Szewc bez butów, architekt bez szafy

Najlepsze miejsce na czytanko – a tuż obok świeczka, dodatkowo za narożnikiem na półce kryją się dwa koce, więc gdy zechce mi się zdrzemnąć, to już nie trzeba wstawać.

Przy urządzaniu naszego mieszkania, miałam wygórowane założenie, żeby nic nie było z IKEA. Cóż, z IKEA jest prawie wszystko i może jednak nie jest to takie złe. Podejście do remontu mieliśmy takie, aby zrobić w miarę neutralną bazę, bo nie wiadomo, jak długo będziemy tu mieszkać, ale raczej krócej niż dłużej. Nie chciałam jednak totalnej nudy i wszystkiego w bieli i szarości. Nie byłabym sobą, gdybym nie starała się wpleść chociaż trochę koloru, dlatego ściana za łóżkiem w sypialni jest pokryta niebieskoszarą farbą, a ściana w dużym pokoju (nie nazwałabym go jednak salonem, ze względu na to, jak dużą jego powierzchnię zabierają biurka z komputerami) ma zielonoszary, ciepły odcień. Panele przypominające jasny dąb, w korytarzu i łazience płytki z wzorem przypominającym betonowe z wieloma przetarciami, maskujące z łatwością okruchy i plamy w kuchni. Korytarz, jak w każdym polskim domu wyposażony jest w szafę i pawlacz. Większość tej zabudowy kryją moje ubrania, płaszcze i buty.

Zanim się wprowadziłam, było tu dosłownie parę mebli, ale w miarę czasu mieszkanie się zapełniało i wszystko wskazuje na to, że póki co kolejnych mebli raczej nie będzie. Na duży pokój był plan minimum – biurka z komodą z szufladami na wszystkie notesy, sprzęt elektroniczny, zwoje kabli i teczki, jeden fotel komputerowy (z czasem dołączył do niego drugi, ciemnoszary kompan), jakaś kanapa, najlepiej rozkładany narożnik, żeby dało się kogoś w razie czego przenocować, może do tego fotel, gdyby miało być więcej gości, za kanapą regał na książki i gry planszowe. Do tego stolik kawowy, który został wybrany ze względu na dużą powierzchnię blatu, co umożliwia rozłożenie planszówki. Niestety nie każda się na nim mieści… W sypialni materac z czasem zamienił się w łóżko z pojemnikiem, a jedna szafka nocna zamieniła się w dwie. Przez długi czas zamiast szafy grzecznie pod ścianą stały dwa wieszaki, teraz wszystko wskazuje na to, że wreszcie doczekam się szafy, nad którą męska część rodziny dzielnie pracuje. Została mi obiecana nawet toaletka, czy raczej szufladka, do której powędrują wszystkie kosmetyki do makijażu. Nie mogę się doczekać, jak powieszę nad nią symetrycznie drewniane, zdobione lustro po dziadkach. Bardzo lubię połączenie starego z nowym, wytłumione kolory stają się dobrą bazą do odważniejszych dodatków i detali. Szary pięknie komponuje się z kolorem drewna, a najpiękniej ze wszystkim to komponuje się intensywna zieleń roślin, ale to powie każdy miłośnik domowego ogródka.

Z dodatków, to właściwie są to tylko dwa plakaty. Jeden zawisł w zeszły weekend nad łóżkiem i nie mogę się na niego napatrzeć. Jest to grafika mojej koleżanki, która przedstawia Jednostkę Marsylską Le Corbusiera w optymistycznych kolorach. Mam do tego plakatu duży sentyment. Drugim plakatem jest grafika z Bojackiem Horsemanem, wisząca nad komputerem. Nad moją częścią biurka przykleiłam taśmą klejącą różności – zdjęcia, pocztówkę od siostry i trzy malowane obrazki, które kupiłam na wycieczce do Paryża w gimnazjum od malarki na Montmartre z myślą, że powieszę je sobie w pierwszym mieszkaniu, w którym zamieszkam po wyprowadzce od rodziców. Moim oczkiem w głowie jest stojak na rośliny, czarna, metalowa konstrukcja o trzech piętrach, która z powodzeniem mieści sporą liczbę zielonych przyjaciół.

Jedną z ciekawszych książek, którą przeczytałam na temat wnętrz były wywiady z ludźmi z branży na temat polskich domów, otworzyła mi ona oczy i pozwoliła spojrzeć na temat z innej perspektywy. Mimo siedzenia w temacie z racji wykonywanego zawodu, uświadomiłam sobie, że najciekawsza jest właśnie ta niezaprojektowana część domu lub mieszkania, pokazująca, jak zmieniają się właściciele, ich poglądy i potrzeby. Nagle ważne staje się, aby było dużo miejsca do rozłożenia maty do ćwiczeń, albo chowanie butów. Lubię ładne rzeczy i miłe dla oka wnętrza, ale nie przeszkadzają mi niedoróbki, nieidealne rzeczy. Porysowany blat, dziura w listwie przypodłogowej. Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, że na MTV leciał program „Room Raiders”, w którym na podstawie wyglądu pokoju wybierało się osobę, z którą chciałoby się pójść na randkę. Często łapię się na rozmyślaniach, co osoba postronna pomyślałaby o moim miejscu do życia. Może, że lubię rośliny, porządek i herbatę. Może, że nie przeszkadza mi, że nie ma specjalnego wieszaka na papier toaletowy.

Zauważyłam, że utrzymanie ogólnego porządku ma bardzo duże znaczenie dla mojego spokoju ducha. Chociaż mam w sobie pierwiastek nieuporządkowania, to jednak uczę się coraz bardziej upraszczać. Przypomina mi się, jak byłam wkręcona w cały temat minimalizmu, pisałam też parę postów na blogu o nim. Kiedy ostatecznie przyszło mi, że mam stuprocentowy wpływ na mój stan posiadania i ogólne ogarnięcie w mieszkaniu, a także jestem w stanie kontrolować na bieżąco, ile mam zbędnych i niezbędnych przedmiotów, jestem jeszcze bardziej siebie świadoma. Okej, ubrania na wiosenno-letnią zmianę wciąż zajmują prawie 1/3 miejsca pod łóżkiem i w szafie jest zdecydowanie zbyt wiele moich płaszczy, ale od dłuższego czasu dość mocno zmniejszyłam częstotliwość zakupów – nie tylko ciuchów, ale ogólnie. Przed moją wprowadzką zastanawialiśmy się, czy trzeba będzie dokupić jakieś konkretne meble, ale chcieliśmy też dać sobie czas, żeby przekonać się, co faktycznie będzie nam potrzebne – nie chcieliśmy kupować „na zapas”.

Dostałam w posagu trochę naczyń z Włocławka, z charakterystycznymi malowanymi wzorami. Kojarzą mi się ze świętami, rodzinnym czasem. W dużej misce zazwyczaj była podawana sałatka warzywna. Teraz używam tych talerzy na co dzień, nie czekam na specjalne okazje. Za każdym razem, gdy wyjmuję je z szafki, myślę sobie, że dziś też jest święto, i warto celebrować ten dzień ładnym naczyniem. Podobnie jak para kubków z wzorami z Bolesławca, którymi zostaliśmy obdarowani na ślubie. Gdy piję z niego herbatę, staje się to prawdziwym rytuałem. I jakby te zwroty nie brzmiały sztucznie, czy górnolotnie, cieszy mnie taka codzienność. Mamy też trzy poduszki dekoracyjne, świąteczny prezent od rodziców. Szara, bordo i w roślinne wzory. Wystarczy. Myślę sobie, że może to i dobrze, że nie wybrałam odważnych wzorów i kolorów do mieszkania. Podoba mi się tak dużo rzeczy, że zdecydowanie się na coś bardziej wyrazistego pewnie wymusiłoby kolejny remont po jakimś czasie. Baza się nie nudzi. Mąż pytany po roku mieszkania samemu, czy coś zmieniłby w mieszkaniu, mówi że nie. Zdałam ten test pomyślnie.

Najtrudniej jest projektować pod siebie. Im mniej rzeczy, tym więcej czasu na wszystko, co nie jest sprzątaniem. Chowam więc do szuflady, nie trzymam wielu opakowań pod prysznicem, już wolę wyjąć je z szafki za każdym razem, gdy jest pora mycia włosów. Mam za to wizualny komfort, że nie oglądam całej wystawki drogerii podczas wizyty w łazience. Prawda jest taka, że nie byłam chętna do chowania, ale za namową mojego współlokatora się przekonałam. Wystarczy mi różowa podstawka pod mydełko w kształcie skorupy muszli, żeby nie było ponuro. Czasem czuję, że to nie my posiadamy różne rzeczy, ale one nas, i nasz czas. Chciałabym więcej nas i życia w naszych przestrzeniach, a mniej kurzołapów. Zanim się wprowadziłam, miałam wrażenie, że mieszkanie jest puste i smutne. I pewnie było, bo jednak sporo tu moich rzeczy, ale i mojej osobowości, po prostu brakowało w nim mnie. Taka właśnie jest sztuka kompromisów.

Świeżo parzona kawa i owocowa herbata – od razu do dużego dzbanka, wiadomo, bo dla dwojga.

Lepiej się mieszka, gdy jest ładnie, od razu prędzej się odpoczywa, a każdy powrót do domu to poczucie, że po nawet najgorszym dniu dotarliśmy do oazy. Cieszy mnie oświetlenie LED nad blatem, fornirowany blat, który trzeba często wycierać i olejować, gorący prysznic, gdy jedynym oświetleniem w łazience jest światło przy lustrze. W weekendy prawdziwym luksusem jest światło słoneczne na policzku i wygrzewanie się w pieleszach, świeżo mielona kawa z młynka po pradziadkach i rytuał podlewania roślin. Nie od dziś wiadomo, że szewc bez butów chodzi – chociażby mówiąc o tej nieszczęsnej szafie, ale gdybym miała jeszcze raz remontować mieszkanie, to pewnie postawiłabym tak samo na sprawdzone rozwiązania. Z dużą przyjemnością śledzę remontowe poczynania znajomych i zachwycam się ich pomysłami, łączeniem kolorów, faktur i wzorów. Z zaciekawieniem śledzę, jak starają się udomawiać miejsca, w których mieszkają, niektórzy kojarzą mi się z konkretnymi kolorami lub wzorami. Podpatruję ich rozwiązania i utwierdzam się w przekonaniu, że jednak dobrze, że nie każdy potrzebuje projektu, żeby mieszkać wygodnie i pięknie.

PS I ostatecznie moja chata jest mało ustylizowana do zdjęć, bo ciężko mi było zrobić chociaż jedno do dodania do wpisu 😉

Z nowej perspektywy

Jak zacząć wpis, gdy nie pisało się bloga ponad rok? Siedzę przed komputerem z wielkimi wypiekami na twarzy. Czy ktokolwiek jeszcze pamięta moje wpisy, czy ktokolwiek będzie chciał czytać moje wypociny?

Szczerze mówiąc, nie planowałam przedłużać subskrypcji domeny, ale nie zauważyłam, że nie odłączyłam karty debetowej od płatności. Krótko mówiąc, nie byłam zadowolona z tego, że wbrew moim planom domena się przedłużyła, bo myśl o blogu spychałam zawsze na dalszy tor i miałam niecny plan rzucić ten temat w pierony. Muszę przyznać, że brakuje mi pisania i chciałabym nie utracić tej umiejętności. Czasem zastanawiam się, czy umiem jeszcze pisać ręcznie, bo większość życia spędzam klikając w komputerze. Najgorszą rzeczą jest ten przymus, że musisz coś odhaczyć, ale nie masz na to ochoty ani pomysłu. Od początku nie miałam sprecyzowanego planu na bloga, założyłam, że jeśli oprę się o pisanie o sobie i swoich przemyśleniach, nigdy nie zabraknie mi tematów. Pytanie, czy taki pomysł może się z czasem wypalić – myślałam, że tak, ale może jeszcze jest dla mnie szansa. Przekonajmy się więc, czy umiem jeszcze pisać bloga.

Żeby streścić, jak dużo zdarzyło się przez rok, kiedy nie było nowych wpisów, nie muszę nawet daleko cofać się na Instagramie, bo publikuję zdjęcia o wiele rzadziej. To śmieszne i trochę smutne, że to taka duża pomoc przy określaniu, jakie tematy warto byłoby poruszyć. Zasadniczo, przez ostatni rok udało mi się załatwić parę spraw, jak i nauczyć kilku nowych umiejętności, z czego szczególnie cieszy mnie polepszanie relacji z powiększającą się powoli rodzinką zielonych doniczkowych przyjaciół, no ale nic nie pobije największego wydarzenia 2019 roku w moim życiu, czyli ślubu. Teraz, niemal cztery miesiące od tego dnia mogę spojrzeć na ten dzień z nieco dalszej perspektywy, chociaż nie będę udawać, że te emocje się już zakurzyły.

Gdzieś pomiędzy spacerami, sojowymi świeczkami, nowymi roślinkami, gorącymi herbatami i spotkaniami z koleżankami, jak i poczuciu stagnacji życiowej wynikającej z dużej powtarzalności kolejnych dni, zaskoczył mnie nagle koniec maja, a w nim mój ówczesny chłopak, klękający na leśnej ściółce nagle podczas zupełnie zwyczajnego spaceru. Wiele razy wyobrażałam sobie ten moment, mając w głowie opowieści koleżanek czy sceny filmów i seriali, ale nie spodziewałam się, że podczas gdy ja będę zaaferowana opowieścią o wizytach u psycholog, to on będzie się zastanawiał, kiedy będzie odpowiedni moment spaceru, żeby poprosić mnie o rękę. Muszę przyznać, że wydarzyło się to w najlepszy dla nas sposób, i może moja wyobraźnia lekko podkolorowała ten moment, bo zapamiętałam go jako chwilę, w której słońce w wyjątkowo malowniczy sposób przebijało się przez korony drzew i powoli zaczynał się zachód słońca, to była to chwila naprawdę magiczna, i po niej cóż, wszystko nabrało rumieńców i odpowiedniego rozpędu.

Miesiące od zaręczyn do ślubu minęły ekspresowo, a ja starałam się wyprostować jak najwięcej spraw przed tym momentem. Wykorzystując wiatr, który zawiał w żagle mojego serca tuż po pojawieniu się błyszczącej biżuterii na moim palcu, testowaliśmy się jako świeżo upieczeni narzeczeni w nowych okolicznościach (na przykład na kajakach – nikt nie zginął lub obiadach u teściów), a że ja do serca wzięłam sobie słowa mojej Marysi, która zawsze była ambasadorką miłości raz na całe życie, to chciałam jak najlepiej się przygotować na moje nowe wspaniałe życie. Czułam pod skórą, że nie zmieni się nic, a jednocześnie zmieni się wszystko, co brzmi dość naiwnie. Nie zmieni się nic, bo znamy się już jak łyse konie, przecierając pierwsze szlaki znajomości na obozach harcerskich i znaliśmy się już prawie dziesięć lat, a zmieni się wszystko, bo jednak układ żona-mąż stawia przed ludźmi nowe wyzwania, ale i przywileje. Dla mnie sporą zmianą była także przeprowadzka, którą ostatecznie zaplanowałam, po staroświecku, na po ślubie. Miesiące, które ją poprzedzały, były pełne przeglądania wszystkich rzeczy – ubrań, książek, kosmetyków, dokumentów… Czego tam nie było? Wygrzebałam wraz z pomocą mamy wszystkie kartony, ze składziku, z piwnicy, ze wszystkich zakamarków mieszkania, chcąc ogarnąć umysłem, ile rzeczy można zgromadzić przez całe swoje 26-letnie życie, a ile z tego przybytku przyda mi się na dalszą część tego życia. Dawkowałam sobie tą przeprowadzkę, oj dawkowałam. Jednego weekendu przewiozłam do mieszkania narzeczonego zamiokulkasa, innego kolejną partię roślin. Książki – także w częściach, jak i ubrania, na pierwszy ogień poszły ciuchy zimowe. Przeprowadzka była sporym wysiłkiem, głównie emocjonalnym, w każdym razie przekonałam się, że mogłam wmawiać sobie, że jestem minimalistką, ale piętrząca się sterta worków i kartonów wyraźnie temu zaprzeczyła.

Cieszę się, że mogłam wreszcie zmierzyć się z tym przedmiotami, którymi obrosłam przez ten czas. Walczę z nimi nadal, bo widzę, jak teraz, już na swoim, jest łatwiej kupować. A to może by się przydał czajnik filtrujący wodę (okej, i faktycznie się przydaje, bo przestały się pojawiać w naszej szafce butelki z wodą), a tu w sumie brakuje blach do pieczenia ciasta, a przecież tyle piekę, że należy się w nie zaopatrzyć. Pierwsze wspólne tygodnie były zmaganiem się z moimi zapędami, by wszystko zastawić (i nie, kartony rzeczywiście nie są już potrzebne), jak i uczeniem się wszystkiego od nowa. Są to niby oczywiste rzeczy, ale dla mnie była to zupełnie nowa sytuacja, która na początku napawała mnie frustracją, bo każdy ma zupełnie inne schematy i przyzwyczajenia, ale daliśmy sobie czas, aby wspólnie uczyć się by ustalić nowe, wspólne wzorce. W ogóle, wprowadzanie się do nowego miejsca, gdzie ktoś już mieszka od dłuższego czasu wiąże się z poczuciem obcości – na szczęście mąż szybko zachęcił mnie do oswajania tej przestrzeni, przestawiania rzeczy i układania moich, więc szybko poczułam się, że jest i tu miejsce dla mnie, na równych zasadach. Zdziwiłam się na przykład, o ile lepiej się poczułam, układając moje książki na półkach – i chociaż nasłuchałam się, że pewnie część ich jest mi niepotrzebna, bo ich nie czytam (na przykład cała seria Harry’ego Pottera), zmusiłam się do kolejnej rundy przeglądania moich zbiorów i zostawiłam tylko te pozycje, które zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Poza tym, nie ma aż tak dużo tych książek. Oczywiście, połowa szafki lustrzanej nad umywalką, która z początku mi przypadła, okazała się zbyt małą połową i po wielu pytaniach „Ty serio tego wszystkiego używasz?”, na które odpowiedź zawsze brzmiała „tak”, przyznaję, że serio sporo tych kosmetyków. Moje umiejętności chomikowania potwierdziło drugie tyle zapasów kosmetyków w szafce nad toaletą, więc teraz zrobiłam sobie zakaz kupowania kolejnych specyfików i staram się nie reagować na promocje. Mój mąż zdecydowanie jest minimalistą, ja chyba jednak nie aż tak, chociaż wkręciłam się w sprzątanie i zachowanie ogólnego zen w domu. Przyznam, że naprawdę dbam o porządek, porównując moje panieńskie lata, a i tak pod koniec tygodnia wydaje mi się, że w domu jest niezwykle brudno (okej, lata parę kurzy tu i tam i pewnie parę rzeczy należałoby odłożyć na miejsce), a kiedyś to „brudno” byłoby dla mnie porządkiem. W każdym razie, sprzątanie może sprawiać przyjemność, i to, że jeśli sobie posprzątasz, to nikt ci tego już nie popsuje. Po doświadczeniach z młodszym rodzeństwem to pocieszająca myśl.

No dobra, ale ślub! Zdecydowaliśmy, że nie chcemy długo czekać na ten dzień, przejrzeliśmy nasze kalendarze i wyszło na to, że jesienią mogłoby być spoko, i realnie mogłoby się to udać, biorąc pod uwagę, ile trzeba ogarnąć. Nie wyobrażałam sobie czekać dwa lata na salę, i chociaż zastanawialiśmy się, czy w ogóle robić wesele, czy może tylko obiad dla rodziny i potem osobną imprezę dla znajomych, ostatecznie zrobiliśmy klasyczną wersję, chociaż w nie do końca standardową. Od początku założyliśmy, że nie chcemy wydać na ten event fortuny i pod tym kątem podejmowaliśmy wszystkie decyzje. Muszę przyznać, że nie chciałam też kupować rzeczy na raz, więc w miarę możliwości chciałam, żeby nic nie było jednorazowe. I tak – sukienkę udało mi się znaleźć na wyprzedaży, a nie była poliestrową koronką, a miękką wiskozową pięknością, w której czułam się w stu procentach sobą, ale w lepszej wersji. Buty niskie, które potem można nosić na inne okazje. Bez soczewek kontaktowych, podwiązek, specjalnej ślubnej bielizny, kalafiora na głowie. Dzień był wyjątkowo ciepły jak na koniec października, pięknie świeciło słońce, a ja byłam mocno wzruszona i podekscytowana jednocześnie. Po kościelnych wzruszeniach bawiliśmy się świetnie na grillu w brazylijskiej chacie, bez DJ-a i tańców, a po prostu ciesząc się obecnością rodziny, przyjaciół i smacznym jedzeniem. Impreza trwała do 22, a i tak byłam strasznie zmęczona, co dopiero, gdybyśmy weselili się do rana. W każdym razie, bawiliśmy się super – najlepsza impreza naszego życia, a wszystko według naszego pomysłu, bez udawania i spiny – polecam! A żeby było lepiej, to playlista, która przygrywała nam podczas spotkania jest teraz częścią mojej kolekcji na Spotify i można szybko przypomnieć sobie ten dzień, słuchając poszczególnych kawałków.

Miałam przyjemność przed ślubem wziąć udział w super panieńskim, na który moja świadkowa zaprosiła masę moich dobrych koleżanek – bardzo mnie wzruszyło, widząc je wszystkie naraz tego dnia. Było pyszne jedzenie, robienie sojowych świeczek, trochę tańców w klubie nad morzem i mnóstwo mojej wdzięczności. Drugi panieński był wyjazdem do fabryki płytek ceramicznych pod Mediolanem, czyli właściwie wyjazdem służbowym, na którym pochłonęłam miliony kalorii i poczułam, co to dolce vita. Ostatecznie, na dzień przed miałam super śniadanie ze świadkową, spacer po parku Oliwskim i pięknie zrobione bordowe manicure hybrydowe, jak i sesję u fizjoterapeutki, psycholożki i randkę sama z sobą – naleśniki. Czułam się już tak podekscytowana i poruszona, że zdawało mi się, że unoszę się kilka centymetrów nad ziemią. A potem pojechaliśmy na tydzień na Maltę, cieszyć się ciepłem i słońcem wtedy, kiedy w Polsce robiło się już szaro i smutno. Wynajęliśmy sobie pokój za pomocą Airbnb, wypożyczyliśmy samochód na miejscu i nie liczyliśmy kalorii. Udało nam się odpocząć, ale i zobaczyć praktycznie całą wyspę, jak i jej młodszą siostrę, Gozo. Było super!

Kontynuując życiowe zmiany, na nowo chciałam zabrać się za siebie i zaczęłam korzystać z jadłospisów od dietetyczki, starając się poprawić moje wyniki badań. Polubiłam się całkiem z ćwiczeniami w domu, co i tak już uważam za spore osiągnięcie dla takiego paskudnego lenia, jak ja. Postanowiłam sobie, że skoro teraz zaczynam dużo rzeczy od nowa, to mogę też powoli zmieniać moje różne nawyki i starać się być codziennie troszkę lepszą. Pracuję też cały czas nad sobą, uczę się rozpoznawać różne emocje, które się we mnie pojawiają, a nie byłoby to możliwe, gdyby nie narzędzia, które w sobie odkryłam podczas spotkań z psycholog. Nie miałam żadnych sprecyzowanych oczekiwań, ale chciałam z nią przegadać niektóre sprawy, i rozmowy te pozwoliły mi rzucić nowe światło na moje przekonania i problemy. Mimo, że zakończyłam na razie terapię, wciąż wracam myślami do tych rozmów i staram się samą siebie rozwijać. Nie sposób też przemilczeć kolejnej zmiany, która jest już bardzo blisko… W zeszłym miesiącu złożyłam wniosek o dofinansowanie założenia działalności gospodarczej, i został on pozytywnie rozpatrzony. Póki co to, co będzie dalej napawa mnie lekkim stresem, ale i wielkim podnieceniem, jestem także pewna, że żałowałabym, gdybym nie spróbowała i po prostu chcę się przekonać, co przyniesie przyszłość. Jedno jest pewne, czyli ciągła zmiana.

Tak więc minął mi ten czas, dość intensywnie i pełen nowości, mam nadzieję, że będę tu wracać częściej, bo pisanie tego bloga jest naprawdę pomocne w układaniu myśli. I chociaż moje nowe nazwisko sugerowałoby zmianę ksywki, to jednak nie planuję rebrandingu 😉 Mam w sobie wdzięczność i spokój za ten czas. Ostatecznie to jest dla mnie teraz najważniejsze.

Instrukcja obsługi siebie

Jakiś czas temu natrafiłam na grafikę, która opisywała różne rodzaje języków miłości w stosunku do siebie. Kategoria dotyku obejmowała na przykład miękki kocyk, dni spa, czy aktywność fizyczną – rzeczy, które sprawiają, że nasze ciało czuje się dobrze. Druga kategoria obejmowała organizowanie rzeczy dla siebie takich jak terapia, porządki, spotkania. Następna łączyła się z otrzymywaniem prezentów, drobiazgów i nie tylko, ale też inwestowanie w siebie. Czwarty język miłości to wartościowy czas, czyli spędzanie czasu samemu, rozwijając własne hobby i robiąc rzeczy, które się lubi – na przykład zabieranie siebie na randki. Ostatni język miłości, który także odnosi się do samego siebie, to słowa – pisanie pamiętników, motywowanie się. Wprawdzie byłam już wcześniej zaznajomiona z tą teorią, ale nie wpadłam na to, aby zastosować ją do siebie, a przecież troska o siebie samą jest jedną z najważniejszych zadań, jakie stoi przed nami każdego dnia. Warte do przemyślenia.

Potrzebowałam trochę czasu, żeby się nauczyć, że muszę dać sobie pomóc – na prostym przykładzie fizjoterapii. Odsuwałam na bok myśl, że powinnam się udać do specjalisty i codziennie budziłam się z bólem biodra. Możliwe, że po przekroczeniu 25 roku życia powoli zaczęłam się sypać 😉 Coraz częściej śmieję się, że jestem emerytem – najchętniej spędzam czas wolny oglądając serial, pijąc herbatę i ogrzewając się wełnianym swetrem.

Ważne są dla mnie rzeczy, które sprawiają, że czuję się lepiej sama ze sobą i łapię dystans do świata. Staram się wybierać to, co jest dla mnie wartościowe lub sprawia mi przyjemność. Dążę do otaczania się tylko tym, co jest dla mnie ważne – nie tylko w kontekście przedmiotów, ale i relacji. Staram się zadawać sobie pytanie, czy dana rzecz jest mi potrzebna, a jeśli tak, to do czego. Wciąż uczę się tego, żeby nie wymagać od siebie zbyt wiele, Mam duży problem z zarządzaniem stresem – mimo, że obiektywnie w moim życiu nie dzieje się nic alarmującego, ja niepotrzebnie przeżywam sytuacje i zachowania innych ludzi.

Jest parę takich rzeczy, które porządkują mi codzienność. Budowanie dobrych nawyków, powoli, spokojnie, nie od razu całej listy punktów do spełnienia, ciągłe korzystanie z kalendarza i wpisywanie tego, co zaprząta mi głowę na listy w Trello.

Można łatwo narzucić sobie zbyt wiele celów na raz – wysypianie się i zadbanie o higienę snu, mniej czasu przy smartfonie i komputerze, więcej czytania książek, ćwiczenie, spacery, do tego zdrowe odżywianie, najlepiej jeszcze zwracanie uwagę na to, żeby produkować mniej śmieci, do tego produktywna praca, częste spotykanie się z bliskimi i jeszcze dbanie o swój wygląd. Przypominam sobie, że trzeba zaczynać pomału, i powoli zmieniać chociaż niewielkie z pozoru rzeczy, bo nie da się od razu być najbardziej zorganizowaną wersją siebie. Dlatego małe rzeczy, które się u mnie sprawdzają, to między innymi:

  • „od-obserwowanie” relacji na Instagramie ludzi, których nie znam osobiście lub tych, które mnie nie interesują (wystarczy kliknąć na kółeczko i wyłączyć powiadomienia o relacji), regularne przeglądy subskrypcji na YouTube i zablokowane tablica z postami na FB – od jakiegoś czasu mam wrażenie, że znajomi coraz mniej postują, a większość tablicy to reklamy – dlatego przerzuciłam się na różne grupy – o pielęgnacji, o zero waste, o roślinach, grupę projektu 365 dni w spódnicy, o wnętrzach…
  • monitorowanie czasu spędzonego na smartfonie przez aplikację zliczającą czas poświęcony na konkretne aplikacje – wychodzą z tego ciekawe dane, np. godzina na Instagramie dziennie – na pewno można ten czas spożytkować w lepszy sposób,
  • czytanie książek – zauważyłam, że coraz trudniej mi się skupić na czytaniu, dlatego w miarę możliwości staram się czytać chociaż pół godziny dziennie – tym sposobem od początku roku przeczytałam już parę książek, a że lista książek, którą mam do przeczytania, wciąż jest długa, skutecznie hamuje mnie to przed promocjami w księgarniach 😉
  • małe wieczorne przyjemności – świeczki, malowanie paznokci, nakładanie serum, a do tego jedna z herbat z szafki z zapasami – ostatnio najbardziej smakuje mi czarna i zielona,
  • pamięć, żeby nie być wobec siebie zbyt surową, dać sobie miejsce i czas na błędy i uczenie się,
  • jeśli coś można zrobić w mniej niż 2 minuty, staram się to robić od razu – zaległy przelew, sprzątnięcie biurka, podlanie kwiatów.

Idąc tym tropem i rozważaniami o tym, co warto robić, żebym czuła się dobrze, zorientowałam się, że są takie trzy główne kategorie, które są dla mnie ważne. Pierwsza to zdrowie, obejmująca regularne przyjmowanie leków i odpowiednich suplementów, planowanie posiłków i regularne zakupy, które pozwolą uniknąć sytuacji, że jestem głodna, a nie ma nic zdrowego do jedzenia, gotowanie, picie wody, pielęgnacja skóry (maski na włosy, kremy na delikatną skórę rąk), uczęszczanie na wodny aerobik (jedna z rzeczy, z których jestem szczególnie zadowolona!), fizjoterapia, spacery i higiena snu – czytanie książki przed snem, ograniczenie czasu przy ekranie, spanie co najmniej 7,5 godziny. Drugą kategorią zadań, która pozwala mi czuć się lepiej na co dzień są tzw. „podstawy ogaru”, czyli bazowy makijaż, który sprawia, że rano jestem bardziej gotowa do działania, zadbane paznokcie (przyznam, że bardzo lubię je malować, od razu czuję się bardziej ogarnięta), prasowanie ubrań i planowanie, co założę, sprzątanie na bieżąco, pielęgnacja roślin i pielęgnacja twarzy rano i przed snem.

Ostatnią kategorią jest rozwój i hobby i tutaj mam wciąż sporo do zrobienia, bo na przykład bardzo odpuściłam robienie zdjęć (a przecież sprawia mi to tyle radości!), ale też kawy i spotkania z bliskimi, filmy, seriale i książki, ale także blogowanie (bardzo sporadyczne, ale jednak!) i kilka obszarów moich tegorocznych zainteresowań – tzw. project panning, czyli idea zużywania kosmetyków kolorowych tych, które posiadamy, zamiast kupowania kolejnych, garderoba kapsułowa i poszukiwanie własnego stylu jak i ograniczenie kupowania ubrań (ostatnio skusiłam się na parę nowych ubrań, wprawdzie nie z sieciówki, ale polskiej marki, więc tzw. mniejsze zło, ale wszystkie muszę zwrócić, więc to chyba znak od losu) oraz ograniczenie produkcji śmieci.

Nauczyć się instrukcji obsługi siebie i odzyskać władzę nad swoim ciałem. To najważniejszy plan na najbliższy czas. I dużo spokoju, danie sobie miejsca na oddech. A Wy? Wiecie już, jaka jest Wasza instrukcja obsługi?

Dobrze być tu z powrotem

Jak napisać przyciągający na bloga wpis po ośmiu miesiącach bez publikacji? Pewnie wybrać kontrowersyjny temat, dobrze udostępniający się na fejsie i  przyciągający szeroką publikę. Tak chyba nie będzie, bo wiecie, że u mnie jest zwyczajnie i po prostu, o zwykłym życiu. Nie będę przepraszać, że nie pisałam, bo do niczego się nie zobowiązywałam, jak profesjonalny, pełnoetatowy bloger, brakowało mi jednak tych opowieści o codzienności i mniej lub bardziej konkretnych przemyśleniach, a podczas codziennych odwiedzin na moim insta zastanawiałam się, czy to już czas na usunięcie linka do bloga w opisie.

Przez te ostatnie kilka miesięcy wydarzyło się parę znamiennych rzeczy – ważniejszych i mniej. Na przykład to, o co nigdy siebie nie podejrzewałam – zaczęłam grać w gry na Steamie. No dobra, na razie gram w jedną, ale nie spodziewałam się, że to mi się tak spodoba. Druga rzecz, o której siebie nie podejrzewałam, to uczęszczanie z dużą satysfakcją na wodny aerobik z grupą pań 65+. Mój kręgosłup jest mi za to bardzo wdzięczny.

Przyzwyczaiłam się już do nowej fryzury i obsługi krótszych włosów, które już teraz całkiem sprawnie można spiąć w kitkę. Nie zdecydowałam jednak jeszcze, czy chcę je zapuszczać, czy znowu ścinać. W sierpniu dodatkowo po raz pierwszy od gimnazjum pofarbowałam włosy (w tym pierwszy raz w salonie), a jako, że kobieta, która odkryła „swojego” fryzjera, jest kobietą trochę bardziej szczęśliwą, z radością zamieniłam ciemny blond na balejaż francuski. Pewnie nie zdecydowałabym się na tę zmianę, gdyby nie ślub, na którym byłam świadkową, no a jak wiemy, na ślubie trzeba dobrze wyglądać. W wakacje byłam na dwóch i oba były piękne i wzruszające. 

Po lekturze książki „Warsztaty stylu” Marii Młyńskiej, coś tknęło w mojej szafie i pośród moich akcesoriów. Wiedziałam od zawsze, że nie jestem fanką wisiorków, które wplątują mi się we włosy jak i bransoletek, które drażnią przy każdym ruchu. Zainteresowałam się uzupełnieniem kolekcji kolczyków, bez wyrzutów sumienia pozbywając się plastikowych świecidełek lub oddając siostrze. Zdałam sobie sprawę, że złoto pasuje mi do twarzy bardziej niż srebro i że noszenie kolczyków na co dzień sprawia mi przyjemność, podobnie jak lekki makijaż, który pozwala się wybudzić mojej wewnętrznej sowie i zmotywować do pracy. Zdecydowałam się też na kupno perfum , które mi się podobają, a nie są mało udanym prezentem na święta, który trzeba zużyć, bo głupio wyrzucić. To jedne z tych detali, które mają znaczenie i pozwalają poczuć się trochę lepiej na co dzień. 

Stałam się też trochę bardziej świadoma, jeśli chodzi o mój styl, chociaż praca nad nim jest wciąż w toku. Obserwuję jednak zdjęcia, które wrzucałam na grupę projektu 365 dni #wspódnicy rok temu i widzę postęp. Dowiedziałam się, że jeśli chodzi o typ urody jestem stonowaną jesienią lub chłodnym latem (wiem, to się wyklucza, bo jeden typ jest ciepły, a drugi chłodny), ale odnajduję w sobie cechy obu kategorii (poza tym, mój fryzjer potwierdza moje teorie!).

Analizując moje ulubione ubrania i ich kolorystykę doszłam do wniosku, że tak naprawdę najlepiej czuję się właśnie w rzeczach, które są stonowane, racze ciemne i zgaszone. Na fali tych rozważań jak i zagłębienia się w proces produkcji ubrań, którego skutki uświadomiłam sobie jeszcze bardziej po obejrzeniu dokumentu The True Cost na Netflix, zdecydowałam, że od przez rok, licząc od lipca, nie będę kupować nowych-nowych ubrań – wyłączając ubrania z drugiej ręki, czyli z Vinted, second-handów lub innych zrównoważonych źródeł. Wprawdzie drżę na myśl o przetarciu się moich ulubionych czarnych dżinsów, ale trzeba sobie stawiać wyzwania. Moim celem była nie tyle co eliminacja połowy garderoby, bo bardzo lubię moje ubrania, ale zwiększenie mojej świadomości na temat materiałów, pochodzenia i jakości ubrań. Wprawdzie od tego czasu podobało mi się kilka rzeczy z sieciówek, ale szybko o nich zapomniałam. Żeby jeszcze bardziej uświadomić sobie, co posiadam, zrobiłam całą listę w Excelu ze spisem ubrań i akcesoriów, jak ich z ich stanem – czy są z drugiej ręki, czy nowe, czy wymagają naprawienia, czy nie. Dowiedziałam się dzięki temu między innymi, że większość moich ubrań nie jest z sieciówek, lecz z tzw. darów losu po koleżankach czy ciociach ale i z second-handów, oraz, że mam 27 swetrów (dużo za dużo, ale to moja ulubiona kategoria ubraniowa). Wbrew pozorom ograniczenia w zakupach wyzwoliły we mnie nowe pokłady kreatywności, a wyniesienie wszystkich ubrań z szafy i dokładne ich obejrzenie i wypisanie w liście przypomniało, jak bardzo lubię niektóre z rzeczy, które już mam. 

W międzyczasie ja, która zawsze twierdziłam, że nie mam ręki do kwiatów, zgromadziłam całkiem pokaźnych rozmiarów kolekcję zielonych przyjaciół i nikt jeszcze nie zginął. Nie spodziewałam się, ile radości da mi obserwowanie, jak rozwijają się nowe pędy czy jak pieniążek rozrasta się w nowe dzieciaczki. Kupiłam niedawno książkę o roślinach, mam w planie zgłębianie dalej tej tajemnej dziedziny. Ach, książki… Teraz, gdy już mam więcej czasu, koniec z wymówkami do czytania – stosik wciąż rośnie, a ja z uporem maniaka wybieram Netfliksa – wybór „łatwiejszej” rozrywki poskutkował zaliczeniem kilku lepszych (Safe, Le chalet) i gorszych (czy raczej mniej ambitnych – Crazy Ex-Girlfriend, The Bonus Family, Jane The Virgin) seriali, a lista do obejrzenia wcale się nie kurczy.

No i też skończyłam studia. Ale ile to było stresu, picia melisy, brania tabletek uspokajających, picia kawy i herbaty, jeżdżenia na konsultacje, załatwiania podpisów, odpuszczania na każdym kroku tego, co nie najważniejsze, to tylko ja wiem. Gdyby nie Trello i Google Calendar, pewnie wszystko to by się rozjechało. Do połowy września, kiedy zdawałam poprawkowy egzamin ustny (ponad 150 pytań z wiedzy z czterech kategorii – urbanistyka, budownictwo, architektura i historia architektury i sztuki), który oblałam w czerwcu, stresując się, że całość jest po angielsku, bo ambitnie wybrałam się na magisterkę w obcym języku, nie byłam pewna, czy uda mi się wyrobić z oddaniem projektu do końca września. Już nawet brałam pod uwagę to, że oddam pracę później, i jakoś poradzę sobie z konsekwencjami tego (zapłacenie fury pieniędzy za powtarzanie przedmiotu) nieszczęścia. Myślę, że gdzieś wewnątrz odwlekałam ten moment, bo wydawało mi się, że „po” muszą się stać jakieś wyjątkowe rzeczy, że znajdę się gdzieś pośrodku niczego i nie będę wiedziała, czym się zająć. Tymczasem czas sam się zapełnia i wreszcie mogę spokojnie umówić się ze znajomymi na kawusię czy planszówki, czy po prostu pobyć sama ze sobą, albo nie musieć pracować po pracy! Gdyby nie moja cudowna pani promotor, która umiała mnie zmotywować i pocieszyć, gdy było źle, to by się nie udało. Ciągle miałam w głowie jej słowa, że lepszy dyplom oddany i „zaliczony”, niż idee, które nie zostały przelane na papier. No i jakoś się udało, a w połowie listopada miałam obronę. Najbardziej stresowała mnie (znowu) prezentacja po angielsku i to, żeby zachować fason przy rundzie pytań. Udało się powiedzieć większość tego, co zaplanowałam i w miarę sensownie odpowiedzieć na pytania komisji. Byłam z siebie dumna, że nie spanikowałam.

Wiem, że nie doszło do mnie jeszcze do końca, że to już koniec – pewnie poczuję to dopiero, gdy odbiorę dyplom, a do tego czeka mnie jeszcze runda po Politechnice Gdańskiej w celu zebrania wszystkich podpisików. Wiem jedno, studia były na maksa męczące i wykańczające, ale dały mi dużo satysfakcji. Nie wykluczam powrotu w uczelniane mury, ale przyznam, że dobrze mieć z głowy tak ważną rzecz. Czy to znaczy, że teraz wpisy na blogu będą częściej? Oby! Moje listy „rzeczy do zrobienia”, „rzeczy do nadrobienia”, „ludzie do wypicia kawy”, „hobby do rozwinięcia” które tworzę sobie w głowie dobrze się komponują z chęcią do powrotu do pisania.

To tak w telegraficznym skrócie. Dobrze być tu z powrotem. ❤

Powoli, do przodu

DSCF2455-01.jpeg

Właściwie nie wiem, dlaczego przez tak długi czas nie było żadnych nowych wpisów. Rzuciłam się w szał angażowania wieloma sprawami, a szczególnie tymi niezwiązanymi z rozwojem mojej naukowej kariery. Poszukiwanie nowych seriali, internetowe zakupy ubraniowe i książkowe – każde bardzo uzasadnione, bo przecież nie mogę wyglądać byle jak, a i w wydawnictwie była promocja na książki o designie i architekturze, próby wczesnego kładzenia się spać i zdrowszego gotowania, a w międzyczasie próba przetrwania najcięższych nastrojowo miesiąców – lutego i marca.

Cieszę się, że wreszcie wyszło słońce i chociaż czuję się bardzo zdezorientowana pogodą, bo ledwo co na Wielkanoc padał śnieg, a teraz ludzie po ulicach chodzą w krótkich rękawach i opalają się w ogródkach, to można żyć. Staram się ogarniać wszystkie moje sprawy, a jednocześnie mam takie dni, że dosłownie wszystko wypada mi z rąk i łapię się za głowę, w jakim chaosie żyję. Rzucam się wtedy w wir porządkowania, przeglądania szafy, robienia list zakupów i postanowień o lepszym planowaniu posiłków, zadań do wykonania i życia.

Z drugiej strony, naokoło widzę dobre przykłady ogarniania życia, które podnoszą mnie na duchu i dają nadzieję, że jakoś to się wszystko ułoży, życiowo, zawodowo, naukowo i zdrowotnie. Lubię każde Święta ze względu na wizyty u dziadków i możliwość spędzenia trochę czasu z moją dużą rodziną, chociaż jestem mniej-więcej w połowie pokoleń – jako najstarsza z wnuczek nie nadaję się już do siedzenia przy dziecięcym stole, a jednocześnie jestem za młoda na rozmowy dorosłych, do których chcąc nie chcąc, powoli zaczynam się zaliczać. Ostatnia wizyta przyniosła mi wiele wzruszeń, ponieważ dziadkowie są w trakcie budowy nowego domu i za parę miesięcy będą opuszczać dom, w którym przeżyli 50 lat małżeństwa. Bardzo lubię to miejsce, kojarzy mi się z nim wiele dobrych i ciepłych wspomnień.

Wzięłam z ich biblioteki parę książek, które chciałabym zachować i uważnie rozejrzałam się po ich pracowni architektoniczno-budowlanej. Pozwoliłam sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie w miejscu, które ma dla mnie szczególne znaczenie sentymentalne. To tutaj podglądałam, jak babcia kreśliła rzuty, rozmawiała z klientami. To tutaj przeglądałam katalogi gotowych domów i rysowałam dziecięce rysunki, a później zdobywałam pierwsze doświadczenia praktyczne, najpierw pod okiem babci, później taty, który urządził sobie swoją pracownię w piwnicy. Nikt mnie do niczego nie zmuszał, ale od dziecka marzyłam, żeby zostać architektem i być jak babcia, która umiała pogodzić to z wychowaniem szóstki dzieci. Właściwie dziadkowie od zawsze mieli podejście, że wychowywanie dzieci to praca zespołowa.

W tym domu zawsze czułam się… domowo. Kojarzy mi się z miękką sierścią psa, skrzypieniem drewnianych schodów, zapachem książek, górami dokumentów i gorącą herbatą. To niesamowite, jak przywiązujemy się do miejsc, a jednocześnie jak potrafimy mocno pamiętać je wszystkimi naszymi zmysłami, ale przede wszystkim – sercem.

DSCF2452-01.jpeg

W międzyczasie zauważyłam, że gdy ma się w sobie jakąś dziurę, niepewność, to nawet kupno nowych sukienek jej nie zaklei, chociaż może poprawić humor na chwilę. Podobnie jak ścięcie włosów na cięcie w stylu lat 20./30. i oddanie części na Rak ‚n’ Roll. Nawet seminarium na uczelni, które trwało tydzień i było jedynymi zajęciami w tym semestrze, nie zmobilizowało mnie wcale do wzięcia się w garść i ciśnięcia projektu. Miałam pewną koncepcję, którą oparłam o plan zagospodarowania przestrzennego, bo w mojej lokalizacji obecnie wyburzono większość istniejącej poprzednio zabudowy, ale złapałam się na tym, że nic, co wymyśliłam, mi się nie podoba i nie wprowadza żadnej świeżości, którą, jako funkcja obiektu, muszę zapewnić – projektuję coś z pogranicza centrum kultury z galerią sztuki i funkcjami pokrewnymi. No nic, muszę dłubać w tej glinie, powoli, do przodu, i znowu często sobie powtarzać, że lepszy dyplom oddany i skończony, niż wizje, które nie mają pokrycia w rzeczywistości – nawet, jeśli ta rzeczywistość jest tylko koncepcją.

Pamiętam, że mniej-więcej rok temu dosłownie przepadłam w artykułach, filmach i podcastach o minimalizmie i jakoś tak się stało, że zaczęłam do tego wracać, już z trochę spokojniejszą głową i świadomością, że ze wszystkiego mogę wybrać coś dla siebie. Krótkie filmy Matta zawsze dają mi do myślenia, a Olga w ostatnim swoim wpisie opowiada o slow blogging – i czuję, że dołączyłam do tej wolności bez przymusu.

W miniony weekend wybrałam się na spacer dokładnie pooglądać jeszcze raz moją działkę, którą wybrałam na realizację tematu dyplomowego. Jest wciąż na miejscu, nigdzie nie uciekła.

Do napisania,

hania