Szewc bez butów, architekt bez szafy

Najlepsze miejsce na czytanko – a tuż obok świeczka, dodatkowo za narożnikiem na półce kryją się dwa koce, więc gdy zechce mi się zdrzemnąć, to już nie trzeba wstawać.

Przy urządzaniu naszego mieszkania, miałam wygórowane założenie, żeby nic nie było z IKEA. Cóż, z IKEA jest prawie wszystko i może jednak nie jest to takie złe. Podejście do remontu mieliśmy takie, aby zrobić w miarę neutralną bazę, bo nie wiadomo, jak długo będziemy tu mieszkać, ale raczej krócej niż dłużej. Nie chciałam jednak totalnej nudy i wszystkiego w bieli i szarości. Nie byłabym sobą, gdybym nie starała się wpleść chociaż trochę koloru, dlatego ściana za łóżkiem w sypialni jest pokryta niebieskoszarą farbą, a ściana w dużym pokoju (nie nazwałabym go jednak salonem, ze względu na to, jak dużą jego powierzchnię zabierają biurka z komputerami) ma zielonoszary, ciepły odcień. Panele przypominające jasny dąb, w korytarzu i łazience płytki z wzorem przypominającym betonowe z wieloma przetarciami, maskujące z łatwością okruchy i plamy w kuchni. Korytarz, jak w każdym polskim domu wyposażony jest w szafę i pawlacz. Większość tej zabudowy kryją moje ubrania, płaszcze i buty.

Zanim się wprowadziłam, było tu dosłownie parę mebli, ale w miarę czasu mieszkanie się zapełniało i wszystko wskazuje na to, że póki co kolejnych mebli raczej nie będzie. Na duży pokój był plan minimum – biurka z komodą z szufladami na wszystkie notesy, sprzęt elektroniczny, zwoje kabli i teczki, jeden fotel komputerowy (z czasem dołączył do niego drugi, ciemnoszary kompan), jakaś kanapa, najlepiej rozkładany narożnik, żeby dało się kogoś w razie czego przenocować, może do tego fotel, gdyby miało być więcej gości, za kanapą regał na książki i gry planszowe. Do tego stolik kawowy, który został wybrany ze względu na dużą powierzchnię blatu, co umożliwia rozłożenie planszówki. Niestety nie każda się na nim mieści… W sypialni materac z czasem zamienił się w łóżko z pojemnikiem, a jedna szafka nocna zamieniła się w dwie. Przez długi czas zamiast szafy grzecznie pod ścianą stały dwa wieszaki, teraz wszystko wskazuje na to, że wreszcie doczekam się szafy, nad którą męska część rodziny dzielnie pracuje. Została mi obiecana nawet toaletka, czy raczej szufladka, do której powędrują wszystkie kosmetyki do makijażu. Nie mogę się doczekać, jak powieszę nad nią symetrycznie drewniane, zdobione lustro po dziadkach. Bardzo lubię połączenie starego z nowym, wytłumione kolory stają się dobrą bazą do odważniejszych dodatków i detali. Szary pięknie komponuje się z kolorem drewna, a najpiękniej ze wszystkim to komponuje się intensywna zieleń roślin, ale to powie każdy miłośnik domowego ogródka.

Z dodatków, to właściwie są to tylko dwa plakaty. Jeden zawisł w zeszły weekend nad łóżkiem i nie mogę się na niego napatrzeć. Jest to grafika mojej koleżanki, która przedstawia Jednostkę Marsylską Le Corbusiera w optymistycznych kolorach. Mam do tego plakatu duży sentyment. Drugim plakatem jest grafika z Bojackiem Horsemanem, wisząca nad komputerem. Nad moją częścią biurka przykleiłam taśmą klejącą różności – zdjęcia, pocztówkę od siostry i trzy malowane obrazki, które kupiłam na wycieczce do Paryża w gimnazjum od malarki na Montmartre z myślą, że powieszę je sobie w pierwszym mieszkaniu, w którym zamieszkam po wyprowadzce od rodziców. Moim oczkiem w głowie jest stojak na rośliny, czarna, metalowa konstrukcja o trzech piętrach, która z powodzeniem mieści sporą liczbę zielonych przyjaciół.

Jedną z ciekawszych książek, którą przeczytałam na temat wnętrz były wywiady z ludźmi z branży na temat polskich domów, otworzyła mi ona oczy i pozwoliła spojrzeć na temat z innej perspektywy. Mimo siedzenia w temacie z racji wykonywanego zawodu, uświadomiłam sobie, że najciekawsza jest właśnie ta niezaprojektowana część domu lub mieszkania, pokazująca, jak zmieniają się właściciele, ich poglądy i potrzeby. Nagle ważne staje się, aby było dużo miejsca do rozłożenia maty do ćwiczeń, albo chowanie butów. Lubię ładne rzeczy i miłe dla oka wnętrza, ale nie przeszkadzają mi niedoróbki, nieidealne rzeczy. Porysowany blat, dziura w listwie przypodłogowej. Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, że na MTV leciał program „Room Raiders”, w którym na podstawie wyglądu pokoju wybierało się osobę, z którą chciałoby się pójść na randkę. Często łapię się na rozmyślaniach, co osoba postronna pomyślałaby o moim miejscu do życia. Może, że lubię rośliny, porządek i herbatę. Może, że nie przeszkadza mi, że nie ma specjalnego wieszaka na papier toaletowy.

Zauważyłam, że utrzymanie ogólnego porządku ma bardzo duże znaczenie dla mojego spokoju ducha. Chociaż mam w sobie pierwiastek nieuporządkowania, to jednak uczę się coraz bardziej upraszczać. Przypomina mi się, jak byłam wkręcona w cały temat minimalizmu, pisałam też parę postów na blogu o nim. Kiedy ostatecznie przyszło mi, że mam stuprocentowy wpływ na mój stan posiadania i ogólne ogarnięcie w mieszkaniu, a także jestem w stanie kontrolować na bieżąco, ile mam zbędnych i niezbędnych przedmiotów, jestem jeszcze bardziej siebie świadoma. Okej, ubrania na wiosenno-letnią zmianę wciąż zajmują prawie 1/3 miejsca pod łóżkiem i w szafie jest zdecydowanie zbyt wiele moich płaszczy, ale od dłuższego czasu dość mocno zmniejszyłam częstotliwość zakupów – nie tylko ciuchów, ale ogólnie. Przed moją wprowadzką zastanawialiśmy się, czy trzeba będzie dokupić jakieś konkretne meble, ale chcieliśmy też dać sobie czas, żeby przekonać się, co faktycznie będzie nam potrzebne – nie chcieliśmy kupować „na zapas”.

Dostałam w posagu trochę naczyń z Włocławka, z charakterystycznymi malowanymi wzorami. Kojarzą mi się ze świętami, rodzinnym czasem. W dużej misce zazwyczaj była podawana sałatka warzywna. Teraz używam tych talerzy na co dzień, nie czekam na specjalne okazje. Za każdym razem, gdy wyjmuję je z szafki, myślę sobie, że dziś też jest święto, i warto celebrować ten dzień ładnym naczyniem. Podobnie jak para kubków z wzorami z Bolesławca, którymi zostaliśmy obdarowani na ślubie. Gdy piję z niego herbatę, staje się to prawdziwym rytuałem. I jakby te zwroty nie brzmiały sztucznie, czy górnolotnie, cieszy mnie taka codzienność. Mamy też trzy poduszki dekoracyjne, świąteczny prezent od rodziców. Szara, bordo i w roślinne wzory. Wystarczy. Myślę sobie, że może to i dobrze, że nie wybrałam odważnych wzorów i kolorów do mieszkania. Podoba mi się tak dużo rzeczy, że zdecydowanie się na coś bardziej wyrazistego pewnie wymusiłoby kolejny remont po jakimś czasie. Baza się nie nudzi. Mąż pytany po roku mieszkania samemu, czy coś zmieniłby w mieszkaniu, mówi że nie. Zdałam ten test pomyślnie.

Najtrudniej jest projektować pod siebie. Im mniej rzeczy, tym więcej czasu na wszystko, co nie jest sprzątaniem. Chowam więc do szuflady, nie trzymam wielu opakowań pod prysznicem, już wolę wyjąć je z szafki za każdym razem, gdy jest pora mycia włosów. Mam za to wizualny komfort, że nie oglądam całej wystawki drogerii podczas wizyty w łazience. Prawda jest taka, że nie byłam chętna do chowania, ale za namową mojego współlokatora się przekonałam. Wystarczy mi różowa podstawka pod mydełko w kształcie skorupy muszli, żeby nie było ponuro. Czasem czuję, że to nie my posiadamy różne rzeczy, ale one nas, i nasz czas. Chciałabym więcej nas i życia w naszych przestrzeniach, a mniej kurzołapów. Zanim się wprowadziłam, miałam wrażenie, że mieszkanie jest puste i smutne. I pewnie było, bo jednak sporo tu moich rzeczy, ale i mojej osobowości, po prostu brakowało w nim mnie. Taka właśnie jest sztuka kompromisów.

Świeżo parzona kawa i owocowa herbata – od razu do dużego dzbanka, wiadomo, bo dla dwojga.

Lepiej się mieszka, gdy jest ładnie, od razu prędzej się odpoczywa, a każdy powrót do domu to poczucie, że po nawet najgorszym dniu dotarliśmy do oazy. Cieszy mnie oświetlenie LED nad blatem, fornirowany blat, który trzeba często wycierać i olejować, gorący prysznic, gdy jedynym oświetleniem w łazience jest światło przy lustrze. W weekendy prawdziwym luksusem jest światło słoneczne na policzku i wygrzewanie się w pieleszach, świeżo mielona kawa z młynka po pradziadkach i rytuał podlewania roślin. Nie od dziś wiadomo, że szewc bez butów chodzi – chociażby mówiąc o tej nieszczęsnej szafie, ale gdybym miała jeszcze raz remontować mieszkanie, to pewnie postawiłabym tak samo na sprawdzone rozwiązania. Z dużą przyjemnością śledzę remontowe poczynania znajomych i zachwycam się ich pomysłami, łączeniem kolorów, faktur i wzorów. Z zaciekawieniem śledzę, jak starają się udomawiać miejsca, w których mieszkają, niektórzy kojarzą mi się z konkretnymi kolorami lub wzorami. Podpatruję ich rozwiązania i utwierdzam się w przekonaniu, że jednak dobrze, że nie każdy potrzebuje projektu, żeby mieszkać wygodnie i pięknie.

PS I ostatecznie moja chata jest mało ustylizowana do zdjęć, bo ciężko mi było zrobić chociaż jedno do dodania do wpisu 😉