Magia początków

p1270197

Tydzień temu rozpoczęłam I semestr studiów II stopnia. Nie jest to nic niezwykłego, w końcu wiele osób kontynuuje studia po obronie licencjatu lub inżynierki, ale czuję tę magię początku. Część z moich znajomych zrezygnowała w ogóle z architektury. Na Politechnice Gdańskiej moja magisterka trwa trzy semestry, więc nie umywa się to do siedmiu, które czasem mogą się niemiłosiernie dłużyć, szczególnie, gdy ma się problemy z niektórymi przedmiotami. Czas szybko płynie, niedługo będą wakacje i pierwszy semestr szybko odejdzie w niepamięć. Po obronie nie zastanawiałam się zbyt długo, czy decyduję się na kontynuację. Wydawała mi się to bardzo rozsądna opcja. Chciałam skończyć studia magisterskie z architektury, żeby mieć pewne zabezpieczenie, gdyby coś nie wyszło, no i zawsze nieźle mieć jakiś dokument więcej niż tylko inżynierkę. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy, może nagle zachcę zrobić uprawnienia budowlane i latać po budowach? I tutaj studia magisterskie są koniecznością.

Niby wszystko jest jakie samo, jak było, a jednak jest inaczej. Nabrałam trochę szerszej perspektywy, no i nie mam już tyle czasu wolnego co wcześniej. Aplikowałam na studia prowadzone w języku angielskim, mając nadzieję, że odświeżę język i chcąc podjąć się takiego wyzwania, jak współpraca z zupełnie innymi ludźmi. Prawie połowa mojej grupy to obcokrajowcy, nawet z tak odległych państwa jak Egipt czy Chiny. To niezwykłe spotkać się w taki sposób z różnymi kulturami i światopoglądami.

Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że będę mieć mniej zajęć, ale plan nie jest aż tak łaskawy. Pocieszam się, bo zawsze mogło być gorzej, a jak to zawsze bywa, jakieś zajęcia przychodzą, a jakieś odchodzą, zaczynają się w połowie semestru, albo kończą.

Miałam dość długą przerwę od „chodzenia do szkoły”, bo na początku grudnia oddałam pracę inżynierską, a semestr zaczął się pod koniec lutego. Zdążyłam odwyknąć od noszenia ciężkiej torby, której połowa to jedzenie, woda i Kindle, a dopiero reszta to kalendarz i notes.

Jest we mnie pewne przywiązanie do uczelni, może to dzięki organizacji studenckiej albo dobrej integracji z resztą ludzi na archu. Lubię chwilę, gdy przechodzę przez bramę do kampusu i wchodzę na granitową posadzkę tuż przed gmachem głównym. Wieczorem jest naprawdę pięknie podświetlony, widać wyraźnie każdy gzymsik i dekor. Lubię sale z pomazanymi markerami ławkami, chociaż mają bardzo niewygodne krzesełka.

Dwa wiodące projekty w tym semestrze to projekt architektoniczny grupowy i projekt urbanistyczny realizowany w całej grupie na specjalizacji. Pierwszy z nich będziemy konsultować też w zakresie konstrukcji i instalacji, a drugi będzie powstawał w oparciu o spotkania z mieszkańcami konkretnej dzielnicy. Ponadto w planie znajdują się jeszcze zajęcia z teorii procesu rewitalizacji czy teorii ochrony dziedzictwa. Póki co, najciekawsze wydają mi się zajęcia z filozofii i estetyki łączone z historią sztuki. Prowadzący zamiast tradycyjnych wykładów zaproponowali grupowe dyskusje. To jeden z tych przedmiotów, na których moje humanistyczne serce mocniej bije. Oczywiście, część wykładów czy ćwiczeń to typowe zapchajdziury, żeby studenci nie mieli zbyt wiele wolnego, no ale zawsze tak było i będzie.

Trochę się cieszę, że moje studia dzienne odrobinę wyglądają jak wieczorowe – zajęcia do 19, czy 20. Dzięki temu chociaż trochę mogę pracować. Oby w przyszłym semestrze się to zmieniło, bo moja dostępność jest naprawdę beznadziejna, nad czym ubolewam. Ale nie przeskoczę niektórych rzeczy, nie chcę poświęcać niczego, ani rzucać pracy, ani wydłużać studiów.

Jednocześnie coraz bardziej czuję, że to tylko półtorej roku i nastanie dzień, w którym nie będę musiała iść na zajęcia. Tak z dnia na dzień skończę moją edukację. Zacznie się ten czas, w którym wypada robić wiele dorosłych rzeczy. Póki co cieszę się tym czasem na uczelni, lubię analizować, wymyślać, szukać, dyskutować. Kto wie, może na magisterce się nie skończy? 🙂

p1270194

hania

Magia początków

Nie musi być idealnie, wystarczy, że jest dobrze

arch2

Ostatni wpis 16 dni temu. Długo. Oddałam projekt dyplomowy inżynierski, wróciłam do pracy i powoli przygotowuję się do egzaminów. W tej sesji czekają mnie dwa. Potem będą Święta, dużo wypoczywania, Sylwestrowy wyjazd, znów praca i pod koniec stycznia egzamin inżynierski. Chciałam napisać już w dwa dni temu, kiedy oddałam pracę, ale byłam kłębkiem przemyśleń i chyba trochę przytłoczyło mnie to wszystko, bo byłam trochę rozczarowana.

Fakt, mam całą listę rzeczy do zrobienia po tym magicznym 7-mym grudnia. Między innymi nauczenie się na zaliczenia. Jakoś tak ciężko się do tego wszystkiego zabrać, zaplanować spotkania, wziąć się do zadań, które wypisałam sobie w notesie. Czułam, że jakiś duży krok jest za mną, chociaż to tylko oddanie projektu, a nie ostateczna obrona. Świętowałam to wczesnym pójściem spać, żeby wyspać się do pracy. Jestem straszną nudziarą.

Mogłam zrobić to lepiej, zarywać nocki i nie spać. Mogłam poprawić wszystkie szczegóły, które i tak umknęłyby sprawdzającym. Jestem wymagająca, wobec siebie i wobec innych i czasem nie jestem z siebie wystarczająco zadowolona. Chciałabym, żeby było idealnie, a wystarczy, że jest dobrze. Chociaż pracowałam sumiennie przez całe dwa semestry – najpierw wymyślając całą ogólną koncepcję, a potem rozrysowując szczegóły.

Wszystko zaczęło się, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką i przeglądałam katalogi z domami upchnięte u Babci na półkach. Najbardziej jednak podobały mi się ze wszystkiego te trzy książki – „Architektura. Style i detale”, „Style w architekturze” i „Podręcznik projektowania architektoniczno-budowlanego”. Lubiłam wyobrażać sobie jak po rzutach budynków chodzą ludzie, jak korzystają z danej przestrzeni. Czy jest im wygodnie. Rysowałam rzuty mieszkań na kartkach w kratkę. Kiedy przyszło mi zastanawiać się nad kierunkiem studiów, szukałam różnych ofert w internecie i przy żadnej nie zabiło mi tak mocno serce, jak przy „architekturze i urbanistyce”. No i tak wyszło, że znalazłam się na tych studiach. Walczyłam ze ścisłymi przedmiotami, z których szło mi cienko tak jak w liceum w klasie z rozszerzeniem z matematyki, chemii i fizyki. Słuchałam z zaciekawieniem wykładów z historii, socjologii przestrzeni czy psychologii architektury.

Nie wiem, jak dużo się nauczyłam przez ten czas. W sumie to już 4,5 roku, licząc do tego mój urlop dziekański (o którym pisałam tutaj). Widzę coraz więcej rzeczy, których nie umiem. Nauczyłam się skromności, spokoju – wbrew pozorom – i zaczęłam dzielić sprawy na ważne i mniej ważne. Wciąż jednak ciężko zaspokoić mój głód, kiedy brakuje mi tak niewiele do piątki z projektu, w którym nie mam sobie nic do zarzucenia. Chyba jestem dla siebie zbyt surowa, powinnam częściej siebie doceniać. Świat nie jest sprawiedliwy i nigdy nie będzie, a takie rzeczy, jak oddanie dyplomu za rok-dwa będą mi się wydawać błahostką. Zresztą – w końcu: „Done is better than perfect”, nikt nigdy nie zbuduje tego hotelu, a cała praca to tylko teoretyczna zabawa przysparzająca sporo stresu. Chociaż 5 wygląda o wiele lepiej, 4,5 wcale nie jest złe.

Najbardziej koi głos Babci, która dzwoni, żeby powiedzieć, że jest ze mnie dumna. Ciekawe, jak to jest, gdy za jakiś czas obronię moją pracę magisterską, obudzę się następnego dnia i dojdzie do mnie, że to już koniec studiowania.

Muszę się lepiej zorganizować. Kiedy ja ostatnio ćwiczyłam…

Chętnie pokażę Wam, co zajmowało mnie przez ostatni czas. To hotel w Gdańsku-Jelitkowie składający się z dwóch części – mniejszej i większej, połączonej łącznikiem. W mniejszej-szarej znajduje się restauracja, na piętrze sale konferencyjne. W większej-białej części na parterze jest siłownia i kawiarnia, a na piętrach pokoje hotelowe. Wykorzystałam szarą blachę, wykusze, biały tynk i orzechowe drewno. Myślę, że wyszło całkiem spoko (chociaż już nie mogę na niego patrzeć :P). Edycja: Musiałam usunąć plansze, zgodnie z założeniem, że lepiej dmuchać na zimne, bo od Ev dowiedziałam się, że moja Alma Mater ma 6-miesięczne pierwszeństwo w publikacji dyplomu. Także zostawiam Wam tylko wizualizację.

W ramach dalszego relaksu jutro wybieram się na warsztaty poświęcone zmianie przestrzeni publicznej w Gdyni – Zmieniamy Abrahama. Potem mam w planie „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, jedzenie na mieście, wymyślanie okładki tomiku poezji i czytanie materiałów z prawa budowlanego. Soboto, niedzielo – nadchodzę!

Dziękuję za Twój czas. Miłego weekendu!

hania

Nie musi być idealnie, wystarczy, że jest dobrze

Wiem więcej o sobie

Processed with VSCO with a4 preset

Oddalając się od pisania traci się lekkość i łatwość składania zdań. Czuję to właśnie teraz. I czuję brak porządnych zdjęć.

Czuję, że wystarczająco sporo pisałam już o tym na blogu, ale wciąż mi mało. Wydawało mi się, że to niesprawiedliwe, że muszę się tak szybko określać, z czym będę wiązać przyszłość.

Ostatnio mój siedmioletni brat wyglądał na zasmuconego. Gdy spytałam, o co chodzi, powiedział: „No bo ja nie wiem, co robić. Chciałbym budować napędy kosmiczne i chcę też robić makiety i być architektem. Albo piłkarzem i trenerem. Nie wiem, co wybrać.” Uśmiechnęłam się i poklepałam go po ramieniu, mówiąc, że ma jeszcze dużo czasu, a jednocześnie będąc załamaną, że sama też nie jestem pewna. A przecież pisałam, że można nie być pewnym.

Czy naprawdę tak jest, że trzeba się wcześnie decydować? Przecież można zmienić zdanie. Po kilkunastu latach pracy w jednej branży wybrać inną.

Półtora roku temu pisząc słodko-kwaśny tekst o studiowaniu architektury pominęłam plusy. Czy to znaczy, że ich nie ma? Mamy tendencję do widzenia negatywów i narzekania. Dlaczego zatem warto studiować architekturę?

Po pierwsze, można poznać mnóstwo ludzi, którzy myślą podobnie jak Ty. Macie pewien wspólny fundament, który Was łączy i w niektórych sprawach rozumiecie się bez słów. Nie wiadomo, kto pójdzie w jaką drogę po studiach, a znajomości zostają na zawsze. Może ktoś zostanie znanym fotografem, albo grafikiem? A może będzie robił coś zupełnie nowego? Jestem bardzo ciekawa.

Po drugie, architektura to dobra podstawa dla innych gałęzi. Łatwo odbić w coś pokrewnego. Jakieś pół roku temu, byłam przekonana, że będę się zajmować grafiką, brandingiem. Bardzo mnie to interesowało. Teraz pracuję jako asystentka architektki wnętrz i czuję, że to jest to. Bardzo cieszą mnie moje samodzielne zadania i z dumą mogę powiedzieć, że świetnie coś wymyśliłam. Co będzie dalej? Zobaczymy.

Po trzecie, poczujesz, jak ważni są ludzie. Przynajmniej ja tak poczułam. Myśląc o tworzeniu, projektowaniu czegokolwiek podstawą zawsze jest dla mnie człowiek. Chcę tworzyć dla ludzi, być blisko nich, ich potrzeb i marzeń. Projektując im piękno, można uczyć ich estetyki i zmieniać ich życie na piękniejsze. Najbardziej zainspirowały mnie tematy związane z psychologią architektury, socjologią przestrzeni, wszelkie wykłady o przekształceniach miast. Podstawą wszystkiego jest ludzie, chociaż często tego brakuje. Widać to chociażby w tym, kto jest uprzywilejowany w poruszaniu się po mieście.

Czułam, że architektura to jest coś „po środku” i nie za bardzo wiedziałam, jaka skala najbardziej mnie pociąga. Czy ta urbanistyczna, czy właśnie przedmioty, wnętrza. Niedawno byłam w połowie moich studiów. Teraz już nie jestem taka pewna, czy chcę iść na II stopień na to samo. Wszystko jest płynne. Życie nie jest liniowe, zawsze można wszystko zmienić. Czasem potrzeba do tego tylko więcej odwagi.

Przez długi czas, myśląc o mojej przyszłości zadowalałam się odpowiedzią, że chcę coś tworzyć. Niedawno przyszło olśnienie, że to nie jest żadna odpowiedź. Tworzyć dla ludzi. To już trochę lepiej.

Processed with VSCO with a4 preset

Ostatnio było we mnie trochę zgorzknienia. Byłam na Gdynia Design Days, ale nic mnie nie zwaliło z nóg. Wystawy mi się podobały, ale chyba miałam zbyt wysokie oczekiwania. Poczułam, że branża designu jest mocno rozdmuchana i nie wiem, czy chcę się z nią identyfikować.

Wiem więcej o sobie. Nie widzę siebie w dużym biurze z mnóstwem pracowników. Nie chcę pracy w stresie, nie zależy mi na realizowaniu wielkich inwestycji. Chciałabym czegoś małego. Spokoju na co dzień, możliwości spełniania marzeń. Odpoczynku. Dostrzegania codzienności.

To tyle na dzisiaj. Trzymajcie się.hania

Wiem więcej o sobie

Jak przeżyć sesję i przeżyć

P1240123

Co roku próbuję odpowiedzieć sobie na to pytanie, nie chcąc zwariować, a jednocześnie spokojnie wszystko zaliczyć. Bywają sesje lepsze i gorsze, ale cel zawsze ten sam – zaliczony przedmiot w systemie elektronicznym i święty spokój. Zbieram więc garść truizmów wskazówek dla siebie, ale i dla Was. W końcu czerwiec to miesiąc poniedziałków…

Porządek

Nie jestem w stanie skupić się w bałaganie. To, co na wierzchu musi być w względnym porządku. Przed snem porządkuję biurko – kubki lądują w zmywarce, papiery w swoim miejscu, kalendarz, ładowarka, długopisy – wszystko ma swoje miejsce. Chowam czyste ubrania do szafy, brudne do kosza na pranie. Podnoszę skarpetki z podłogi (tak, jestem tą osobą, która zostawia je na ziemi).

Priorytety

Zastanawiam się, co jest najważniejsze – na szczęście sesja letnia kończy się dopiero we wrześniu i część rzeczy można zostawić sobie na wakacje. Czy są jakieś łatwe zaliczenia, które można szybko mieć z głowy? Czy jakiś projekt spokojnie można oddać później? Czy wolę oddać coś porządnego, żeby mieć to do portfolio, czy zadowala mnie 3? Czy jest jakiś przedmiot, który jest niesamowicie trudny do zdania? A może prowadzący pozwala przynosić we wrześniu tylko projekt oddany na dwóję?

Wybieram, co chcę oddać w czerwcu, a co we wrześniu. Wybieram takie sprawy, które muszą być zamknięte przed wakacjami i skupiam się na nich. Wrzesień to nie wyrok, wrzesień to miesiąc roku. (hehe)

Sen

Nie jestem typem, który zarywa nocki, nie tylko ze względu na słabość (ponoć sen jest dla słabych) – niewyspana czuję się fatalnie i od razu obniża się moja odporność. Dzieląc pokój z siostrą nie mam też warunków do siedzenia całą noc i palenia światła, a zakrywanie łóżka piętrowego średnio pomaga. Wolę się wyspać i oddać coś później. Tak mam.

Żyj

Przyznaj, że nie jest to możliwe, aby uczyć się czy robić projekt  12 godzin z rzędu. Pozwalam sobie na przerwy, wyjścia. Naginam zasadę według której „im więcej wrzucimy sobie na głowę, tym bardziej jesteśmy zorganizowani” (która według mnie to nie do końca prawda) do „zbyt wiele czasu wolnego nie pozwala nam efektywnie pracować”. Jeśli po końcu sesji czujesz się jak zombie wychodzący z jaskini, to coś jest nie tak.

Szanuj swój czas

Pod koniec semestru wiele zajęć rozmywa się i nie robi się na nich nic konkretnego. Czasem po prostu nie warto fatygować się, żeby jechać na uczelnię. Godzina w tę, godzina wewtę i na co to komu. Już wolę zrobić obiad albo przejrzeć blogową prasówkę.


A teraz do boju! I obejrzyjcie to sobie.

Do napisania,

Hania

 

Jak przeżyć sesję i przeżyć