
  • Książka Austina Kleona „Steal like an artist”. Kopalnia przemyśleń i celnych spostrzeżeń.
  • Książka MJ Demarco „Fastlane milionera”, wywracająca do góry wszystko to, co mówili nam rodzice.
  • Książka Filipa Springera „13 pięter”, przedstawiła mi sprawy, o których wcześniej nie miałam pojęcia.
  • Album „Not to disappear” Daughter. Melancholijny, poetycki, wzruszający za każdym razem. > piosenka „Doing the right thing”
  • Płyta Taco Hemingway „Marmur”, która urzekła mnie swoją narracją. > cały album
  • Płyta Mikromusic „Matka i żony”, którą wielokrotnie zapętlałam. > piosenka „Zakopolo”
  • Płyta Glass Animals, których odkryłam dopiero teraz – „ZABA”. Nie przypominam sobie, żebym słuchała wcześniej czegoś takiego. Wystarczy obejrzeć parę teledysków, aby przekonać się o ich wybujałej wyobraźni. Chłopaki wydali niedawno nową płytę. > piosenka „Toes”.
  • Płyta „Wipe out” zespołu The Neighbourhood składająca się w jedno. Polubiłam takie klimaty wraz z powrotem do Arctic Monkeys. > piosenka „The Beach”
  • Płyta Stromae z 2013 roku, „racine carrée”, wykonana rewelacyjnie na żywo w Montrealu. Chyba nigdy wcześniej nie czułam takiej energii oglądając jakiś występ na komputerze. > cały koncert (warto nie tylko słuchać, ale i oglądać!)
  • Album Nicka Cave & The Bad Seeds, „Skeleton tree” – wyraz żałoby po śmierci syna artysty. Bardzo poruszający, mroczny album. > piosenka „Magneto”.

Garść statystyk

Widać, że nie przykładałam się zbytnio do blogowania i widać to w statystykach. Jednakże, zaglądaliście tutaj częściej niż rok temu – odwiedziło mnie prawie 6 tysięcy gości. Napisałam 67 wpisów (2 razy mniej niż w 2015) i rozmawialiśmy w komentarzach 994 razy.

Wasze ulubione wpisy to:

Przyznam, że też je całkiem lubiłam. Dużą popularnością cieszyły się też wpisy o moich studenckich rozkminach.

Dziękuję, że tu zaglądacie. Miło być tą mikroczęścią Waszego Internetu. Chcę dalej rozwijać bloga, bardziej usystematyzować pisanie. Mam też parę pomysłów, ale o wszystkim dowiecie się w odpowiednim czasie. ❤

zima20167
zima 2016

To by było na tyle

Oprócz tego w moim życiu były lepsze zdjęcia, miniwycieczki i sporo snu. Odkrycie Feedly, by nadążać za wszystkimi nowościami na blogach, które regularnie czytam, czy też kolejne kroki ku uproszczeniu sobie życia. Wreszcie zapamiętałam hasło do logowania w internetowym serwisie bankowym i nie mam już grzywki. Byłam nawet po raz pierwszy na oczyszczaniu twarzy i maseczce algowej i zrobiłam pyszny likier czekoladowo-kawowy. Chcę zrobić jeszcze więcej nowych rzeczy i odświeżyć te stare. Nie mogę się doczekać leśnych spacerów, słońca, pikników i spotkań. Cała naprzód i wszystkiego dobrego dla Was!

Lubisz podsumowania? Podsumowanie roku 2015.


Uff. Oczywiście wyszedł post-gigant, jeśli czytasz te słowa, to dziękuję za poświęcony mi czas. Teraz pora na Ciebie. Jaki był Twój 2016? Co sprawiło Ci najwięcej przyjemności, nad czym chcesz się skupić w 2017? Jaka muzyka najczęściej gościła w Twoich słuchawkach? Napisz mi o tym!

hania

Będzie dobrze, wszystko pod kontrolą

p1100595_2.jpg

Ten blogowy wpis nie zmieni świata. Ten blogowy wpis jest pomachaniem w Waszą stronę z kartką z napisem „jeszcze żyję i mam się dobrze”, a raczej nie tak źle, jak mogłoby się wydawać. Dni mijają jesiennie-zimowo, chociaż oficjalnie zima jeszcze się nie zaczęła. Albo panuje przeraźliwy ziąb, albo jest ciepło jak wiosną. Ach, Polska pogoda!

Do oddania mojego projektu inżynierskiego zostały dokładnie dwa tygodnie i znajduję się w tym miejscu, w którym chciałam się teraz znaleźć. Piszę to bez skromności, bo jestem z siebie zadowolona i widzę koniec pracy. Zostało trochę poprawek, napisanie opisu technicznego wraz ze streszczeniem i abstraktem, poprawienie wizualizacji mojego dyplomowego hotelu i kilka innych drobnostek. Ciężko pracowałam na to, aby teraz czuć spokój i bez nerwów powiedzieć sobie po raz milionowy, że tak, zdążę wszystko skończyć na czas, a efekt będzie zadowalający. Z tego wynika też cisza na blogu, w myślach układam już różne scenariusze rzeczy do zrobienia po oddaniu pracy, które będzie kontynuowane przez sesję z dwoma egzaminami, Święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok i egzamin inżynierski.

Będzie dobrze.

Bo wiecie, ze spokojem jest tak, że trzeba na niego ciągle pracować. Doskonale widzę po sobie, jak oddziałuje na mnie długotrwały stres: widzę to po brzuchu, cerze i włosach. I w tym momencie mówię sobie: chwila, zaraz. Jeśli będzie tak dalej, to będzie z Tobą, Panno Hanno źle. Nie jestem zombie, które może nie spać kilka nocek z rzędu i non stop gapić się w komputer (chociaż troszeczkę mam go już dość), może po prostu nie płynie we mnie już ta młodzieńcza krew. Zatem staram się minimalizować stres, odpoczywać, oglądać trochę seriali (obecnie na tapecie Narcos, Black Mirror i Westworld), także głupawych produkcji TVN-u (tak, oglądam Top Model i Master Chefa), robić trochę zdjęć, spotykać się z ludźmi. Ostatnio, dzięki młodszemu rodzeństwu, polubiłam kolorowanki.

Punkt pierwszy – koniecznie trzeba o siebie dbać. Myć zęby, pić dużo wody, wysypiać się. Nie dawać się przygnieść negatywnym myślom. Kłamstwo powtórzone sto razy może stać się prawdą, a my możemy uwierzyć w to, że „nie dam rady tego zrobić”. Staram się myśleć pozytywnie, nagradzać się odpoczynkiem i mówić sobie, że „jeśli tylko chcę, dam radę”. Ola uświadomiła mi, że gdy najbardziej potrzebujemy odpoczynku, zajmujemy się tymi bezsensownymi czynnościami, jak przewijanie fejsa, by uniknąć pracy.

Jeszcze raz – będzie dobrze.

Skupiam się na jednym i musiałam trochę odpuścić dodatkowe zobowiązania. Bardzo ciężko było mi przyznać przed samą sobą, że ta jedna rzecz jest teraz najbardziej priorytetowa i powiedzieć, że potrzebuję więcej czasu, aby móc się na niej skupić. Jestem wdzięczna za ludzi pełnych zrozumienia i serdeczności. Już nie mogę się doczekać powrotu do tych najbardziej sprawiających mi radość spraw.

Przy okazji zastanawiam się, co chcę zrealizować zimą i oprócz zakończenia naukowych zagadnień chodzi mi po głowie przede wszystkim odwiedzenie dziadków, spotkanie się ze wszystkimi ludźmi, którzy prawdopodobnie zapomnieli już o moim istnieniu, a jeśli nie, to dziękuję im za ich wyrozumiałość.

Robię listy rzeczy, które chciałabym mieć i kupić sobie w ramach prezentu dla samej siebie, póki co jest na niej zdecydowanie zbyt wiele rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebuję, ale byłoby miło je mieć (sukienka, nowe okulary, kolczyki z agatem, flanelowa piżama i pierścionek z obłoczkiem). Myślę nad spokojnym przygotowywaniem prezentów świątecznych, zacieram ręce na zdjęciowe wyzwanie grudniowe (dołączycie?!), które znów wychodzi na przeciw mojemu zbyt rzadkiemu chwytaniu za aparat. Czeka mnie sporo myślenia o przyszłości, już niedługo. Na początek jednak zrobię listę do św. Mikołaja.

Taki jest ten koniec listopada.

Pozdrawiam Was ciepło,

hania