Obserwacje: Anna

Przyznaję, że nie lubię opuszczać mojej strefy komfortu. Jest mi w niej całkiem ciepło i wygodnie. Przyznam, że trochę się zestresowałam, gdy napisała do mnie Anna, czy chciałabym zrobić jej trochę fotek. I muszę przyznać, ale mój stres był zupełnie irracjonalny, bo to było przemiłe popołudnie, z którego wynikło kilka naprawdę udanych według mnie ujęć. Przyznam, że mam coś z tym morzem – trudno, jestem powtarzalna, ale to tak prosty i wdzięczny motyw. Nigdy nie byłam miłośniczką czarno-białych zdjęć, ale tym razem do niektórych kadrów wręcz idealnie pasowała mi taka kolorystyka.

Po przejrzeniu 500 zdjęć z wypadu wybrałam około 100 dobrych. Z tego wyszło niemal 50 najlepszych, więc i tak dwa razy za dużo, niż planowałam. Dobra modelka! 😉 Łapię się na próbach uchwycenia jak najbardziej naturalnych uśmiechów, gestów, póz. Och, jak uwielbiam tą bezpretensjonalność! Jestem dla siebie surowa, ale nie ukrywam, że czuję, jak stawiam małe kroczki naprzód. Mam nadzieję, że to lato będzie obfitowało w dobre kadry. Nie będę już przedłużać, zobaczcie zdjęcia.

10.jpg21.jpg7.jpg39.jpg35.jpg31.jpg25.jpg22.jpg17.jpg27.jpg45.jpg46.jpg

Aniu – dziękuję, że nie miałaś nic przeciwko umieszczeniu Ciebie na blogu. Do napisania! Mam nadzieję, niebawem w dłuższej formie 😉

hania

Obserwacje: Anna

Metoda małych kroków

3oks.jpg

Co się stanie, gdy każdego dnia zrobisz jedną małą, nawet niewiele znaczącą rzecz? Cóż, przekonajmy się!

Mało mi wrażeń. Z dużą ekscytacją, ale i lekkim przerażeniem zaczynam mój projekt 365 dni na tookapic. W dużym skrócie chodzi o to, aby przez rok codziennie robić zdjęcie i w miarę możliwości publikować je tego samego dnia. Ciekawe, czy mi się uda?

Gdy tylko zobaczyłam ten filmik, poczułam, że mocniej bije mi serce. 365 dni. Ile to jest czasu! Ile może się wtedy zmienić. Nie mówię że nie mam cykora, bo wręcz przeciwnie. To dość mocne postanowienie i trochę trzeba od siebie wymagać. Jestem bardzo ciekawa, jak mnie zmieni i ile się zmieni.

Nie mam wysokich wymagań, ciężko stawiać sobie za cel, żeby codziennie zrobić zwalające z nóg zdjęcie. Pewnie będą gorsze i lepsze, ale to nie jest ważne. Chcę zrobić z tego swoisty pamiętnik. Jakiś czas temu zaczęłam rozmyślać, że brakuje mi prowadzenia pamiętnika, kiedyś pisałam ich wiele. Teraz, gdy do nich zerkam, ich treści nie są zbyt lotne. Niedawno trafił mi w ręce pomysł pięcioletniego dziennika oparty na tym, że każdego dnia wpisujemy jedno, dwa zdania z tego, co się wydarzyło. Gdy pomyślę o tym, jak szybko zapominam, co działo się tydzień temu, a dwa tygodnie wydają się wiecznością, taka opcja jest bardzo kusząca. Podejmując się wyzwania chciałabym tą ulotność przekuć w zdjęcia. Obrazy mówią czasem więcej niż słowa.

Lubię powoli przeciekające przez palce wieczory. Lekki blask komputera, spokojną muzykę w słuchawkach. Lubię gorącą herbatę ze słoika i poświatę od lampek na oknie. Lubię chwilę, z którą słyszę cichy klik aparatu, który zamraża moment. Lubię brak presji. To, że zdjęcia mogą być nędzne, ale nasycone emocjami. Lubię do nich wracać. Lubię mieć te kilka, o których wciąż pamiętam.

Pod koniec roku chcę wydrukować te kilka, które będą mieć dla mnie największą wartość sentymentalną. Czasem myślę, że życie to taka makatka obrazów, które potem nieustannie przywołujemy. Łatwiej mi przypomnieć sobie kolory, światło, nasycenie, kształty niż zapachy. Wspomnienia częściej mają formę obrazów niż słów właśnie.

Instagram to chyba nie to, chociaż bardzo lubię to medium społecznościowe. Za mało w nim takiego „mięsa”.

Chcę się bawić. Próbować. Szukać wyrazu w ciemniejszych tonach. Odejść od rozbielonych zdjęć. Eksperymentować. Przyzwyczaić się do noszenia wszędzie aparatu, tak na serio. Chcę codziennie czuć to podekscytowanie, gdy się obudzę, zastanawiając się, jakie zdjęcie dziś zrobię. Dziś wyszło na dwie szklanki czekające na alternatywną kawę i zaparowane szkło aparatu dające niezwykły klimat.

Tak więc na blogu w prawej kolumnie pojawił się nowy odnośnik, do mojego profilu na tookapic. Obiecuję, nie zobaczycie tam raczej wystylizowanych zdjęć i sesji rodem z Instagrama. Będzie za to dużo zwykłego życia i takich małych pamiątek z codzienności. O to, że będziemy się wzajemnie motywować, przekonuje mnie fakt, że za to samo wyzwanie zabiera się Magdalena i Natalia – czekam na Wasz start, dziewczyny! Zobaczymy, jak może zadziałać konsekwencja. hania

Metoda małych kroków

Migawki z Krakowa #2

W tym roku Sylwestra i parę dni przed nim spędziliśmy w Krakowie u mojej przyjaciółki, co było dobrą alternatywą dla typowej domówki. Podczas wyjazdu nie zrobiłam za wiele zdjęć, ale te kilka, które mi się podobają, chciałam Wam pokazać.

Kraków w okresie noworocznym jest zatłoczony, gwarny, głośny i niestety duszny. Słońce przebija się przez gęstą mgłę, a powietrze stoi. Trafiliśmy na piękną pogodę, dzięki której mogliśmy odwiedzić miejsca, w których wcześniej nie byłam – panoramę Pustyni Błędowskiej, w której malują się różne odcienie zieleni i różu i Zamek na Pieskowej Skale. Wprawdzie zwiedzanie było tego dnia zamknięte, ale sama budowla robi wielkie wrażenie. Dobrze zobaczyć na żywo to, co studiowało się do egzaminu z historii architektury polskiej.

Skały nie były dla mnie aż tak pasjonujące jak świeżo odrestaurowany obiekt, ale ciekawie popatrzeć na jakiś inny krajobraz niż ten nadmorski. Podczas poprzedniego pobytu w Krakowie nie udało mi się wejść do pięknego, barokowego kościoła świętych Piotra i Pawła (remont), także tym razem nie odmówiłam sobie tej przyjemności. Białe wnętrze jest majestatyczne i rozświetlone światłem od latarni na kopule. Pokusiłam się też o zwiedzenie krypty, w której leży między innymi ks. Piotr Skarga.

Będąc w Krakowie wstyd nie zahaczyć o Wawel i obejrzeć renesansowych krużganków. Ze wzgórza rozciąga się widok na miasto. Podobnie, wstyd nie przejść się na Kazimierz, który czaruje swoim klimatem.

Jedzeniowo cieszyło mnie:

  • organiczna herbata w wielkim kubku i naleśniki z kurczakiem i awokado w doborowym towarzystwie w FITAGAIN CAFÉ,
  • grzane wino w kluboplotkarni Cafe Manekin,
  • poranna kawa i cynamonowo-jabłkowa gorąca czekolada w Karmello <3,
  • potężny talerz makaronu z owocami morza (jedna porcja w sam raz na dwie osoby) i rozgrzewająca zupa pomidorowa w Warsztacie na Kazimierzu.

Do zobaczenia, Krakowie!

p1260831_edp1260853_edp1260810_edp1260818_edp1260808_edp1260798_edp1260807_edp1260797_edp1260793_edp1260778_edp1260773_ed3p1260773_ed2p1260767_ed2p1260771_edp1260846_edp1260774_ed

15800372_1421374777881234_4128421254188784568_o
„Chodź, opowiem Ci o przebudowach Wawelu”…

hania

Migawki z Krakowa #2

Tak zwyczajnie, lubię robić zdjęcia

Pisałam już kiedyś o tym, że gdyby nie tata, to z pewnością nie robiłabym zdjęć. Wciąż nieswojo czuję się, gdy tylko pomyślę o określeniu „nie byłabym fotografem”. Tak, cały czas chodzi za mną myśl, że jesteśmy tym, co robimy, ale jakoś ciężko mi odnaleźć się w tej amatorszczyźnie, wiedząc, jak wielu rzeczy jeszcze nie umiem. Z drugiej strony wiele osób nie wstydzi się stworzyć na fejsie profilu „imię nazwisko photography”. Stwierdzę więc bardziej bezpiecznie – tak zwyczajnie, lubię robić zdjęcia. Od dawna.

Na dobry początek – trójpodział

Pamięć niestety krótka, więc nie pamiętam dokładnych nazw modeli aparatów, z których korzystałam. Pierwszy, który trzymałam w ręku to była taka, jak to tata mówił „małpka” Olympus. Największą jego wadą, a jednocześnie zaletą było to, że trzeba było kupować do niego filmy, co było ekstra, jeśli chodzi o efekty, bo nic nie wygląda tak dobrze, jak wydrukowane zdjęcie, ale za to szło na to całe moje marne kieszonkowe.

Po jakimś czasie dostałam od taty do wypróbowania bardzo stary aparat analogowy, też na kliszę. Udało mi się go utopić już podczas pierwszego wypróbowania, gdy wybraliśmy się robić zdjęcia nad morze. Była zima i chodziłam po zamarzniętych zaspach. Jedna z nich ułamała się i wpadłam do wody, zalewając słoną wodą aparat.

Pamiętam, że zanim zabrałam się do fotografowania, to obawiałam się, że tutaj nie ma miejsca na pomyłki. Klisza szybko się kończy, nie da się usunąć ani przewinąć. Teraz, z perspektywy czasu wspominam to z nostalgią. Od jakiegoś czasu kiełkuje mi w głowie kupno aparatu analogowego, nawet najprostszego, i wywoływanie zdjęć. Gdy oglądam miękkość i kolory na tych kilku odbitkach, które sobie pozostawiłam, czuję, że to zupełnie inne emocje niż te utrwalane na karcie pamięci. Tata powiedział, że na dobry początek najważniejsza jest kompozycja, w tym – najprostszy na początek trójpodział i prawidłowe ustawienie ostrości.

Teoria? Po co to komu!

Nie było we mnie zbyt wiele cierpliwości do czytania instrukcji obsługi aparatów, ani czytania teorii. Miałam dwa podejścia do warsztatów – przy okazji jednych zaopatrzyłam się w różne akcesoria do wywoływania zdjęć w ciemni, i zanim cokolwiek tam zadziałałam, zdążyłam na dobre zrazić się do specyficznego prowadzącego. Na drugich warsztatach miałam szansę poczarować z długim czasem naświetlania. O wiele bardziej przemawia do mnie spokojne, powolne szukanie, próbowanie. Pod tym względem fotografia cyfrowa jest o wiele łaskawsza.

Zachęcona do dalszego rozwoju, kupiłam sobie kolejną małpkę, chyba też Olympusa. Była tak niewielka, że mieściła się w 3/4 dłoni. Posiadała jednak jedną bardzo ważną cechę – posiadała zoom, co było świetnym rozwiązaniem na harcerskie wyjazdy i nie tylko. Tego aparatu używałam przez okres gimnazjum i liceum, do czasu, gdy na jednym z obozów harcerskich, podczas wielkiej ulewy tak zawilgotniał, że wszystkie zdjęcia były zamglone. Niedaleko później umarł śmiercią technologiczną.

I na tym tak naprawdę kończy się historia moich aparatów, chociaż mój był tak naprawdę tylko ten zaparowany, kupiony za długo odkładane pieniądze. Zepsucie tego aparatu zbiegło się z tym, że moja młodsza siostra dostała od swojego chrzestnego najlepszy aparat, jaki kiedykolwiek było dane mi używać (i podbieram go wciąż), czyli tego, którym obecnie robię zdjęcia. Lubię Lumiksa za jasny obiektyw, możliwość robienia RAWów, poręczność, mały rozmiar, stylowy futerał, możliwość manualnego ustawiania ostrości i sporo trybów manualnych.

Ma jeden jednak bardzo znaczący defekt – nie jest mój, i kiedyś przyjdzie dzień, w którym będziemy musieli się rozstać. Rozglądam się nieśmiało za innymi aparatami, ale gdy się zastanowię, to i komputer przydałby się nowy. Podbierałam też trochę drugiego Lumiksa, taty, ale teraz już za nim nie przepadam, bo robi straszne ziarno na zdjęciach i nadaje się tylko do fotografowania w dobrym oświetleniu. Na razie więc nic nie kupuję, bo tłumaczę sobie, że to, że brakuje, to nie znaczy, że brakuje, jakkolwiek pokrętnie to brzmi. Niezwykłe, jak rozwija się fotografia mobilna, prawda? Wprawdzie robiąc fotki telefonem nie zawsze uzyskamy jakość jak żyleta, ale to zawsze coś.

Efekty i eksperymenty

Początki robienia zdjęć to przede wszystkim zdjęcia natury i rodziny, spacery po mieście z aparatem. Potem bardzo dużo eksperymentów. Prowadzenie fotobloga i „sesje” zdjęciowe z koleżankami. Z szacunku do nich nie zobaczycie żadnego efektu tych wypadów. Lubiłam robić zdjęcia natury, z bliska, kombinować z oświetleniem. Z zapaleniem przeglądałam Deviantarta, szczególnie zakładkę „Conceptual”. Próbowałam robić zdjęcia inspirowane muzyką, której słuchałam. Zdjęcia obrabiałam w Picasie, lubiłam ciepłe odcienie, teraz już zdecydowanie mniej. Widzicie to zdjęcie trufelków? Food styliści płaczą!

Zdjęcie z deszczowego lasu powstało podczas bardzo niefortunnego spaceru. Byłam tak przejęta robieniem zdjęć, że… wpadłam w bagno po pas i zapadałam się coraz bardziej. Do dziś jestem przekonana, że to cud, że się stamtąd wydostałam. Uważajcie, jak chodzicie z aparatem!

Naoglądałam się sporo słodkich kolorków i zdjęć. Wciąż obrabiałam zdjęcia w Picasie, ale weszłam na „wyższy level” korzystając z narzędzia ustawiania odcienia. To była łatwa obróbka! Musicie wiedzieć jedną rzecz – jakoś nigdy nie potrafiłam dobrze ugryźć tematu czarno-białych zdjęć. To, które pokazuję w tej sklejce, jest jednym z niewielu, które naprawdę mi się podoba.

Parę moich ulubionych zdjęć z 2014. Następuje zwrot w bardziej chłodne odcienie. Wciąż moje ulubione tematy to widoki i natura. Nie za bardzo czuję się dobrze w portretach, i w tej już bardziej młodzieńczej części życia nie zrobiłam za wiele takich zdjęć. Chociaż ta kilka, które zrobiłam, były całkiem niezłe.

W 2015 dalej moim ulubionym tematem jest przyroda. Zachwycam się zielenią i niebieskością. Eksperymentuję z nagrywaniem filmików o nędznej wartości artystycznej. Najlepszy filmik, który z tego wszystkiego powstał, można zobaczyć tutaj. Odkryłam Polarr, edytowanie online i poznałam inne sztuczki, jak edycja za pomocą VSCO Cam na telefonie. Co poradzić, że tak bardzo lubię te filtry? Jeden klik i zdjęcie nabiera wyrazu.

A jak wygląda to teraz… Najłatwiej zerknąć na to, co się dzieje na instagramie, chociaż nie wrzucam tam tylko zdjęć z aparatu. Czy raczej – rzadko kiedy wrzucam te „lepsze” zdjęcia z aparatu, zgodnie z zamysłem, że powinny lądować na flickrze. W końcu założyłam go po to, żeby mieć w jednym miejscu wszystkie te moje ulubione zdjęcia.

Co dalej, co dalej?

Taki długi wpis, a właściwie jakie są moje foto-plany na 2017 rok?

  1. pracować dalej nad stylem. Wciąż szukam ulubionego rodzaju obróbki. Wiem już, że nie lubię dużych kontrastów, nie przepadam za zbyt mocnym przekłamywaniem kolorów, ale podobają mi się efekty udające zdjęcia z analogowego aparatu,
  2. dalej działać z ustawieniami manualnymi tak, żeby dojść do większej wprawy i nie ograniczać się do trybu A,
  3. częściej aktualizować flickra, bo to fajne narzędzie, (wstyd)
  4. zrobić więcej zdjęć portretowych,
  5. świadomiej komponować zdjęcia, by były mniej przypadkowe,
  6. rozejrzeć się za nowym własnym aparatem, a nuż coś mnie zachwyci i będę na niego odkładać pieniądze, tak na wszelki wypadek.

Być może rok 2017 przyniesie rozwiązanie mojego problemu pierwszego świata, czyli: co powinno lądować na instagramie, wypucowane kadry tworzące idealną siatkę, czy zdjęcia od Sasa do lasa? 😉


A na deser:

Dziękuję za Twój czas! A Ty, lubisz robić zdjęcia? Kogo najbardziej lubisz podglądać, by zbierać pomysły na nowej ujęcia? Czy też byłaś pionierką robienia zdjęć z ręki, zanim świat jeszcze nie znał jeszcze terminu „selfie”?hania

Tak zwyczajnie, lubię robić zdjęcia

Jesień z Jest Rudo #2

I już! Minęło kolejne fotograficzne wyzwanie z Natalią. Czas minął jak z bicza trzasł (pewnie z powodu nieuchronnego oddania pracy inżynierskiej), ale udało mi się zrobić te kilka zdjęć na każdy temat. Zrobiła się z nich taka zamglona, jesienna historia. Wyzwanie, które ukończyłam rok temu, wyglądało zupełnie inaczej. Czy jest postęp? Pewnie tak. Czy mogłam dać z siebie więcej? Na pewno. Założenia, które przyjęłam sobie na początku to:

  1. nieużywanie trybu automatycznego w ogóle,
  2. korzystanie z manualnego ustawiania ostrości,
  3. senny-jesienny zamglony klimat.

Ostatnio najbardziej fotograficznie inspirują mnie dwie dziewczyny – Julia i Marta. W ich zdjęciach jest coś, co przykuwa mój wzrok, mogę je oglądać i oglądać i na nowo się inspirować. Niech żyje Instagram! I niech proces samodoskonalenia nigdy się nie kończy. Dobrze być wciąż w drodze.

18.jpg
1. MOJE MIEJSCE. Od zawsze marzyło mi się dużo roślin w moim domu. Pomyślałam – dobra, czemu by nie kupić ich już teraz? Nigdy nie miałam ręki do roślin, ale daję sobie kolejną szansę. Uczucie ulgi i małej radości przy patrzeniu na mój zielony kącik – bezcenne.
17.jpg
2. CZUŁOŚCI. Uwielbiam patrzeć na te loczki, pulchne policzki i przenikająco niebieskie oczy. Posiadanie młodszego rodzeństwa bywa rozczulające.
20.jpg
3. ZJEM CIĘ. Co do opisu wyżej – czasem jednak pojawiają się problemy  przy stylizacji zdjęć 😉 Muffin musiał być spróbowany, a cukier puder rozbabrany po talerzyku. Na szczęście irytacja szybko mija, gdy tylko zerknę na tę okrąglutką rączkę.
3.jpg
4. DROBNY SZCZEGÓŁ. Z rodzeństwem wpadliśmy na pomysł próby wyhodowania papryki. A więc udało się, pomimo ciągłego zapominania o podlewaniu.
12
5. WYJĄTKOWE. Jesienne poranki nie są przyjemne do wstawania, ale gdy tylko zobaczy się takie cuda na niebie, dzień nie może być zły. Każdego dnia inne, każdego dnia wyjątkowe.
8.jpg
6. TAK PACHNIE JESIEŃ. Herbata, miód, jabłka, kasztany, orzechy, deszcz.
15.jpg
7. VINTAGE. Pierścionek z tygrysim okiem po prababci, który dostałam od dziadka.
19.jpg
8. TYLKO RANO. Mgła jak mleko i kawa.
10.jpg
9. ULUBIONE. Kawa w pracowni, monstera, która jeszcze nie uschła i próbki materiałów. Lubię ten czas.
21
10. JA I TY. Długie wieczory z inżynierką i mniej czasu dla siebie. Moje ulubione zdjęcie z tego zestawu. I wszędzie te świecące prostokąty…
16.jpg
11. ATRYBUTY JESIENI. Jak jesień, to i wrzosy na balkonie i ich piękny róż.
1.jpg
12. NOSZĘ. Buty-hit, obowiązkowy jesienny parasol w energetycznym kolorze maliny, głośno tykający zegarek, okulary i spódnica, bo w końcu od miesiąca trwa wyzwanie 365 dni w spódnicy 🙂
21.jpg
13. NAJWAŻNIEJSZE. Troska o samą siebie, asertywność i priorytety.
11.jpg
14. W DŁONIACH. Miękkości, różowości, słodkości i sploty u Lilki Szpilki.
13.jpg
15. GADŻET. Najmilej na świecie dostać  w prezencie naklejki z moim znakiem graficznym ❤

Taka jesień. Mogłoby być lepiej, ale nie jest chyba źle. Będą kolejne wyzwania i kolejne zdjęcia, i kolejne historie. 🙂 A Wy zdecydowaliście się wziąć udział w wyzwaniu?

I na koniec jeszcze jedno zdjęcie, niestety poruszone, i w ogóle nie tak, ale jak już udało mi się ustawić w miarę ustawienia w aparacie, to halo zniknęło. No cóż, może następnym razem.

p1260602_2
Drugie WYJĄTKOWE. Piękny księżyc z podwójnym halo, a raczej to, co udało mi się złapać, zanim zniknęło…

hania

Jesień z Jest Rudo #2