Dobrze być tu z powrotem

Jak napisać przyciągający na bloga wpis po ośmiu miesiącach bez publikacji? Pewnie wybrać kontrowersyjny temat, dobrze udostępniający się na fejsie i  przyciągający szeroką publikę. Tak chyba nie będzie, bo wiecie, że u mnie jest zwyczajnie i po prostu, o zwykłym życiu. Nie będę przepraszać, że nie pisałam, bo do niczego się nie zobowiązywałam, jak profesjonalny, pełnoetatowy bloger, brakowało mi jednak tych opowieści o codzienności i mniej lub bardziej konkretnych przemyśleniach, a podczas codziennych odwiedzin na moim insta zastanawiałam się, czy to już czas na usunięcie linka do bloga w opisie.

Przez te ostatnie kilka miesięcy wydarzyło się parę znamiennych rzeczy – ważniejszych i mniej. Na przykład to, o co nigdy siebie nie podejrzewałam – zaczęłam grać w gry na Steamie. No dobra, na razie gram w jedną, ale nie spodziewałam się, że to mi się tak spodoba. Druga rzecz, o której siebie nie podejrzewałam, to uczęszczanie z dużą satysfakcją na wodny aerobik z grupą pań 65+. Mój kręgosłup jest mi za to bardzo wdzięczny.

Przyzwyczaiłam się już do nowej fryzury i obsługi krótszych włosów, które już teraz całkiem sprawnie można spiąć w kitkę. Nie zdecydowałam jednak jeszcze, czy chcę je zapuszczać, czy znowu ścinać. W sierpniu dodatkowo po raz pierwszy od gimnazjum pofarbowałam włosy (w tym pierwszy raz w salonie), a jako, że kobieta, która odkryła „swojego” fryzjera, jest kobietą trochę bardziej szczęśliwą, z radością zamieniłam ciemny blond na balejaż francuski. Pewnie nie zdecydowałabym się na tę zmianę, gdyby nie ślub, na którym byłam świadkową, no a jak wiemy, na ślubie trzeba dobrze wyglądać. W wakacje byłam na dwóch i oba były piękne i wzruszające. 

Po lekturze książki „Warsztaty stylu” Marii Młyńskiej, coś tknęło w mojej szafie i pośród moich akcesoriów. Wiedziałam od zawsze, że nie jestem fanką wisiorków, które wplątują mi się we włosy jak i bransoletek, które drażnią przy każdym ruchu. Zainteresowałam się uzupełnieniem kolekcji kolczyków, bez wyrzutów sumienia pozbywając się plastikowych świecidełek lub oddając siostrze. Zdałam sobie sprawę, że złoto pasuje mi do twarzy bardziej niż srebro i że noszenie kolczyków na co dzień sprawia mi przyjemność, podobnie jak lekki makijaż, który pozwala się wybudzić mojej wewnętrznej sowie i zmotywować do pracy. Zdecydowałam się też na kupno perfum , które mi się podobają, a nie są mało udanym prezentem na święta, który trzeba zużyć, bo głupio wyrzucić. To jedne z tych detali, które mają znaczenie i pozwalają poczuć się trochę lepiej na co dzień. 

Stałam się też trochę bardziej świadoma, jeśli chodzi o mój styl, chociaż praca nad nim jest wciąż w toku. Obserwuję jednak zdjęcia, które wrzucałam na grupę projektu 365 dni #wspódnicy rok temu i widzę postęp. Dowiedziałam się, że jeśli chodzi o typ urody jestem stonowaną jesienią lub chłodnym latem (wiem, to się wyklucza, bo jeden typ jest ciepły, a drugi chłodny), ale odnajduję w sobie cechy obu kategorii (poza tym, mój fryzjer potwierdza moje teorie!).

Analizując moje ulubione ubrania i ich kolorystykę doszłam do wniosku, że tak naprawdę najlepiej czuję się właśnie w rzeczach, które są stonowane, racze ciemne i zgaszone. Na fali tych rozważań jak i zagłębienia się w proces produkcji ubrań, którego skutki uświadomiłam sobie jeszcze bardziej po obejrzeniu dokumentu The True Cost na Netflix, zdecydowałam, że od przez rok, licząc od lipca, nie będę kupować nowych-nowych ubrań – wyłączając ubrania z drugiej ręki, czyli z Vinted, second-handów lub innych zrównoważonych źródeł. Wprawdzie drżę na myśl o przetarciu się moich ulubionych czarnych dżinsów, ale trzeba sobie stawiać wyzwania. Moim celem była nie tyle co eliminacja połowy garderoby, bo bardzo lubię moje ubrania, ale zwiększenie mojej świadomości na temat materiałów, pochodzenia i jakości ubrań. Wprawdzie od tego czasu podobało mi się kilka rzeczy z sieciówek, ale szybko o nich zapomniałam. Żeby jeszcze bardziej uświadomić sobie, co posiadam, zrobiłam całą listę w Excelu ze spisem ubrań i akcesoriów, jak ich z ich stanem – czy są z drugiej ręki, czy nowe, czy wymagają naprawienia, czy nie. Dowiedziałam się dzięki temu między innymi, że większość moich ubrań nie jest z sieciówek, lecz z tzw. darów losu po koleżankach czy ciociach ale i z second-handów, oraz, że mam 27 swetrów (dużo za dużo, ale to moja ulubiona kategoria ubraniowa). Wbrew pozorom ograniczenia w zakupach wyzwoliły we mnie nowe pokłady kreatywności, a wyniesienie wszystkich ubrań z szafy i dokładne ich obejrzenie i wypisanie w liście przypomniało, jak bardzo lubię niektóre z rzeczy, które już mam. 

W międzyczasie ja, która zawsze twierdziłam, że nie mam ręki do kwiatów, zgromadziłam całkiem pokaźnych rozmiarów kolekcję zielonych przyjaciół i nikt jeszcze nie zginął. Nie spodziewałam się, ile radości da mi obserwowanie, jak rozwijają się nowe pędy czy jak pieniążek rozrasta się w nowe dzieciaczki. Kupiłam niedawno książkę o roślinach, mam w planie zgłębianie dalej tej tajemnej dziedziny. Ach, książki… Teraz, gdy już mam więcej czasu, koniec z wymówkami do czytania – stosik wciąż rośnie, a ja z uporem maniaka wybieram Netfliksa – wybór „łatwiejszej” rozrywki poskutkował zaliczeniem kilku lepszych (Safe, Le chalet) i gorszych (czy raczej mniej ambitnych – Crazy Ex-Girlfriend, The Bonus Family, Jane The Virgin) seriali, a lista do obejrzenia wcale się nie kurczy.

No i też skończyłam studia. Ale ile to było stresu, picia melisy, brania tabletek uspokajających, picia kawy i herbaty, jeżdżenia na konsultacje, załatwiania podpisów, odpuszczania na każdym kroku tego, co nie najważniejsze, to tylko ja wiem. Gdyby nie Trello i Google Calendar, pewnie wszystko to by się rozjechało. Do połowy września, kiedy zdawałam poprawkowy egzamin ustny (ponad 150 pytań z wiedzy z czterech kategorii – urbanistyka, budownictwo, architektura i historia architektury i sztuki), który oblałam w czerwcu, stresując się, że całość jest po angielsku, bo ambitnie wybrałam się na magisterkę w obcym języku, nie byłam pewna, czy uda mi się wyrobić z oddaniem projektu do końca września. Już nawet brałam pod uwagę to, że oddam pracę później, i jakoś poradzę sobie z konsekwencjami tego (zapłacenie fury pieniędzy za powtarzanie przedmiotu) nieszczęścia. Myślę, że gdzieś wewnątrz odwlekałam ten moment, bo wydawało mi się, że „po” muszą się stać jakieś wyjątkowe rzeczy, że znajdę się gdzieś pośrodku niczego i nie będę wiedziała, czym się zająć. Tymczasem czas sam się zapełnia i wreszcie mogę spokojnie umówić się ze znajomymi na kawusię czy planszówki, czy po prostu pobyć sama ze sobą, albo nie musieć pracować po pracy! Gdyby nie moja cudowna pani promotor, która umiała mnie zmotywować i pocieszyć, gdy było źle, to by się nie udało. Ciągle miałam w głowie jej słowa, że lepszy dyplom oddany i „zaliczony”, niż idee, które nie zostały przelane na papier. No i jakoś się udało, a w połowie listopada miałam obronę. Najbardziej stresowała mnie (znowu) prezentacja po angielsku i to, żeby zachować fason przy rundzie pytań. Udało się powiedzieć większość tego, co zaplanowałam i w miarę sensownie odpowiedzieć na pytania komisji. Byłam z siebie dumna, że nie spanikowałam.

Wiem, że nie doszło do mnie jeszcze do końca, że to już koniec – pewnie poczuję to dopiero, gdy odbiorę dyplom, a do tego czeka mnie jeszcze runda po Politechnice Gdańskiej w celu zebrania wszystkich podpisików. Wiem jedno, studia były na maksa męczące i wykańczające, ale dały mi dużo satysfakcji. Nie wykluczam powrotu w uczelniane mury, ale przyznam, że dobrze mieć z głowy tak ważną rzecz. Czy to znaczy, że teraz wpisy na blogu będą częściej? Oby! Moje listy „rzeczy do zrobienia”, „rzeczy do nadrobienia”, „ludzie do wypicia kawy”, „hobby do rozwinięcia” które tworzę sobie w głowie dobrze się komponują z chęcią do powrotu do pisania.

To tak w telegraficznym skrócie. Dobrze być tu z powrotem. ❤

Dobrze być tu z powrotem

Powoli, do przodu

DSCF2455-01.jpeg

Właściwie nie wiem, dlaczego przez tak długi czas nie było żadnych nowych wpisów. Rzuciłam się w szał angażowania wieloma sprawami, a szczególnie tymi niezwiązanymi z rozwojem mojej naukowej kariery. Poszukiwanie nowych seriali, internetowe zakupy ubraniowe i książkowe – każde bardzo uzasadnione, bo przecież nie mogę wyglądać byle jak, a i w wydawnictwie była promocja na książki o designie i architekturze, próby wczesnego kładzenia się spać i zdrowszego gotowania, a w międzyczasie próba przetrwania najcięższych nastrojowo miesiąców – lutego i marca.

Cieszę się, że wreszcie wyszło słońce i chociaż czuję się bardzo zdezorientowana pogodą, bo ledwo co na Wielkanoc padał śnieg, a teraz ludzie po ulicach chodzą w krótkich rękawach i opalają się w ogródkach, to można żyć. Staram się ogarniać wszystkie moje sprawy, a jednocześnie mam takie dni, że dosłownie wszystko wypada mi z rąk i łapię się za głowę, w jakim chaosie żyję. Rzucam się wtedy w wir porządkowania, przeglądania szafy, robienia list zakupów i postanowień o lepszym planowaniu posiłków, zadań do wykonania i życia.

Z drugiej strony, naokoło widzę dobre przykłady ogarniania życia, które podnoszą mnie na duchu i dają nadzieję, że jakoś to się wszystko ułoży, życiowo, zawodowo, naukowo i zdrowotnie. Lubię każde Święta ze względu na wizyty u dziadków i możliwość spędzenia trochę czasu z moją dużą rodziną, chociaż jestem mniej-więcej w połowie pokoleń – jako najstarsza z wnuczek nie nadaję się już do siedzenia przy dziecięcym stole, a jednocześnie jestem za młoda na rozmowy dorosłych, do których chcąc nie chcąc, powoli zaczynam się zaliczać. Ostatnia wizyta przyniosła mi wiele wzruszeń, ponieważ dziadkowie są w trakcie budowy nowego domu i za parę miesięcy będą opuszczać dom, w którym przeżyli 50 lat małżeństwa. Bardzo lubię to miejsce, kojarzy mi się z nim wiele dobrych i ciepłych wspomnień.

Wzięłam z ich biblioteki parę książek, które chciałabym zachować i uważnie rozejrzałam się po ich pracowni architektoniczno-budowlanej. Pozwoliłam sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie w miejscu, które ma dla mnie szczególne znaczenie sentymentalne. To tutaj podglądałam, jak babcia kreśliła rzuty, rozmawiała z klientami. To tutaj przeglądałam katalogi gotowych domów i rysowałam dziecięce rysunki, a później zdobywałam pierwsze doświadczenia praktyczne, najpierw pod okiem babci, później taty, który urządził sobie swoją pracownię w piwnicy. Nikt mnie do niczego nie zmuszał, ale od dziecka marzyłam, żeby zostać architektem i być jak babcia, która umiała pogodzić to z wychowaniem szóstki dzieci. Właściwie dziadkowie od zawsze mieli podejście, że wychowywanie dzieci to praca zespołowa.

W tym domu zawsze czułam się… domowo. Kojarzy mi się z miękką sierścią psa, skrzypieniem drewnianych schodów, zapachem książek, górami dokumentów i gorącą herbatą. To niesamowite, jak przywiązujemy się do miejsc, a jednocześnie jak potrafimy mocno pamiętać je wszystkimi naszymi zmysłami, ale przede wszystkim – sercem.

DSCF2452-01.jpeg

W międzyczasie zauważyłam, że gdy ma się w sobie jakąś dziurę, niepewność, to nawet kupno nowych sukienek jej nie zaklei, chociaż może poprawić humor na chwilę. Podobnie jak ścięcie włosów na cięcie w stylu lat 20./30. i oddanie części na Rak ‚n’ Roll. Nawet seminarium na uczelni, które trwało tydzień i było jedynymi zajęciami w tym semestrze, nie zmobilizowało mnie wcale do wzięcia się w garść i ciśnięcia projektu. Miałam pewną koncepcję, którą oparłam o plan zagospodarowania przestrzennego, bo w mojej lokalizacji obecnie wyburzono większość istniejącej poprzednio zabudowy, ale złapałam się na tym, że nic, co wymyśliłam, mi się nie podoba i nie wprowadza żadnej świeżości, którą, jako funkcja obiektu, muszę zapewnić – projektuję coś z pogranicza centrum kultury z galerią sztuki i funkcjami pokrewnymi. No nic, muszę dłubać w tej glinie, powoli, do przodu, i znowu często sobie powtarzać, że lepszy dyplom oddany i skończony, niż wizje, które nie mają pokrycia w rzeczywistości – nawet, jeśli ta rzeczywistość jest tylko koncepcją.

Pamiętam, że mniej-więcej rok temu dosłownie przepadłam w artykułach, filmach i podcastach o minimalizmie i jakoś tak się stało, że zaczęłam do tego wracać, już z trochę spokojniejszą głową i świadomością, że ze wszystkiego mogę wybrać coś dla siebie. Krótkie filmy Matta zawsze dają mi do myślenia, a Olga w ostatnim swoim wpisie opowiada o slow blogging – i czuję, że dołączyłam do tej wolności bez przymusu.

W miniony weekend wybrałam się na spacer dokładnie pooglądać jeszcze raz moją działkę, którą wybrałam na realizację tematu dyplomowego. Jest wciąż na miejscu, nigdzie nie uciekła.

Do napisania,

hania

Powoli, do przodu

Braki przymusów

las

Możliwe, że istnieje limit seriali, które można pochłonąć w przeciągu miesiąca i możliwe, że się do niego zbliżam. Historie o gangsterach i agentach FBI zlewają się jeden ciąg, czas przyspiesza po to, żeby później zwolnić. Dni płyną w kolejnych kubkach herbaty, talerzach z płatkami jaglanymi i w różnych kolorach ciepłych swetrów. Wraca do mnie jak bumerang pytanie, „co potem”. Co po studiach, które powoli dochodzą do swojego końca.

I powiem Wam, że trochę miałam z tym problem, chciałam mieć na to konkretną wizję. Pochłonęła mnie praca po pracy i łamigłówki pokroju jak wcisnąć rurę od okapu do sufitu powieszanego tak, żeby nie wychodził na równo z oknem albo jak za wszelką cenę uniknąć płyty laminowanej w kolorze dębu sonoma. Zdążyłam kilkukrotnie porządnie się zestresować, że nie spełnię czyiś oczekiwań i kogoś zawiodę, a w tym samym czasie poczułam dużo wsparcia i wdzięczności, które uświadomiły mi jak bardzo bezpodstawne były moje obawy. Lubię, gdy się dzieje i nie skupiam się zbytnio na analizowaniu i szukaniu dziury w całym.

Życie nie musi składać się z fajerwerków i ta zwykła szara codzienność może być negatywnie przytłaczająca albo pozytywnie porządkująca czas. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby po skończeniu studiów nie mieć konkretnej listy rzeczy do odhaczenia, a to, co mam gdzieś tam w głowie, nie musi stać się następnego dnia po obronie. Czasem wydaje mi się, że jestem z osobami, którymi się otaczam na zupełnie innym etapie życia. Niektórzy planują ślub, a ja zastanawiam się, jaki cień do powiek wybrać, albo co poradzić na coraz ciemniejsze cienie pod oczami.

Uśmiecham się pod nosem, pakując nieużywane książki w kartony i wynosząc je do piwnicy – może się okazać, że gdy się przeprowadzę to wcale nie będę ich już chciała. Zastanawiam się nad wielkością szafy i ciągle ją wymieniam – a to wyniosę jakieś ubrania, a to z kolei znajdę na wyprzedaży kolejną część garderoby w kwiatowy wzór, któremu zupełnie nie mogę się oprzeć. Myślę tylko o tym, że chciałabym mieć więcej miejsca na wieszaki i zastanawiam się, czy kiedyś będzie dane mi zużyć te wszystkie bawełniane t-shirty, które odkładam na kupkę „ubrań po domu”. Myślę o tym, co będzie kiedyś w tym moim „idealnie zaprojektowanym i skrojonym na miarę życiu”, w którym śpię 8 godzin dziennie, regularnie ćwiczę, jem dużo warzyw, osiągam świetne wyniki w pracy, rozwijam moje hobby i jeszcze odpoczywam. A przy tym mam porządek i zen w mieszkaniu. Nieświadomie przykładam niektórym przedmiotom łatkę „do rozpakowania w nowym życiu”. No i zgadnijcie co, to życie może nigdy nie nadejść.

Gdy się nad tym zastanowię, większość udanych rzeczy w moim życiu nie była wynikiem jakiegoś wielowymiarowego planu, tylko przyszła spontanicznie, co brzmi jeszcze bardziej dziwnie, gdy postrzegam siebie jako osobę zupełnie nie spontaniczną. Powinnam zatem chyba pozbyć się wewnętrznego przymusu organizacji przyszłości i nie zamartwiać się na zapas. Będzie dobrze – musi być. Gdybym tylko potrafiła bardziej skupić się na tym, co powinnam „tu i teraz” i żyć teraźniejszością. Dobrze, że są spacery do lasu, ciepłe koce, braki przymusów i życiowych wyścigów.

hania

Braki przymusów

Wygórowane oczekiwania

256.jpg

Zewsząd czają się na mnie wyrzuty sumienia. Na biurku bałagan, w szafie jeden wielki chaos. Niesprzątnięte kubki, niepodlane kwiaty, kurzący się blog. Nie chcę otwierać kalendarza, żeby nie musieć czytać długiej listy zadań niecierpiących zwłoki. Wcale nie cieszę się na piątkowy wieczór bo wiem, że to tylko zapowiada jeszcze mocniejsze ugryzienia sumienia.

Zauważyłam, że czuję się podle głównie przez moje zbyt wygórowane oczekiwania. Nie umiem dobrze planować czasu wolnego – czy raczej czasu, w którym nie jestem w pracy bądź na zajęciach, a tak średnio jest on wolny. Co niedzielę mam zły humor, bo nie zrobiłam wszystkiego, co zaplanowałam na weekend. Łudzę się, że jeśli będę ciężko pracować w ciągu tygodnia, sobota i niedziela będzie na seriale, basen i spacery. No cóż, to się nie udaje.  Jednocześnie okłamywałam się sądząc, że jeśli wszystkie ważne sprawy na nadchodzący tydzień załatwię w końcu tygodnia, nie będę padać na twarz każdego wieczoru. To także nie wychodzi.

Pomimo prężnego działania z kalendarzem papierowym, który ukryty w plecaku wędruje ze mną codziennie, kalendarza Google i aplikacji Trello czuję się rozwalona. Prześlizguję się przez kolejne jesienne tygodnie z myślą, że to minie. Nie tak chciałam przeżywać ten semestr. Ale powiem szczerze, czuję się przytłoczona. Nie tak wyobrażałam sobie ten rok. Znowu czuję się jak pierwszak, gdy każdy przedmiot jest jednocześnie ważny, a plan wypełniony po brzegi. Oliwą do ognia jest problematyczna współpraca z przybyszami zza granicy, z którymi nie tylko trudniej jest się porozumieć, to i oni myślą inaczej. Myślałam, że po jednym semestrze się do tego przyzwyczaję, ale jak się okazuje każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie.

Sama się wstydzę tego argumentu, który ciągle mam na języku, tego „niemienia” czasu. Nie jestem na tyle dobrze zorganizowana, żeby spotykać się z kimś więcej niż z moim chłopem. Wyobrażam sobie, że jak się obronię i wyjdę z mojej jaskini, mogę nikogo już nie spotkać.

Nie chcę robić z siebie męczennika, ale nie spodziewałam się, że tegoroczny okres jesienno-zimowy, depresyjny sam w sobie, będzie tak twardym orzechem do zgryzienia. Smutno mi, że studia zaraz się skończą, a nie wykorzystałam ich wszystkich możliwości – brania udziału w dodatkowych wykładach, warsztatach, czy chociażby wypożyczania najnowszych książek z biblioteki.

Na nowo uczę się troski o siebie w tak błahych sprawach jak odpuszczanie, niebranie na serio każdego wyrzutu sumienia, jaki sobie funduję i próbę przetrwania. Jestem całkiem zadowolona z jednej rzeczy, a za każdym razem, gdy sobie o niej przypominam, wracam myślami do tekstu Jacka Kłosińskiego. Tekstu o tym, że każdy z nas musi mieć swój projekt poboczny. Wciąż kontynuuję wyzwanie Tookapic – dzisiaj mijają 274 dni robienia zdjęć codziennie, chociaż spora część z nich jest średnio udana, to jednak wielką przyjemność sprawia mi przewijanie galerii i przypominanie sobie lepszych i gorszych momentów.

Z plusów i blasków ostatniego czasu jestem wdzięczna za warszawski koncert Nicka Cave, na który bilet dostałam w prezencie już bardzo dawno temu – to był naprawdę cudowny wieczór!, wspominam bardzo dobrze ostatnią wyprawę na sushi (nic nie poradzę na to, że jedzenie zawsze poprawia mi humor) i nową łamigłówkę, którą jest 45 metrów kwadratowych. Niezmiennie cieszy mnie gorąca herbata i propozycja kawy.

Znowu natknęłam się na to, że chciałam być super we wszystkich dziedzinach życia i cóż, wychodzi jak zwykle. Łatwiej pisze się o sukcesach, niż o tym wszystkim co słabe. Jedyne, co mogę sobie obiecać, to po pierwsze – obniżenie swoich oczekiwań, po drugie – definitywny koniec wyrzucania sobie wszystkich, nawet małych porażek.

Będzie dobrze. Trzymajcie się,

hania

Wygórowane oczekiwania

Tyle, ile mogę unieść

213

Jak nie zwariować. Chwytam się ostatnich dni wakacji, przerażona, jak mam pogodzić ze sobą tragiczny plan na uczelni i pracę. Zastanawiam się, jak robić projekty na uczelnię i jednocześnie znaleźć czas na prowadzenie tych pobocznych, jak chociażby odkurzaniu bloga. Nie będę ukrywać – zaczynam panikować.

Gdzieś z tyłu głowy mam to, że nie dostajemy od losu więcej, niż możemy unieść.

Pisząc te słowa co chwilę smarkam i pociągam nosem. Brak urlopu poskutkował dość szybko złapanym przeziębieniem i przymusowym aresztem domowym. O ile gripeksy i ferweksy mogą uratować życie, to wydaje mi się, że stosowanie ich na dłuższą metę to strzał w kolano. Zatem grzeję się pod kocem i dużo śpię, bo tak naprawdę nie mam za wiele czasu na chorowanie.

Zastanawiam się, jak to będzie. Chciałabym jak najszybciej zrobić projekt dyplomowy i obronić się w czerwcu. O ile drugi semestr jest bardzo wymagający, jest sporo zaliczeń projektów, to na ostatnim, trzecim, praktycznie jedynymi zajęciami są spotkania z promotorem i seminarium dyplomowe. Mam już wstępny pomysł na projekt magisterski, chciałabym zająć się zmianą funkcji – chodzi mi po głowie adaptacja jednego z gdyńskich magazynów w porcie na funkcję kultury – bibliotekę, mediatekę lub galerię sztuki. Cieszę się, że w kwestii wyboru tematu jest tu kompletna dowolność, a wiele wynika z tego, do jakiego promotora i katedry się zapiszemy. Ironia losu chciała, że wylądowałam w katedrze, z której pochodzą przedmioty, z jakimi miałam największy problem podczas studiów inżynierskich. Uśmiecham się szeroko, gdy tylko o tym pomyślę.

Smucę się i cieszę, bo wiem, że to ostatni taki rok. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i czerwcu zostanę magistrem, to skończy się kolejny taki długi, konkretny miernik czasu. Skończy się coś, co ustawiało mi codzienność, motywowało do działania i układało życie. Już teraz myślę o tym z nostalgią – mimo wielu rozczarowań, niekończących się wieczorów przy komputerze, niepotrzebnych zajęć i bezsensownych ustaleń, to naprawdę dobry czas.

208204206

Trzymajcie się ciepło i nie chorujcie.

hania

Tyle, ile mogę unieść