Życiowe dylematy studentki architektury

p1260527

Mam 23 lata i zastanawiam się, gdzie przyjdzie mi żyć. Czasem pukam się w głowę i zarzucam te rozważania, w końcu ledwo co zaczęłam stawiać pierwsze kroki na dorosłej drodze. Nie wydaje mi się, żeby moje przemyślenia były takie miałkie, w końcu…

Teraz, na semestrze inżynierskim – ostatnim – dużo mówi się o praktycznych aspektach zawodu architekta. Brakowało mi trochę humanistycznych przedmiotów, a w tym semestrze uczęszczamy na wykłady z etyki zawodu, które nakłaniają do głębszego zastanowienia się nad rolą architekta. W końcu jest to zawód zaufania publicznego. Kto ma protestować widząc brzydotę w mieście i być inicjatorem zmian, mówić o problemach miasta i mieszkań, jak nie właśnie architekci? W czasach upośledzonej edukacji estetycznej potrzeba nam dobrych wzorców.

Mój blok nie jest zakażony pastelozą, ale co z tego, gdy z okien widzę pstrokate sąsiedztwo. No i ma ogrodzenie. Nie pojmuję chowania się w grodzonych osiedlach i izolowanie się od społeczeństwa. Czego tak naprawdę się boimy? Jak można oczekiwać od osiedli, w których nie ma szkół, bibliotek, przychodni, sklepów, że będą „dobrze działać”?

Mieszkałam w mieszkaniu całe moje życie, więc startowanie w to dorosłe i poważne życie z myślami o domu wydaje mi się trochę abstrakcyjne. Mieszkanie oznacza dla mnie wygodę – winda, bliskość sklepów, różnych usług, centralne ogrzewanie, stosunkowo niewysokie opłaty. Ale i brak ogrodu, natrętnych sąsiadów z wrzaskliwym psem i zapach cebuli w łazience przedostający się z kuchni sąsiada podłączonej do tego samego pionu wentylacyjnego. Cenię sobie możliwość korzystania z komunikacji miejskiej, chociaż mogę czasem skrzywić się na myśl o czekających mnie korkach, ale i tak wygrywa dla mnie z samochodem. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego miasta nie starają się bardziej zainwestować w transport publiczny. Wcale nie dlatego, że nie mam prawa jazdy.

Wiem, że najpewniej moja mieszkaniowa przyszłość plasuje się gdzieś między wynajmowaniem mieszkania lub domu a braniem na nie kredytu. Właściwie nie ma zbyt wielu furtek pozwalających obejść ten układ, no chyba, że komuś mieszkanie sfinansują rodzice, albo jakieś inne lokum znajdzie się pośród rodziny. Brać kredyt na 30 lat – źle, wkładać pieniądze w wynajem i nic z tego nie mieć – też niedobrze.

Kupić duże mieszkanie na kredyt – a o małym, czyli salonie i jednej sypialni nie ma co myśleć, bo to mieszkanie tylko przejściowe – to zacumować w jednym miejscu na dłuższy czas. Słyszałam bajki o sprzedawaniu nieruchomości z kredytem, ale widząc, jak trudno sprzedać coś bez zadłużenia, wyrażam wątpliwości o skuteczności tego pomysłu. Świat się zmienia, skąd możemy być pewni, że po paru latach nie dostaniemy gdzieś lepszej pracy?

Dom to dla mnie coś jak mit o życiowym szczęściu – obsypane kwiatami jabłonie zwieszające się nad tarasem, lemoniada na trawie w upalny dzień, możliwość posiadania psa, grille letnią porą. Ale i ta druga strona – pełna samodzielność, także przy problemach z instalacjami, dojeżdżanie samochodem, grabienie liści, ogrzewanie dużych powierzchni. Można powiedzieć – ale przecież można wybudować sobie dom w mieście! Tylko czy to naprawdę takie fajne, mieć widok na inne domy jednorodzinne cisnące się obok siebie?

Marzy mi się jasne wnętrze, pełne światła. Roślinki na oknie, spiżarka, drewno na podłodze. Dużo miejsca na imprezy i spotkania z bliskimi. Marzy mi się też ogród.

A jednocześnie, myśląc o kształcie współczesnych polskich miast, które się rozlewają na wszystkie strony jest we mnie sprzeciw na niekończące się drogi z przycupniętymi przy nich domkami jednorodzinnymi. Nie jest to fizycznie możliwe, żeby każdy Polak miał swój kawałek trawnika. Taką zabudową nie tworzy się miejskości.

Ostatnio na spacerze widziałam nowoczesny dom na skraju lasu. Zwrócił moją uwagę, bo odniósł się z szacunkiem do zastanego terenu. Zostawiono wysokie drzewa w kotlince, parter umieszczono wyżej i wchodzi się do niego kładką od drogi. Wygląda rewelacyjnie.

Czy nie byłoby rozsądniej remontować to, co jest? Wykorzystywać to, co zastane? Zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Fakt, z roku na rok budownictwo się zmienia, pojawiają się nowe materiały, pojawiają się przepisy nakazujące oszczędzanie każdego rodzaju energii. Nowo wybudowany dom najprawdopodobniej będzie o wiele cieplejszy i bardziej oszczędny niż tej starszej daty. Wzdrygam się na myśl, ile marnuje się materiałów i ile każdego dnia wytwarza się śmieci.

Musi być w nas odpowiedzialność. To, na jaki kolor machniemy sobie elewację nie jest tylko naszą sprawą, bo krajobraz jest dobrem wspólnym i społecznym, a co więcej – przymusowym, bo jesteśmy zmuszeni do oglądania koszmarków sąsiada. Ale na wyborze kolorów odpowiedzialność się nie kończy. Jest także w decyzjach, w uszanowaniu tego, co wartościowe, w wybieraniu tego, co można naprawić, ponownie wykorzystać. Leży w nas odpowiedzialność za następne pokolenia. Musimy patrzeć dalej, niż czubek własnego nosa.

Wierzę, że moje pokolenie, pokolenie urodzone w latach 90. jest pokoleniem świadomym, które nie znając niedogodności życia w Polsce przed zmianami politycznymi, nie trzyma się kurczowo swojego płotu. Wierzę, że jest w nas otwartość, mądrość i chęć do interakcji międzyludzkich. Z roku na rok pojawia się coraz więcej powrotów do korzeni – racjonalne żywienie, samodzielne uprawianie roślin, bycie świadomym konsumentem, cała ta moda na bycie slow i eko. Staramy się ograniczyć nasze potrzeby i wymagania. Widzę rówieśników, którzy angażują się w różne akcje uświadamiające, akcje społeczne, piszą protesty. Działają w inicjatywach oddolnych, zmieniając małe kawałki przestrzeni wokół siebie. Chcą zmian. Widzę festiwale i akcje w mieście mające na celu przede wszystkim zbliżenie ludzi. Bo te kawałki betonu to tylko skorupki.

Wierzę, że w Polsce można pięknie żyć, na przekór hałaśliwej brzydocie. Potrzeba nam dobrych przykładów. W stanowczym sprzeciwie przeciw bylejakości świadomie kształtujmy przestrzeń wokół siebie.

 


Dodatkowo warto zerknąć na:

Dziękuję za Twój czas.

hania

Jesteśmy pokoleniem ekranów

P1200351

Coraz głośniej naokoło o tym, żeby prowadzić życie offline, rezygnować z social mediów, że one są złe i niedobre. Temat ten został ostatnio dodatkowo nagłośniony przez młodą, dość popularną Australijkę, która zdecydowała, że znika z Instagrama – tuż przed tym usuwając większość zdjęć i edytując podpisy, np. „tutaj wcale nie czułam się ładna, kazałam zrobić sobie mnóstwo zdjęć, żeby mój brzuch wyglądał atrakcyjnie”. Czytaj dalej „Jesteśmy pokoleniem ekranów”

Czy dbasz o siebie tak na serio?

P1190803

Obiecałam sobie wczoraj, że usiądę do pisania, ale zabrałam się za całe mnóstwo innych rzeczy i nie było to przewijanie tablicy na fejsie. Nie pisałam, bo trzeba najpierw działać, zgodnie z regułą, że na początku obowiązki, potem przyjemności. Dużo się dzieje naokoło.  Czytaj dalej „Czy dbasz o siebie tak na serio?”

Znaki dojrzałości

P1170969-001

Powiedzmy to sobie szczerze: nie chcemy dorastać. Kojarzy nam się to z nawałem obowiązków, porankami w pośpiechu i długimi dojazdami do pracy komunikacją miejską. Także płaceniem rachunków, martwieniem się o zakupy i presją społeczną na zalegalizowanie swojego związku. Po 16 to już tylko serial, książka i odświeżanie fejsbuka. Chyba, że ma się dzieci, to wtedy sprzątanie i próba odpoczynku w chaosie. Czytaj dalej „Znaki dojrzałości”